Start Wiadomości Polonijne szkoły zdane na siebie?

Polonijne szkoły zdane na siebie?

2837
0

W Wielkiej Brytanii funkcjonuje wiele polonijnych szkół. Ostatnio jednak część z nich boryka się z problemami, które mogą zagrozić ich istnieniu.

Polskie szkoły od początku swego istnienia odgrywały ogromną rolę w wychowaniu młodzieży poprzez kultywowanie polskich tradycji i nauczanie języka polskiego. To tu skupiało się życie na emigracji, dzieci mogły poznawać rówieśników, po raz pierwszy przeczytać Mickiewicza czy odśpiewać polski hymn. Dziś, wygląda to trochę inaczej.

– To było potrzebne w PRL i za czasów zaborów – ocenia 36-letni Piotr, rodzic wychowujący syna w Londynie. – Dzisiaj nikt nikomu nie broni kontaktów z Polską, a wręcz przeciwnie: zamiast posyłać go na weekend do szkoły, mogę mu dać na bilet do krewnych w Polsce. Poza tym, że nie umiałbym zaciągnąć mojego szesnastoletniego syna do szkoły sobotniej, to właściwie cieszę się, że dobrze się odnajduje w angielskiej rzeczywistości i ma angielskich kolegów – mówi.

Inni rodzice wskazują na to, że kiedyś polska szkoła była jedynym możliwym zajęciem – dziś młody człowiek chodzi na lekcje angielskiego, basen czy kurs tańca i niektórzy uważają, że bez szkoły polonijnej można się obyć. Można nawet zauważyć, że sytuacja polskich szkół za granicą stanowi temat sporu politycznego w Polsce. Na forach rodzice o jednych szkołach piszą, że są „PIS-owskie”, o innych, że „finansowane przez PO”. I tak, spierają się latami, podczas gdy ich dzieci zapominają polskiego języka.

Dzieci odchodzą

Jeszcze dwa lata temu w polonijnych szkołach na świecie uczyło się ok. 115 tys. dzieci, dziś ok. 20 tys. mniej. Potrzeba kontaktu z polską kulturą jest największa w najdalszych zakątkach świata i to tam dzieci najchętniej chodzą do polskiej szkoły. Mowa o placówkach w Egipcie, Meksyku, Izraelu czy Chinach.

Najwięcej jest ich jednak w UK, gdzie wszystkich szkół jest ponad sto. Z 90 tys. uczniów szkół polonijnych na świecie, tylko 15 tys. uczy się w szkołach finansowanych przez państwo. W rejestrze Ośrodka Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą jest łącznie 336 szkół. Część rodziców zakłada szkoły na własną rękę.

Miejsc brak

W Wielkiej Brytanii, gdzie w ciągu ostatnich 10 lat urodziło się ponad 100 tys. polskich dzieci (do tego trzeba doliczyć też te, które przyjechały tu z rodzicami) jest tylko… jedna szkoła finansowana przez państwo przy ambasadzie RP w Londynie. Cztery klasy uczą się tu w weekend głównie języka polskiego. Aby się zapisać wystarczy przedstawić paszport dziecka, pesel, dowód uczęszczania do szkoły angielskiej i podanie.

Poza kilkudziesięcioma dziećmi, dla których jest miejsce w szkole przy ambasadzie, istnieje wiele placówek płatnych. Głównie weekendowych, przy kościołach i społecznych. Koszty? W szkołach sobotnich w UK to 355 funtów rocznie, podobnie w szkole języka polskiego w Coatrbridge (350 funtów) i w szkole im. Stefana Wyszyńskiego w Londynie (335 funtów).

– To skandal, że dokłada się nam kosztów – denerwuje się Marek, który planuje w tym roku ściągnąć do Anglii żonę i córeczkę. – To państwu powinno zależeć, by dzieci wychowywane za granicą nadal były Polakami. A wszystko zwala się na rodziców: płać albo nie jesteś patriotą – podsumowuje.

Sami przyjdźcie uczyć

Dyrektorzy polskich szkół tłumaczą, że opłaty są im potrzebne, by utrzymać szkoły. W niektórych szkołach woźne pracują na etat, a nauczyciele… za darmo lub w zamian za wyżywienie i koszty dojazdu. – Nie można powiedzieć, że nauczyciele się nie starają – oponuje jedna z nauczycielek. – Wręcz przeciwnie: robię to charytatywnie, z potrzeby serca.

Nauczyciele swoje wolne dni poświęcają na kształcenie polskich dzieci. Proszę przekazać rodzicom, którzy narzekają, że nic nie stoi na przeszkodzie by i oni po tygodniu wypełnionym pracą i opieką nad własnymi dziećmi i domami, poświęcili cały weekend na prowadzenie lekcji. Gdyby nie my, szkoły trzeba by zamknąć – podsumowuje.

Religia jest lub jej nie ma

Samofinansowanie się szkół, nisko opłacani nauczyciele i brak zainteresowania ze strony władz Polski owocuje dowolnym ustalaniem programu. – Poszłyśmy na pierwszą lekcję, a tam pacierz, czytanie Biblii, żywoty świętych i piosenki religijne. Dla mnie taka szkoła odpada – opowiada Patrycja, mama 6-latki z Sheffield. – Rozmawiałam o tym potem z koleżanką, której syn chodzi do polskiej szkoły w sąsiedniej miejscowości – wspomina. – Nie przeszkadza ci, że to właściwie same lekcje religii – zapytałam. – Ale w naszej szkole w ogóle nie ma religii – zdziwiła się.

Książki?

– Nie ma żadnej serii podręczników układających się w logiczną całość. Nauczyciele często wykorzystują zatem podręczniki, które są przeznaczone dla szkół krajowych. Jednak te pisane są dla szkół ogólnych, w których zajęcia odbywają się przez pięć dni w tygodniu. Ponadto książki, przewidziane dla szkół za granicą, nie uwzględniają trudności, jakie mają z językiem polskim mali migranci – wyjaśnia prof. Dorota Praszałowicz z Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego w rozmowie z PAP.

Jedna z mam z niedowierzaniem zamieściła na portalu społecznościowym zdjęcie podręcznika, z którego jej córka uczy się w polonijnej szkole. Rok wydania: 1981. Na podobny problem zwracały w październiku uwagę nauczycielki ze szkół polonijnych w Australii i Nowej Zelandii. Podczas spotkania „Nauka języka polskiego w XXI w.” mówiły, że głównym problemem jest dla nich brak zróżnicowanego nauczania. W jednej klasie muszą uczyć się czasem dzieci 7- i 15-letnie. Dodajmy do tego nieodpowiedni podręcznik i nauczycieli, którzy często pracują „po kosztach” i mamy przepis na nieskuteczną naukę.

Mamo, nic nie rozumiem

Inny problem to nauka dzieci, które polskiego już zapomniały lub nigdy nie był ich ojczystym językiem (np. te z małżeństw mieszanych). W większości szkół nie ma dla nich specjalnych grup, a nie są w stanie nawet czytać czytanek, nie znając polskich liter czy wymowy. Często brakuje nauczycieli, którzy umieliby uczyć polskiego jako języka obcego. Zetknęła się z tym problemem Alicja, mama Magdy i Wioli, 14- i 9-latki. – Starszą zabraliśmy ze sobą do Anglii dwa lata temu, młodsza została z dziadkami w Polsce, żeby skończyć trzecią klasę – opowiada.

– W tym roku do nas dołączyła i zapisaliśmy obie do szkoły weekendowej. Starsza wróciła z lekcji zapłakana, bo radzi sobie z czytaniem i pisaniem gorzej niż młodsza o pięć lat siostra i jej koleżanki – mówi. Te trudności potwierdzają specjaliści.

– Język polski jest językiem bardzo „szeleszczącym”, który sprawia problem nie tylko obcokrajowcom, ale również naszym polskim maluchom. Jeśli rodziców tych dzieci nie stać na prywatne wizyty logopedyczne, to zostają z tym problemem sami, bez żadnej specjalistycznej pomocy – zauważa Monika Sawicka-Wolny, nauczycielka w polskiej szkole sobotniej. – Sądzę, że w każdej polskiej szkole sobotniej powinni być na stałe zatrudnieni polscy logopedzi – zaznacza. Jednak te szkoły nie są dotowane przez polski rząd i nie stać ich na zatrudnienie. – Poznałam uczniów klas czwartych, są to 10-latki, które nie wymawiają prawidłowo głosek sz ,cz, ż, dż, ń – mówi inna nauczycielka.

Co dalej?

Według opinii wielu specjalistów, problemy zaczęły się od wydanego w 2009 roku przez MEN „Programu rozwoju Szkół Polskich za Granicą”. Była tam mowa o wyłączeniu z programu matematyki i religii, likwidacji liceów, likwidacji pensji dla nauczycieli, konieczności finansowania szkół przez samych rodziców i wreszcie „wygaszaniu” szkół, którym nie uda się pozyskać funduszy. I to właśnie wtedy, gdy do Wielkiej Brytanii napływała kolejna fala polskich dzieci.

Co w zamian? W tym roku uruchomiono darmowe nauczanie dla polskich dzieci przez Internet. Kilkanaście miesięcy temu miała też miejsce pierwsza konferencja dla rodziców, którzy są zainteresowani założeniem własnej szkoły.

Sonia Grodek

ŹRÓDŁOgoniec.com
PoprzedniTe zawody mają przyszłość! Sprawdź kogo poszukują pracodawcy
NastępnyW kogo uderzą zmiany w systemie podatkowym w 2015 roku?