Polak w roli landlorda w UK

Jedzenie i miejsce do spania zawsze będzie podstawową potrzebą człowieka, nawet w czasach kryzysu. Ludzie muszą mieć gdzie mieszkać. Nie musimy mieć nowego telewizora, butów, ubrań, biżuterii, ale zawsze potrzebujemy jedzenia i spokojnego kąta, by odpocząć.

Przybywa ludzi, ale miejsca na ziemi – nie. Coraz tłoczniej robi się zwłaszcza w Londynie, do którego codziennie tysiące nowych osób przybywa za pracą. Wielu z nas zapewne pamięta, gdy na początku dzieliło pokój z 2 lub 3 osobami, bo nie było wystarczająco pieniędzy na własny kąt.

– Przyjechałam do Londynu w 2000 r. – wspomina Agnieszka Khan, właścicielka Centrum Properties. – Pierwszą noc spałam w przedpokoju, na podłodze z głową na wycieraczce, w dwupokojowym mieszkaniu, które zajmowało dziewięć osób. Trzy lata później kupiłam swój pierwszy dom. Dziś dzięki swoim nieruchomościom nie muszę troszczyć się o pracę i pensję. Widzę też, że przez ostatnie 10 lat mocno zmieniła się świadomość rodaków w tej kwestii. Coraz więcej Polaków szuka sposobów na dochód pasywny. Przeprowadzili się do Anglii, założyli rodziny, osiedli, chcą coś zostawić dzieciom. Większość z nich może liczyć tylko na siebie, ponieważ nie dostają pomocy od rodziny. Widać, że Polakom potrzebna jest wiedza merytoryczna, ponieważ coraz więcej osób dzwoni do mnie po porady związane z zakupem nieruchomości – przyznaje.

– Wg mnie, jeszcze stosunkowo mało osób decyduje się na zakup nieruchomości pod wynajem. Tylko około 5-10 proc. moich klientów decyduje się na zakup drugiego domu. Ale zauważam tendencję wzrostową – zaznacza Justyna Pupin, doradczyni kredytowa z JP Finance.
Również wg Julii Burzyńskiej-Kaczyńskiej, która w Częstochowie wynajmuje lokatorom ponad 20 mieszkań, wzrasta świadomość konieczności inwestowania. – Osoby po 30-tce zorientowały się, że nie ma co liczyć na emeryturę z pracy etatowej, bo świadczenia emerytalne nie dadzą nam stabilizacji na starość i trzeba wziąć sprawy w swoje ręce – zauważa.

O inwestowaniu dużo się pisze w mediach i książkach. Wiele osób kojarzy z tą dziedziną nazwisko Roberta Kiyosakiego, autora książek o bogaceniu się, m.in. dzięki nieruchomościom. Ale niewiele osób wie, że w Polsce działa Sławomir Muturi, który od 20 lat inwestuje w mieszkania w Łodzi i Warszawie. Jest on założycielem Stowarzyszenia Mieszkanicznik, które powstało, by ucywilizować rynek najmu w Polsce. Zrzesza ludzi, którzy interesują się lub zajmują się inwestowaniem w mieszkania na wynajem. To dziwne słowo jest odpowiednikiem staroświeckiego wyrazu „kamienicznik”, ale pozbawione negatywnej konotacji. Te wszystkie działania świadczą o tym, że branża intensywnie się rozwija.

Dlaczego akurat nieruchomości?

– Po pierwsze nie trzeba być bogaczem, by kupić nieruchomość pod wynajem – tłumaczy Agnieszka Khan. – Trzeba jedynie wiedzieć, jak się zabrać za kupno mieszkania – dodaje. – Ani konta oszczędnościowe, ani lokaty nie zapewnią nam takich zysków jak nieruchomości. To najbardziej stabilne inwestycje – podkreśla Julia Burzyńska-Kaczyńska.

– Nawet jeśli jedna nieruchomość nie dostarcza nam wysokiego zarobku, to kilka z nich zapewni wystarczający. Przy tym pamiętajmy, że wartość nieruchomości wzrasta. Dom, który kupiłam 12 lat temu za 220 tys. funtów dziś już jest warty cztery razy tyle – podkreśla właścicielka Centrum Properties. – Dodatkowo – wg badań  – Londyn jest miastem, w którym ceny nieruchomości są w miarę stabilne i racjonalnie rosną. Dzięki zakupowi nieruchomości możemy być spokojni o emeryturę – wystarczy na starość sprzedać ją, by nie martwić się brakiem dochodów. A jest się czym kłopotać, bo tzw. państwowa emerytura w Wielkiej Brytanii wynosi dziś ok. 500 funtów miesięcznie, a więc nie zapewnia nam przeżycia na Wyspach. A poza tym inwestowanie w nieruchomości może być przecież doskonałym biznesem. Zakup pod wynajem to dopiero początek. Jest naprawdę mnóstwo możliwości, które mogą stać się sposobem na życie – podkreśla Agnieszka Khan.

Garść mitów nt. inwestowania

Nie dostanę kredytu, bo mało zarabiam – Przy zakupie nieruchomości pod wynajem nie potrzeba przedstawiać poziomu dochodów. Tu bank raczej sprawdza, czy właściciele będą mieli szansę ją wynająć – tłumaczy Justyna Pupin. To nie dla mnie – Inwestowanie w nieruchomości wymaga tylko zmiany myślenia. To jedynie blokada, którą sam sobie narzucasz. Niechęć do inwestycji wynika z mentalności. W Polsce pokutuje myślenie, że drugi i trzeci kredyt trudno dostać. Ale w UK jest inaczej – zaznacza Monika Sharma, księgowa w biurze nieruchomości, właścicielka kilku domów w Polsce i w Wielkiej Brytanii.

Kredyt hipoteczny to pułapka do końca życia – Wiele osób ma obiekcje, że „pakuje się w mortgage”. A przecież i tak go spłaca za swojego landlorda. To kwestia wyboru, czy płacimy za czyjąś hipotekę czy za swoją – zaznacza Monika Sharma. Kupuję dom – Tak naprawdę nie kupujemy nieruchomości – podkreśla Agnieszka Khan. Kupujemy tylko prawa do zarządzania i kontroli nią przez najbliższe lata. Właścicielem jest bank, o czym przekonasz się boleśnie, gdy przez sześć miesięcy nie zapłacisz kredytu.

Inwestycja w nieruchomości to nie sprint, to maraton – To prawda – przytakuje Monika Sharma. – Ale mnie przydarzyła się historia, która pokazuje, że może być inaczej. Mówiło o tym nawet ITV3 i pisano w Metro. Otóż, zachęcona atrakcyjną ceną mieszkania, którą zauważyłam u developera, koniecznie chciałam być po nie pierwsza w kolejce. Zapytałam więc w biurze, o której ludzie się ustawiają w celu zakupu i ustaliłam czas, który gwarantował mi, że będę pierwsza. Stałam w kolejce półtorej doby, od środy, od 10:00 rano do czwartku, do 17:00. Zastępował mnie mój partner, brat, kolega i mama. Potem żartowaliśmy przed kamerą, że dobrze nam szło w kolejce, bo jesteśmy Polakami i mamy w tym spore doświadczenie. Udało mi się kupić mieszkanie w bardzo atrakcyjnej cenie. Gdy wychodziłam z biura po zakupie, ktoś poprosił o odsprzedanie go, oferując mi za nie 20 tys. funtów więcej – wspomina. Podobną historię przytacza Agnieszka Khan. – Znajomy kupił w Holland Park mieszkanie za wygórowaną wg mnie cenę 800 tys. funtów. Ale on miał przeczucie.

Zainwestował w wykończenie nieruchomości ok. 100 tys., a po trzech miesiącach mógł je odsprzedać za 300 tys. GBP więcej – opowiada. Zacznę inwestować, ale najpierw kupię dom dla siebie – Często doradzam klientom z Acton czy Ealingu, którzy się skarżą, że co uzbierają trochę pieniędzy, to cena rośnie, żeby kupili coś na obrzeżach dzielnicy i wynajęli – tłumaczy Monika Sharma. – Niech to będzie nieruchomość, za którą wezmą dobry czynsz i wtedy ktoś inny będzie spłacał kredyt, a statystycznie co 15 lat podwoi się wartość tego domu. Nawet jeśli po wszelkich opłatach tylko 50 funtów co miesiąc wpadnie nam do kieszeni, to i tak kiedyś ta nieruchomość będzie naszą własnością – podkreśla. – Pierwszy dom wcale nie musi być dla ciebie – dodaje.

Julia spotkała się z najczęściej powtarzanymi mitami: „kolega kolegi kupił mieszkanie na wynajem, ale lokatorzy mu nie zapłacili i jeszcze zdemolowali pokoje”. – Być może tak się zdarzyło, ale to świadczy o tym, że osoby, które się do tego zabrały, nie były przygotowane. Nie zweryfikowały najemcy, nie pobrały depozytu, nie kontrolowały nieruchomości. Właściwie to cieszę się z tych mitów, bo im więcej ludzi się boi inwestować w nieruchomości, tym lepiej dla mnie – śmieje się Julia.

Kilka kluczowych spraw

– Jeśli mamy dobrą historię kredytową i wkład własny, czyli minium 5 proc. wartości nieruchomości, wtedy nie ma możliwości nie dostać kredytu – tłumaczy Justyna Pupin. Co oznacza „dobra historia kredytowa”? – Musimy płacić w terminie wszystkie rachunki. Ale nie chodzi tu o zwykłe, kilkudniowe spóźnienie się z opłatą za wodę. Nasze nazwisko nie może znajdować się na tzw. debtors list. Jeśli otrzymywałeś rachunki z drukami czerwoną czcionką czy ponaglenia od komornika, bank nie udzieli ci kredytu, bo wie, że możesz mieć problemy ze spłatą. Dopiero po sześciu latach twoje nazwisko zostanie z tej listy usunięte. Zawsze warto sprawdzić, czy nas tam nie ma. Pamiętam, że kilka lat temu operatorzy telefonii komórkowych mieli zwyczaj dzwonić i uzyskiwać zgodę na zakup telefonu w abonamencie, a wiele osób nie znających języka nie miało pojęcia, że w ten sposób podpisało umowę i zgodziło się płacić dodatkowe comiesięczne zobowiązania. Część z nich wylądowało na „czarnych listach” – opowiada specjalistka z JP Finance.

– Ale nawet jeśli jesteśmy na debtors list, zawsze można sobie poradzić. Na przykład zakupić nieruchomość do remontu, za gotówkę albo w tej części kraju, gdzie ich ceny nie są aż tak wysokie – podpowiada Monika Sharma. – Ważne, by zmienić swoje myślenie z „nigdy nie kupię” na „co mogę zrobić, by zainwestować”. Czasem zdobycie środków na pierwszą wpłatę jest prostsze niż myślimy. Np. wystarczy sprzedać leżącą odłogiem ziemię po dziadkach i pozwolić, by kapitał pracował na nas w Londynie – przyznaje.

– Trzeba wybrać strategię: czy wynajmuję pokoje, czy małe mieszkania, czy luksusowe apartamenty – podkreśla Julia Burzyńska-Kaczyńska i od razu ostrzega: – Trzeba nauczyć się weryfikować najemców: proś o referencje, o dowody wypłat, żądaj depozytu. Później jest taki moment, kiedy nie da się już robić wszystkiego samemu. Warto delegować odpowiedzialność, czyli zlecić pewne zadania agencji, która specjalizuje się w zarządzaniu nieruchomościami – tłumaczy Julia. – To wydatek, ale w ten sposób też zapewniamy sobie spokój i możemy pracować nad kolejną inwestycją – radzi.

– Najlepiej oddaje to stwierdzenie „Don’t marry with the property” – podsumowuje Monika Sharma. – Zbyt intensywne angażowanie się emocjonalne może bardziej zaszkodzić niż pomóc w tym biznesie – zauważa.
Inwestować każdy może?

Justyna Pupin uważa, że niekoniecznie. – W celach inwestycyjnych kupują nieruchomości ludzie biznesu, osoby śmiałe, odważne. Trzeba też być pracowitym. To mit, że wystarczy kupić i nic nie trzeba robić. Domy są w różnym stanie: może zepsuć się bojler, pęknąć rura. To do nas należy dopilnowanie napraw. Trzeba być świadomym ryzyka i angażować się – zaznacza.

Podobnie uważa Julia Burzyńska-Kaczyńska. – To osiem lat bez wakacji, tyleż lat wyrzeczeń i ciężkiej pracy – praca na dwa etaty, również w weekendy, sprzątanie, doglądanie wszystkiego. Kiedyś policzyłam, że pracowałam 100 godzin w tygodniu. Widzę też, że nie każdy jest w stanie się poświęcić. Zwykle ludzie nie lubią odroczonej gratyfikacji. Dlatego, jeśli ktoś nie ma cierpliwości, chce efektów od razu i brakuje mu konsekwencji, to może być mu trudno – wyjaśnia Julia Burzyńska-Kaczyńska. – To nie jest zajęcie dla tych, którzy lubią żyć od weekendu do weekendu – dodaje.

– Skoro ja mogę to robić, to każda inna osoba również, zaręczam – podkreśla dobitnie Agnieszka Khan, która planuje przeprowadzić serię warsztatów i seminariów nt. inwestowania w nieruchomości. – Pracując w biurze nieruchomości przyglądałam się landlordom i lokatorom i uznałam, że niczym się od siebie nie różnią, poza tym, że landlordzi mają więcej czasu. Dlatego postanowiłam dołączyć do tej pierwszej grupy (czyli landlordów) – mówi.

Gdzie inwestować

Jak pisze na swoim blogu „Mieszkanicznik od podszewki” Julia Burzyńska-Kaczyńska, wraz z mężem miała w planach zakup mieszkania w UK, ale bank mający udzielić im kredytu splajtował. Kupiła więc mieszkanie w Polsce. – Większość osób sprzedaje mieszkanie w Polsce, by mieć na depozyt w UK, ale ja nie planuję tu być do końca życia – zapowiada.

Monika Sharma podkreśla: – Polacy często popełniają następujący błąd: gdy nie stać ich na wymarzony dom w Anglii, decydują, że wybudują dom w Polsce. Założenie jest takie, że nieruchomość powinna przynosić zyski, a nie straty. Ale angażując się w budowę w Polsce, traci się czas na dojazdy, krócej pracuje i generuje większe koszty. A w rezultacie w domu mieszkają teściowie lub służy nam jedynie w wakacje i święta. Mamy szczęście, gdy uda nam się uniknąć włamania w czasie, gdy dom stoi pusty. Zwykle też po 10 latach nasza „lokata kapitału” wymaga remontu, a więc nakładu kolejnych środków – tłumaczy.

Jak więc uniknąć takiego problemu? – Nie warto budować domu, tylko kupić mieszkanie w Łodzi lub w Warszawie w dobrej lokalizacji i je wynająć. Można je sprzedać po kilku latach, jeśli zajdzie taka potrzeba, ale niech w tym czasie pieniądze pracują. Niech kredyt dzięki czynszowi sam się spłaca. Potem można takie mieszkanie sprzedać i rozpocząć budowę, jeśli zapadnie decyzja o powrocie – doradza specjalistka.

– Gdzie zainwestujemy, zależy od nas. Reguły gry są takie same, czy to Francja, czy Polska – podkreśla Agnieszka Khan. – Ale zawsze trzeba się do tego odpowiednio przygotować – dodaje. Dlaczego to takie ważne? – Rok temu oglądałam program o angielskich landlordach – pokazano tzw. HMO Daddy, który wynajmując ludziom pokoje odnosi duże sukcesy i panią, która przez półtora roku nie była w stanie pozbyć się lokatora, który nie płacił jej czynszu. To jasne, że nie każdy odniesie oszałamiający sukces, ale można się dowiedzieć, jak uchronić się przed kłopotami – podsumowuje Julia Burzyńska-Kaczyńska.

Zostań landlordem, czyli garść porad dla początkujących:

  • Pytaj doświadczonych o radę, ucz się, konsultuj, szukaj specjalistów. W sprawie kredytu pytaj bank lub brokera, o ubezpieczenie – brokera, a nie kolegę i pamiętaj, że agencja nieruchomości chce ci sprzedać coś, czego akurat być może nie potrzebujesz.
  • Zrób dokładną kalkulację, ile potrzebujesz pieniędzy i porównaj z tym, na ile cię stać. Pamiętaj o wszystkich dodatkowych opłatach, wycenach i usługach. Zawsze zarezerwuj jakąś sumę na nieprzewidziane wydatki.
  • Wyznacz sobie odpowiedni cel i go realizuj. Zastanów się, czego naprawdę potrzebujesz. Być może studio jest tańsze, ale dwupokojowe mieszkanie da więcej możliwości wynajmu i przytrzyma lokatorów na dłużej, zapewniając większy miesięczny dochód, podczas gdy opłata za kawalerkę może nie pokryć kosztów.
  • Otaczaj się pozytywnie
    myślącymi ludźmi, którzy będą cię wspierać. Oczywiście, jest 1001 powodów, by nie inwestować w nieruchomości. Ale ponieważ podjąłeś taką decyzję, to, żeby nie zrażać się trudnościami, potrzebujesz kogoś, kto pomoże ci pokonać chwilowe problemy.
  • Dowiaduj się, ucz, sprawdzaj, pytaj, szukaj okazji, monitoruj zmiany przepisów. Jednym słowem – trzymaj rękę na pulsie.

Czy wiesz, że:

  • Stowarzysznie Mieszkanicznik działa również w Londynie? Regularne spotkania odbywają się w POSK-u (238-246 King St, London, W6 0RF).

Jak zaoszczędzić na biletach lotniczych i zmniejszyć koszt wyjazdów wakacyjnych

Według ekspertów, rezerwacja biletów lotniczych dokładnie 53 dni przed wylotem pomaga zaoszczędzić na kosztach podróży nawet do 26 proc. Ponadto według najnowszych badań wynika, że to na jaki dzień tygodnia rezerwujemy bilet, ma również wpływ na jego cenę.

Na podstawie zebranych danych, udało się ustalić w jakie dni, a nawet w jakie godziny najlepiej rozglądać się za ofertami. Nikogo nie dziwi fakt, że kupując bilet w ostatniej chwili, np. w dzień wylotu zapłacimy najwięcej. Z przeprowadzonych analiz wynika, że wtorek jest najlepszym dniem na wylot na wakacje, gdyż wtedy zapłacimy najmniej za bilet. Dobre okazje można znaleźć także w środy i poniedziałki. Podróżowanie w weekend, w porównaniu z pozostałymi dniami tygodnia, jest ciągle dość kosztowne. Jeśli zdecydujemy się na rezerwację biletu na sobotę, zapłacimy nawet 11,5 proc. więcej.

Podczas szukania promocyjnych cen biletów lotniczych do ulubionych miejsc, dużą rolę odgrywa także godzina, w której rezerwujemy lot. Podróżni, którzy kupują bilet późnym wieczorem o godzinie 23.00, mogą zaoszczędzić do 18 proc., w porównaniu z rezerwacjami dokonanymi w środku dnia o godzinie 14.00.

Oszczędzić na wakacjach możemy także rezerwując bilet na samolot, który wystartuje między 18.00 a północą. Z przeprowadzonych badań wynika, że bilety na loty w tych godzinach są najtańsze. Zdecydowanie unikać powinniśmy natomiast lotów w godzinach od 10.00 do 15.00. Za lot o tej porze dnia zapłacimy najwięcej.

Kupując loty z przesiadkami również oszczędzamy. Pomimo, że bezpośrednie loty są wygodniejsze, cena takich biletów jest z zasady znacznie wyższa niż cena lotów z przesiadkami.

Eksperci radzą również, że zawsze warto zapoznać się z cenami biletów oferowanymi przez różnych przewoźników. Dobrym narzędziem do porównywania cen są takie strony internetowe, jak Skyscanner czy Momondo, które monitorują ceny poszczególnych lotów.

Zapomniane długi. Sprawdź czy masz dłużnika

Nie masz pieniędzy? Możliwe, że masz dłużnika! Różne instytucje są nam winne łącznie miliardy funtów.

W czasach olbrzymiej konkurencji i coraz lepszej ogólnej jakości usług, wiele firm automatycznie przelewa nam na konto nadpłacone środki, promocyjne bonusy czy nagrody. Są jednak i takie, które niechętnie ujawniają dane o tym, że są winne klientom pieniądze. Czujność jednak popłaca, bo w ten sposób można zyskać kilkaset funtów czy nawet wyższą emeryturę na starość.

Zapominalscy szefowie

Szacuje się, że ponad 3 miliardy funtów leżą zapomniane w rozmaitych firmowych funduszach składkowych i emerytalnych. Okazuje się, że w czasach coraz większej mobilności często zdarza się, że odchodząc z kolejnej pracy my lub szef zapominamy dopełnić formalności i składki emerytalne pozostawiamy za sobą. Rządowa strona Pension Tracing Service pozwala sprawdzić, czy były szef nie zalega z żadnymi składkami. Z usługi skorzystał pan Wojciech,

67-letni warszawiak, który od tego roku planuje pobierać emeryturę za ponad 10 lat spędzonych w Wielkiej Brytanii. Spotkało go miłe zaskoczenie. – Odkryłem kilkaset funtów za składki z firmy, w której pracowałem od kwietnia do września 2005 i 3599 funtów z czasów, gdy pracowałem part-time w kilku różnych firmach. Musiałem to przeoczyć – cieszy się. Teraz dzięki świeżo odkrytym składkom jego emerytura wzrośnie – kilka funtów miesięcznie, ale zawsze. Jak podaje Pension Tracing Service, większość odzyskiwanych sum jest niższa niż 5 tys. funtów, choć zdarza się, że np. po bankructwie firmy czy nagłej emigracji pracownik traci znacznie wyższą sumę. Usługa jest darmowa.

Zagubione konto

W inny sposób pieniądze odzyskała 27-letnia Karolina, która była kelnerką w Leeds przez kilka miesięcy w 2008 r. Otworzyła wtedy konto w banku. Przed powrotem do Polski opróżniła je, a że było to przed czasami popularności kont on-line, o koncie zapomniała. Do czasu. – W zeszłe lato parę miesięcy znów pracowałam w Anglii, tym razem pomagałam w Cambridge koleżance, która otworzyła kawiarnię – opowiada. Po pierwszej wypłacie postanowiła otworzyć konto w banku, ale wtedy przypomniała sobie, że w przeszłości założyła takie konto w Wielkiej Brytanii.

– Na szczęście miałam jeszcze kartę do bankomatu, wprawdzie już przeterminowaną, ale dzięki niej znałam nazwę banku. Bałam się, że będzie tam jakiś debet, ale okazało się, że jest wręcz przeciwnie. Na koncie było 189 funtów – opisuje. Okazało się, że w momencie wyjazdu na koncie było jeszcze kilka funtów. Późnej pracodawca przesłał jej wyrównanie za nadgodziny, które po czasie urosły o odsetki. Zapomniane konto można odzyskać nawet wtedy, gdy nie pamiętamy nazwy banku. Wystarczy wypełnić darmowy formularz na stronie mylostaccount.org.uk, która należy do British Bankers Association i the Building Societies Association. Dzięki niej już ponad pół miliona ludzi odzyskało prawie miliard funtów.

Nieuczciwe ubezpieczenie

Bywa i tak, że banki są nam winne pieniądze z „własnej winy”. Po pierwsze dwóm milionom posiadaczy kart kredytowych należy się do 216 funtów odszkodowania za to, że banki „wciskały” im ubezpieczenia kart i inne usługi, które i tak oferowały za darmo, bo taki był ich prawny obowiązek. Wszyscy, którzy mogą dostać pieniądze z tego tytułu powinni otrzymać pocztą formularz i odesłać go do 18 marca. Osoby, które nie są pewne czy dostały formularz, a uważają, że powinny, mogą zadzwonić do AI Sheme pod numer 0800 678 1930. To samo dotyczy ubezpieczeń do kredytów i kart kredytowych (słynne PPI), które banki na nieuczciwych warunkach do niedawna bezprawnie oferowały osobom bezrobotnym i chorym. Wniosek można złożyć do banku, który udzielił nam w ten sposób kredytu.

Pamiętaj o tym, co twoje

Przy okazji warto pamiętać o innym ubezpieczeniu, które może przynieść nam spore profity. Okazuje się, że wielu z nas nawet nie wie, że ma lub na pewnym etapie życia miało polisę ubezpieczeniową. Często dostajemy ją do kredytu, samochodu, karty studenckiej (np. Euro 26), karty kredytowej, abonamentu telefonicznego, wakacji czy przelotu. Na co dzień o nich nie pamiętamy i właśnie na to liczą ubezpieczyciele – zdecydowana większość polis nigdy nie zostaje wykorzystana i to nie tylko przez to, że brak nam okazji, ale również przez nasze… zapominalstwo.

Darmowa opieka

28-letnia Monika z Warszawy to samotna mama 4-letniej Ani, która pracuje dorywczo jako kelnerka. Od kilku lat ma kartę kredytową. Ostatnio przy okazji zaciskania pasa i sprawdzania, na czym może zaoszczędzić, zwróciła uwagę na kilka złotych, które co miesiąc znikało z jej konta. – Okazało się, że to ubezpieczenie do karty. Coś mnie tknęło, żeby je zatrzymać, szczególnie że nie byłam wtedy nigdzie ubezpieczona – opowiada. Miała przeczucie. Kilka dni później przyszedł rachunek za pobyt w szpitalu, który miał miejsce parę tygodni wcześniej przy okazji wycięcia wyrostka robaczkowego.

– Poszłam do banku, skorzystałam z ubezpieczenia i dostałam zwrot kosztów leczenia. Warto czytać warunki różnych polis. Np. z mojej dowiedziałam się, że w razie choroby czy wypadku raz w roku mam prawo do darmowej godziny opieki nad dzieckiem i osobno do dwóch godzin opieki nad… kotem – wylicza. Najlepiej trzymać wszystkie polisy w jednym miejscu i przy okazji kolejnej porównywać ją z już posiadanymi. Zrezygnujmy z tych, które się dublują, ale trzymajmy takie, które zagwarantują nam wypłatę dodatkowych pieniędzy w razie choroby, zgubienia telefonu, bagażu czy wypadku.

Zarób na opóźnieniu

Zarobić można też na tym, że spóźni się nasz samolot lub pociąg. Jak? Rocznie 47 milionów osób czeka na pociąg, który nie przyjechał lub się spóźnił, ale tylko co trzecia z nich składa wniosek o odszkodowanie. A przecież jeśli pociąg spóźni się o ponad godzinę, możemy dostać co najmniej 50 proc. zwrotu kosztu biletu. W przypadku biletów tygodniowych czy miesięcznych otrzymamy 20 proc. ceny całego biletu. Z kolei w przypadku samolotów, odszkodowanie należy się, jeśli ten spóźnił się o ponad trzy godziny i może wynieść do 460 funtów.

Jedyny problem tkwi w polityce niektórych przewoźników, którzy zrobią wszystko, byśmy nie otrzymali należnych nam pieniędzy. Żmudne i nielogiczne formularze, ograniczenia czasowe i niewygodna forma zwrotu środków (w formie vouchera, zamiast na konto) zniechęcają nawet najbardziej wytrwałych. Są jednak i dobre wiadomości. Aplikacja Train Refund automatycznie poinformuje nas o opóźnieniu dotyczącym kupionych biletów i złoży wniosek o zwrot. Poza tym, od połowy tego roku rząd planuje usprawnić proces oddawania pieniędzy i zmusić przewoźników kolejowych, by przesyłali je prosto na konto. A co z samolotami? Tu wciąż trzeba zdać się na siebie…

Czekając na prąd

Odszkodowanie można też dostać od dostarczyciela prądu czy gazu. Po pierwsze, jeśli zabraknie nam prądu na dłużej niż 18 godzin przy dobrej pogodzie i 24-48 godz. przy złej, a stanie się to z winy operatora. Odszkodowanie w takim wypadku może wynieść równowartość nawet siedmiu rachunków za prąd, a żeby je dostać trzeba zgłosić się do dostawcy. Rekompensata należy się też wtedy, gdy firma spóźnia się z odczytaniem stanu liczników z własnej winy. Doświadczyła tego 33-letnia Kasia, kelnerka z York.

– Wkurzyłam się, bo wzięłam wolne na cały dzień, a „pan od liczników” się nie pokazał. Sprawdziłam w internecie i musi uzgodnić ze mną dwugodzinne okienko w ciągu dnia lub przynajmniej zadeklarować się, czy przyjdzie przed czy po południu. Zadzwoniłam na skargę i dostałam 42 funty odszkodowania – opisuje. Tyle można otrzymać za takie problemy przy zczytywaniu obydwu liczników. Za sam gaz dostaniemy 20 funtów, a za prąd – 22 funty. Warto też wiedzieć, że trzy miliony mieszkańców kraju mają dłużnika w postaci starego dostarczyciela energii, a dług średnio wynosi 50 funtów. Często rezygnując z usług jednego z dostarczycieli zostajemy z nadpłatą, szczególnie wtedy, gdy się wyprowadzamy i zapomnimy przekazać firmie nasz nowy adres. Na szczęście złożenie wniosku jest proste – zajmuje się tym portal www.myenergycredit.com

Zwrot podatku

Temat niezwykle popularny wśród imigrantów, jednak wciąż w HMRC zalegają miliardy nierozliczonych funtów. Średnio otrzymać możemy kilkaset funtów, jednak bywa i tak, że zdobędziemy znacznie więcej, o czym przekonał się  30-letni Konrad z Edynburga, który najpierw studiował marketing, a później przez kilka lat pracował w sklepie z telefonami komórkowymi. O zwrot ubiegał się dopiero w zeszłym roku i czekała go miła niespodzianka.

– Dostałem ponad 2 tysiące funtów. Wydawało mi się, że się nie kwalifikuję, ale okazało się, że przez to, iż co roku parę miesięcy spędzałem u rodziny w Polsce, w świetle prawa zarabiałem mało i należał mi się zwrot – wyjaśnia. To często dotyczy właśnie studentów, którzy pracują na niepełny etat i imigrantów, którzy dzielą czas pomiędzy dwa kraje. O zwrot można ubiegać się za darmo w HMRC, a jeśli mamy wątpliwości, możemy zgłosić się o pomoc do którejś z polskich firm księgowych.

Podatek od domu

Możemy też otrzymać zwrot Council Tax czyli podatek lokalny, jeśli okaże się, że podpadaliśmy pod niewłaściwy próg i płaciliśmy za dużo. Progi (band) ustala urząd miasta, biorąc pod uwagę jakość domu i okolicy. Jeśli więc sąsiedzi w podobnych mieszkaniach płacą mniej niż my lub mamy podejrzenie, że urząd nie wziął czegoś pod uwagę (np. dymiący komin, hałas, wycinka drzew), możemy wnieść o zmniejszenie progu, a tym samym zwrot części podatku. Często zdarza się, że nieruchomość była wyceniona właściwie, jednak z biegiem lat coś się zmieniło – np. okolica nie jest już tak atrakcyjna.

Błąd tkwi też w samym systemie. Podatek zaczęto wprowadzać w 1991 roku. W całym kraju do oszacowania były miliony domów, a ustawę trzeba było wprowadzić szybko. Eksperci do spraw podatków opisują tamto szacowanie jako „wycenę na drugim biegu”, bo siłą rzeczy część odpowiedzialnych za to osób miała do sprawdzenia tyle domów, że nawet nie zatrzymywała się przed nimi, oceniając je zza okna pędzącego samochodu. To dlatego możemy dostać wyrównanie wstecz nawet do 1993 roku lub do roku, w którym się wprowadziliśmy.

Wyceń sam

Jak się za to zabrać? Możemy zapytać sąsiadów o to, ile podatku płacą. Mniej krępującym rozwiązaniem będzie jednak sprawdzenie tych danych na stronie Valuation Office Agency (w Anglii) lub Scottish Assessors Association, gdzie znajdują się prawie wszystkie nieruchomości. Następnie musimy sprawdzić, czy wartość domu spadła od momentu, gdy się wprowadziliśmy lub od momentu, gdy dokonano wyceny (np. porównując umowę kupna z danymi na stronie www.nationwide.co.uk). Jeśli tak, możemy zgłosić się do VOA lub SAA i poprosić o ponowne oszacowanie wartości. Ale uwaga – taki wniosek o zmniejszenie podatku działa jak broń obosieczna. Równie dobrze może się bowiem okazać, że podatek był zbyt mały i wtedy czeka nas… podwyżka. A co gorsza, nie tylko nas lecz całą okolicę, za co z pewnością odpowiednio „odwdzięczą” nam się sąsiedzi.

Ile możesz odzyskać?

  • Zaległa emerytura – do 5 tys. funtów
  • „Zagubione konto” – 5-500 funtów
  • Nieuczciwe ubezpieczenie karty – 216 funtów
  • Niewykorzystane ubezpieczenie – nawet kilkadziesiąt tys. funtów
  • Spóźniony samolot – do 460 funtów
  • Spóźniony odczyt liczników – 20-42 funty
  • Zwrot podatku – średnio 500 funtów
  • Council Tax – średnio 100-400 funtów rocznie

Zaległości w liczbach…

  • Partia Konserwatywna twierdzi, że 400 tys. domów podpada pod niewłaściwy próg Council Tax.
  • Rocznie 47 mln osób należy się odszkodowanie za spóźniony lub odwołany pociąg.
  • W pracowniczych funduszach emerytalnych leży 3 mld zapomnianych funtów.

Oto prosty sposób na to, jak zaoszczędzić na rachunkach za prąd

Eksperci twierdzą, że bardzo prostym sposobem zaoszczędzenia na rachunkach za prąd jest zmiana dostawcy prądu. Gospodarstwa domowe, które zdecydowały się zmienić dotychczasowego dostawcę energii, oszczędzają więcej na rachunkach. Mniejsze firmy dostarczające energię elektryczną zawładnęły rynkiem i oferują konkurencyjne ceny.

Ceny oferowane przez mniejsze firmy są tak atrakcyjne, że nawet wielkie firmy na ranku zdecydowały się na obniżki taryf. Eksperci twierdzą, że teraz jest najlepszy moment aby zmienić dostawcę prądu i zaoszczędzić pieniądze.

Według portalu uSwitch.com użytkownicy, którzy zdecydowali się zmienić dostawcę, zaoszczędzili w zeszłym roku aż 337 funtów, więcej niż w 2012 roku, kiedy kwota ta wyniosła 138 funtów i w 2011 – 170 funtów.

Dane przedstawione przez Energy UK pokazują, że w ostatnich 12 miesiącach aż 1,3 miliona klientów zamieniło większego dostawcę energii na mniejszą firmę. To znowu, zmusiło firmy energetyczne z tzw. wielkiej szóstki, do obniżek cen gazu i prądu.

Ewentualne oszczędności dla gospodarstwa domowego, które chciałoby teraz zmienić dostawcę, a nigdy wcześniej tego nie zrobiło, mogą wynieść nawet 400 funtów rocznie.

Proces zmiany dostawcy jest tak naprawdę bardzo prosty, z czego jeszcze niewielu zdaje sobie sprawę. Ci, którzy szukają lepszej oferty, znajdąszeroki wybór na dzisiejszym rynku, czy będą to umowy długoterminowe, czy taryfa zmienna.

Chociaż oszczędności płynące ze zmiany dostawcy nie są tak duże jak jeszcze kilka lat temu, to jednak eksperci twierdzą, że zmiana dostawcy powinna być kluczowym punktem w rozporządzaniu naszymi finansami.

Jeśli jesteś jednym z miliona ludzi, którzy nigdy jeszcze nie zmienili swojego dostawcy (np. ciągle korzystają z usług swojego pierwszego dostawcy energii), masz szanse zaoszczędzić znaczną sumę pieniędzy.

Jeśli myślisz o zmianie dostawcy, to w bardzo prosty sposób możesz porównać ceny taryf na stronie energyhelpline.com

Zmiany oceniania szkół w Anglii

Szkoły w Anglii po raz ostatni oceniane są na podstawie „surowych” wyników z testów GCSE. Jak podaje BBC, rząd oznajmił zaostrzenie standardów w szkołach, co oznacza, że od przyszłego roku będą one oceniane na podstawie wyników z ośmiu przedmiotów.

Szkoły gimnazjalne kwalifikują się jako „osiągające wyniki gorsze od zamierzonych”, gdy mniej niż 40 proc. uczniów dostaje oceny A*-C z pięciu przedmiotów, w tym z języka angielskiego i matematyki.

Dyrektorzy narzekali, że oceniane szkół na podstawie wyników z GCSE jest niesprawiedliwe, ale ministrowie naciskali na prosty typ rankingu, który ułatwi rodzicom wybór szkoły dla dziecka.

Obecnie ponad 61 proc. uczniów płci żeńskiej uzyskało pięć dobrych wyników z GCSE, w tym z języka angielskiego oraz matematyki. Około 52 proc. chłopców otrzymało podobne wyniki. Również mniej chłopców (69.9 proc.) niż dziewczyn (76.5 proc.) poprawiło swoje wyniki w nauce.

Więcej dziewcząt (29.3 proc.) niż chłopców (19.5 proc.) osiągnęło angielską maturę, co wymaga zdania GCSE z dwóch przedmiotów ścisłych, języka obcego, historii, geografii oraz języka angielskiego i matematyki.

Od następnego roku szkoły w Anglii oceniane będą na podstawie tzw. Progress 8, który wymaga zdania testów z ośmiu przedmiotów.

– Nasz program akademicki rewolucjonizuje system szkolny. Reformy GCSE oraz A-levels zapewnią młodzieży wykształcenie, szeroką i zrównoważoną wiedzę, umiejętności oraz kwalifikacje, które pomogą im odnieść sukces – powiedział minister szkół Nick Gibb.

Prawo brytyjskie a polskie. Jakie są różnice?

Istnieje dużo różnic pomiędzy prawem polskim a brytyjskim. Jedne są uciążliwe, inne zabawne. Nieznajomość przepisów czasem może jednak sporo kosztować.

Pierwszą różnicą, która rzuca się w oczy wielu Polakom na Wyspach, jest zupełnie inne prawo pracy. – Do tej pory jestem w szoku. W Wielkiej Brytanii wystarczy, że umówię się na coś z szefem ustnie, nie muszę za każdym razem wypełniać druczków. Jeśli potrzebna jest umowa, to wystarczy, że raz prześlę skan. Poza tym, do wypłaty wynagrodzenia wystarczy przesłanie prostej faktury e-mailem – wyjaśnia 27-letnia Zuza, dziennikarka i copywriterka z Warszawy, pracująca z domu dla polskich i brytyjskich klientów.

Rzeczywiście, wystarczy, że pracodawca przedstawi warunki umowy na piśmie w ciągu dwóch miesięcy od rozpoczęcia pracy, by umowa obowiązywała. A w Polsce? – Umowy i rachunki to moja zmora. Nawet, jeśli ktoś ma mi wypłacić 50 złotych za tekst, nie obejdzie się bez stosów papieru. Dla tylko jednego ze zleceniodawców co miesiąc drukuję… 26 stron dokumentów. Jednak najbardziej wkurza mnie, gdy ktoś zabiera mi czas i każe jechać na drugi koniec miasta na podpisanie umowy – wzdycha. W UK często zaskakują nas też różnice związane ze zwolnieniem i odszkodowaniami.

Wagary to przestępstwo

Kontrowersje wywołuje też prawo rodzinne, które znacząco różni się od polskiego. – Gdy po tygodniowej wizycie z córką u babci na początku roku szkolnego dostałam list z wezwaniem do Social Services, natychmiast poszłam z awanturą do dyrektora szkoły. Okazuje się jednak, że tu rodzic odpowiada za nieobecności dziecka do tego stopnia, że każde kilka dni nieusprawiedliwionego „wolnego” skutkuje koniecznością stawienia się „na dywaniku” – opowiada 35-letnia Marzena z Dublina. Dla kontrastu przywołuje wspomnienia z edukacji starszego syna, która odbywała się w Polsce. – Musiałam się tłumaczyć jego wychowawczyni dopiero wtedy, gdy nieobecności z półrocza było więcej, niż obecności. Syn nie cierpiał swojego gimnazjum i ani ja, ani nauczyciele niewiele mogliśmy na to poradzić – opowiada.

Inne prawo dotyczy też rozwodów, bo zamiast upokarzającej procedury wystarczy złożyć wniosek – wiele par nawet nie stawia się na sprawie rozwodowej. Ciekawie prezentują się za to różnice w prawach osób homoseksualnych. Choć na Wyspach od 1996 roku legalne są konkubinaty, a od 2005 roku związki partnerskie i adopcja dzieci, to jeszcze w latach 60. XX wieku homoseksualizm karany był śmiercią, a publiczne okazywanie sobie uczuć i wstępowanie homoseksualistów do wojska jest legalne dopiero od kilkunastu lat. Tymczasem w Polsce ostatnie prawo zabraniające tego typu kontaktów zniesiono w 1932 roku.

Nie pożyczaj samochodu

Temat, który rozgrzewa internetowe fora, to różnice w prawie drogowym. Brytyjski limit alkoholu we krwi osoby prowadzącej auto to 0,8 promila, podczas gdy w Polsce to 0,2 promila alkoholu.
Z inną różnicą zetknął się 40-letni Paweł, mechanik z Hull, który kiedyś często pożyczał auto polskiemu sąsiadowi. Do czasu. – Marcin w zeszłym roku miał stłuczkę, ewidentnie z winy innego kierowcy. Samochód był niemal do kasacji, ale nie martwiłem się tym, bo miałem ubezpieczenie. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że ubezpieczenie samochodu w UK obowiązuje na osobę, a nie na samochód. Ja byłem ubezpieczony, ale mój rozbity samochód już nie – opowiada. Na Wyspach nie musimy wozić przy sobie prawa jazdy czy sterty dokumentów dotyczących auta. Wystarczy, że dostarczymy je na prośbę policji w ciągu siedmiu dni.

MO stoi na straży…

Wiele mniej oczywistych przepisów różni się od siebie znacząco na tyle, że nawet prawnicy przecierają oczy ze zdumienia. Tak jest np. z polskim przepisem dotyczącym pracy prosektoriów. Pracownicy, którzy nie mogą zidentyfikować ciała powinni powiadomić „organ MO, a w razie potrzeby natychmiastowego zabezpieczenia śladów przestępstwa – biuro gromadzkiej rady narodowej”. To ostatnie zlikwidowano ponad 50 lat temu.

Z innej obowiązującej ustawy, rolnicy dowiedzą się, że są „trwałym i równoprawnym elementem społeczno-gospodarczym ustroju PRL” i że mają prawo uczestniczyć „w decydowaniu o sprawach związanych z postępem społecznym wsi”. W kwestii przestarzałego prawa i w Wielkiej Brytanii wciąż obowiązuje kilka regulacji sięgających czasów… średniowiecza – wśród nich m.in. o tym, że w parlamencie nie wolno nosić zbroi, że nie można nosić drzew ulicami miasta ani trzymać łososia w sposób podejrzany. Od XIII w. nie wolno też trzepać dywanów z okna ani upijać się w pubie.

Nie lajkuj w internecie

Są jednak i stare prawa, których nieprzestrzeganie do dziś może mieć poważne konsekwencje. Jednym z nich jest obowiązująca w Polsce cisza wyborcza. W teorii ma zapobiec agitowaniu ludzi wchodzących do lokali wyborczych. A jak w XXI w. wygląda to w praktyce?

– Przed wiosennymi wyborami Państwowa Komisja Wyborcza straszyła, że będzie ścigać za łamanie ciszy wyborczej w internecie. Ale mój profil na portalu społecznościowym to moja sprawa! Czy nie mogę przed wyborami nacisnąć „lubię to!” na stronie partii politycznej ani dyskutować pod artykułem o polityce? To absurd! – oburza się 22-letni Mikołaj, student nauk politycznych z Krakowa. W UK tymczasem nie ma ciszy wyborczej.

Lepiej nic nie pisać

Podobne kontrowersje wzbudza polskie prawo prasowe uchwalone w… stanie wojennym. Redaktorowi naczelnemu grozi kara więzienia za nieopublikowanie sprostowania, a dziennikarzowi za publikację nieautoryzowanej wypowiedzi. To dlatego można odnieść wrażenie, że wywiady w polskiej prasie są takie „grzeczne”: ich bohaterowie często piszą je… od nowa w momencie autoryzacji. Istnieje też zapis mówiący, że „zadaniem dziennikarza jest służba państwu”, na co powołują się sędziowie w sprawach dziennikarzy, którzy nie po myśli polityków nagłaśniali afery z ich udziałem.

Zdarza się też, że polskie gazety po opublikowaniu tekstu np. o działalności przestępczej ludzi biznesu stają na skraju bankructwa, bo biznesmeni otoczeni armią prawników pozywali tytuł za jedno słowo i domagali się sprostowań na łamach np. ogólnopolskiej telewizji. Dużym problemem jest artykuł 212 kodeksu karnego, dzięki któremu za zniesławienie innej osoby można trafić na dwa lata za kratki. Bywa, że dzięki temu artykuły czy książki po prostu nie zostają… napisane.

Potencjalni autorzy wiedzą, że publikując „rewelację” na temat głowy państwa czy ważnego polityka, mają jak w banku wieloletnią batalię sądową i konieczność wykupywania drogich sprostowań w mediach. Warto przy tym pamiętać, że w dobie internetu pomówieniem czy naruszeniem dóbr osobistych może być też wpis na blogu czy komentarz opublikowany na portalu społecznościowym.

Sędzia rozpatruje latami

Do tej pory najbardziej zasadniczą różnicą był jednak zupełnie różny system wydawania wyroków sądowych obowiązujący w tych dwóch krajach. Na Wyspach to system kontradyktoryjny, w którym sędzia decyduje o wyroku na podstawie argumentów, które przedstawiły strony. Ta, która lepiej udowadnia swoje racje, wygrywa.

W polskim systemie tymczasem sędzia musi zapoznać się ze wszystkimi materiałami dotyczącymi sprawy i dopiero, gdy uzyska pełen ogląd sytuacji, wydaje wyrok. W teorii brzmi to dobrze, jednak w praktyce sprawia, że najprostsze sprawy trwają latami. Możemy to obserwować np. w przypadku sprawy Amber Gold, której końca nie widać, bo sąd musi przesłuchać kilka tysięcy świadków i przeczytać „kilogramy” dokumentów.

Co zmienia się w 2016 roku w UK?

Wkrótce czeka nas mała rewolucja w kwestii zasiłków, przepisów związanych z pracą i mieszkaniami socjalnymi.

Pierwsza ważna dla pracowników zmiana to wprowadzenie National Living Wage. Jeszcze kilka lat temu o konieczności wprowadzenia NLW mówiły tylko związki zawodowe i nieliczne zakłady, które zdecydowały się pracownikom płacić więcej niż ustawowe minimum, by mogli godnie żyć. Wielu wydawało się, że objęcie wyższą pensją wszystkich pracowników to tylko pobożne życzenia. Jednak rząd zapowiada wielkie zmiany w systemie.

– Chcemy zmienić system z niskich pensji, wysokich podatków i wysokiej opieki społecznej, na wyższe pensje, niższe podatki i niższą opiekę społeczną – możemy przeczytać na stronie rządu. Od kwietnia osoby powyżej 25. roku życia będą zarabiać min. £7,20 za godzinę – to aż o pół funta więcej niż dziś i roczny zysk £1200 dla osób pracujących na pełen etat. – Zmiana jest bardzo potrzebna. Przy rosnących zasiłkach w Polsce i spadającym kursie funta powoli przestawało się opłacać pracować na najniższych stanowiskach za ok. £6 na rękę – mówi Andrzej z Birmingham. – Teraz znów ma sens praca na niskich stanowiskach – dodaje.

Legalnie się opłaca

Również rzesze Brytyjczyków (szczególnie młodych) dotychczas uważało, że nie opłaca się pracować, skoro można „wyciągnąć” więcej z zasiłku. Teraz ma się to zmienić i praca znów będzie najlepszym wyjściem dla osób, które chcą mieć za co żyć. Jednak nie wszyscy są tak optymistycznie nastawieni.

– Moim zdaniem to jeszcze bardziej zachęci pracodawców, żeby zatrudniać na czarno. Trudno uwierzyć, że będą skłonni z dnia na dzień płacić o pół funta więcej za godzinę – obawiają się internauci na polonijnych forach. Jednak w przygotowaniu jest również zmiana, która pozwoli upewnić się, że takie sytuacje nie będą miały miejsca. Od kwietnia pracodawcy będą też płacić o tysiąc funtów rocznie mniej National Insurance dla pracownika. Dzięki temu pracodawcom będzie się bardziej opłacało zatrudniać pracowników legalnie.

Opiekuni pod opieką

Zmieni się też dużo dla osób mieszkających w Walii, które opiekują się bezpłatnie członkiem rodziny, przyjacielem czy sąsiadem przez co najmniej 50 godzin w tygodniu. Do tej pory 370 tys. Walijczyków musiało zmagać się z uciążliwymi obowiązkami przy chorym krewnym. Z powodu wycieńczenia psychicznego i olbrzymiego wysiłku fizycznego, jakim jest opieka nad niepełnosprawnym dzieckiem czy rodzicem, większość z nich skarżyła się na problemy zdrowotne i finansowe. Od przyszłego roku takie osoby otrzymają pomoc dotyczącą ich zdrowia, poruszania się, finansów czy kosztów utrzymania domu, która często jest niezbędna w przypadku  takich opiekunów osób starszych, chorych czy niepełnosprawnych.

Trudniej młodym

Od 2016 roku na cztery lata zostaną zamrożone stawki zasiłków dla osób w wieku produkcyjnym. Nie dotyczy to tylko Disability Living Allowance, Personal Independence Payment, Employment and Support Allowance support group payments, Maternity Allowance, Maternity Pay, Paternity Pay and Sick Pay. Zniknie też premia dla rodzin i samotnych rodziców przyznawana wraz z Housing Benefit (HB), ale tylko dla osób, które po raz pierwszy będą aplikować po kwietniu przyszłego roku.

O HB będą mogli zapomnieć też młodzi w wieku 18-21 lat. Dodatkowo ta grupa wiekowa nie dostanie Universal Credit, jeśli nie zgłosi się na staż, nie będzie się uczyć lub nie zacznie pracować. Jest jednak i pozytyw, który może zmienić na lepsze sytuację młodzieży, bo od przyszłego roku szkolnego osoby do 30. roku życia o niskich zarobkach będą mogły pobrać do 10 tys. funtów kredytu na studia podyplomowe. Studenci, którzy zaczną od przyszłego roku naukę będą mogli otrzymać też o 700 funtów wyższe „Maintenance loan support” (£8200 rocznie), a spłacić go będą musieli tylko wtedy, gdy ich roczne zarobki po skończeniu szkoły będą wyższe niż 21 tys. funtów. Ma to im pomóc w odnalezieniu się na rynku pracy.

Łatwiej o mieszkanie

Dobra wiadomość dla osób, które korzystają z mieszkania socjalnego. Czynsz od 2016 roku będzie się zmniejszał o 1 proc. rocznie przez cztery lata. Opłaty za mieszkania socjalne mają być uzależnione od dochodów. Osoby, które zarabiają powyżej 30 tys. funtów (i powyżej 40 tys. funtów w Londynie) nie będą mogły dłużej korzystać z niskich stawek – zamiast tego zapłacą tyle, ile wynoszą stawki rynkowe za wynajem.

– Bardzo na to liczę – wzdycha 40-letnia Katarzyna, mama trójki dzieci, w Londynie od 2004 roku. – Mam koleżankę, która zarabia więcej ode mnie i mieszka w mieszkaniu socjalnym, a ja czekam już parę lat i nic. Mam nadzieję, że po zmianach, mieszkania będą przysługiwały tym, którzy faktycznie na to zasługują – zaznacza. Znacząco zmniejszy się za to stawka zarobków przypadających na gospodarstwo domowe, od której Tax Credit i Universal Credit ulegają zmniejszeniu.

Dotychczas było to £6420, od wiosny 2016 będzie to już £3850. Zdrowych i bezdzietnych osób w wieku produkcyjnym w ogóle nie będą obowiązywały te limity – Universal Credit może być zmniejszony niezależnie od zarobków, jeśli taka osoba jest zdolna do pracy. Zmieni się też coś dla osób, które mają dom, pobierają zasiłki i potrzebują pomocy w spłacie hipoteki lub kredytu na remont.

Od kwietnia czas oczekiwania na decyzję o wypłaceniu Support for Mortgage Interest wróci do 39 tygodni, czyli okresu sprzed kryzysu gospodarczego, a za dwa lata jego forma ma zmienić się z bezzwrotnego zasiłku na pożyczkę. Z kolei stawka Tax Allowance wzrośnie o £400, czyli do 11 tys. funtów rocznie.

Dofinansowania dla Polaków w Wielkiej Brytanii. Sprawdź, jak się o nie ubiegać

Polskie szkoły działające na terenie UK mają szansę otrzymać dofinansowanie do swojej działalności.

W ramach projektu „Wsparcie dla szkół nauczających języka polskiego, w języku polskim i o Polsce” realizowanego w 2015 roku przez Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” we współpracy z Polską Macierzą Szkolną na zlecenie Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP, istnieje możliwość uzyskania przez polskie szkoły uzupełniające działające w Wielkiej Brytanii częściowego dofinansowania, głównie takich kosztów jak: koszty wynajmu pomieszczeń i doposażenia szkół, koszty transportu na wycieczki edukacyjne i dojazdy do szkół, koszty zakupu podręczników i pomocy dydaktycznych.

Polskie Szkoły Społeczne w Wielkiej Brytanii mogą nadsyłać zgłoszenia do projektu drogą mailową do Polskiej Macierzy Szkolnej w Londynie. W odpowiedzi na zgłoszenie szkoła otrzyma mailem komplet dokumentów aplikacyjnych.

Kryteria

O dofinansowanie mogą ubiegać się szkoły, które spełniają trzy warunki: mają charakter społeczny, funkcjonują od co najmniej jednego roku szkolnego i posiadają własne konto bankowe.

Ostateczne decyzje o przyznaniu dofinansowania będą podejmowane po złożeniu pełnej aplikacji wraz z wymaganymi dokumentami do dnia 30 września 2015 roku. Decydować będzie data wpływu dokumentów pocztą do siedziby Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” w Warszawie.