Start Polecane Co z funtem po referendum?

Co z funtem po referendum?

823
0

Po decyzji w sprawie Brexitu funt gwałtownie osłabił się względem innych walut. To początek kryzysu na Wyspach? A może słabsza waluta też ma swoje „plusy”?

W piątek po ogłoszeniu wyników głosowania byłem załamany, widząc kurs walut – przyznaje 30-letni Mikołaj, mechanik z Birmingham. – Przez słabego funta zarobiłem w tym miesiącu o 700 złotych mniej. Mam w Polsce ratę kredytu w złotych, więc przeliczenie na złotówki ma dla mnie duże znaczenie – denerwuje się. Takich głosów po ogłoszeniu Brexitu było więcej. Ekonomiści straszyli zapaścią podając, że funt to obecnie najsłabsza z ważnych walut, która wyprzedziła w tym niechlubnym „wyścigu” nawet argentyńskie peso.

Zwykli mieszkańcy Wysp przeliczali w nerwach, o ile droższe będą teraz ich wakacje kupione w euro. Rzeczywiście, patrząc na wykres z ostatnich tygodni, można dostać bólu głowy. Z drugiej strony może się jednak okazać, że nie wszyscy stracą na niskiej wartości funta. Dla niektórych może to nawet będą dobre wiadomości.

Pułapka silnej waluty

– Choć spadająca wartość funta to w powszechnej opinii jeden z najgorszych skutków Brexitu, istnieją argumenty za tym, że nieco niższa wartość waluty w rzeczywistości będzie ważnym czynnikiem pomagającym zmniejszyć ekonomiczne skutki negatywne wyjścia z Unii Europejskiej – zauważa Jonathan Loynes z grupy badawczej Capital Economics. Co to konkretnie znaczy? W trudnych czasach przełomu, za jaki z pewnością można uznać Brexit, silna waluta może być czynnikiem, który dodatkowo ciągnie gospodarkę w dół. Tak było w Grecji, którą w czasie kryzysu „dobiło” silne euro, przez które greckie usługi i towary nie były konkurencyjne. Przy niejasnej sytuacji dotyczącej przyszłości handlu między Wyspami a Unią, słaby funt stanowi zachętę, by jednak wciąż robić z nami interesy.

Szansa, jakiej nie było

Dla wielu przedsiębiorców może to wręcz oznaczać rozszerzenie działalności i rozwój firmy. – Jasne, wolałbym, żeby funt był silny, bo buduję w Polsce dom, i wcale nie uśmiecha mi się przepłacać – zaczyna 40-letni Andrzej, producent części elektronicznych z Hull. – Ale staram się być dobrej myśli, bo co mi pozostało? Są przetargi za granicą (również w Polsce), w których rok temu nie startowałem, bo wiedziałem, że moje ceny nie były dość konkurencyjne. Może teraz się to zmieni – zastanawia się. Wielka Brytania eksportuje głównie samochody, sprzęt lotniczy i elektronikę, ale renomą cieszy się też tutejsza żywność, herbata, alkohole czy ubrania. Obecny kryzys paradoksalnie może tylko przyciągnąć klientów zza granicy.

Artyści mają się lepiej?

To szczególnie dobra wiadomość dla przedsiębiorców, którzy mają pełne magazyny. W dzień po Brexicie wzrosło zapotrzebowanie na wiele brytyjskich towarów, bo w oczach Francuzów, Szwedów czy Polaków, z dnia na dzień staniały one o ok. 10 proc. To szczególnie korzystne w przypadku tych produktów, których produkcja nie wymaga konkretnych nakładów finansowych, a wycena jest intuicyjna. Przykładowo, obraz czy kurs gotowania za 100 funtów będą teraz nieco tańsze w oczach kupców zza granicy, przez co zapotrzebowanie na tego rodzaju produkty może być większe.

Tymczasem dla twórców, różnica w cenie wywołana wahaniami walut nie ma dużego znaczenia (w przeciwieństwie do np. producenta zabawek czy mebli, który starannie wycenia towar w oparciu o ceny zakupu poszczególnych części w Chinach czy Polsce). To dlatego wyjściem z Unii stara się nie załamywać 26-letnia Marysia, projektantka z Londynu. – Kilka osób już złożyło u mnie zamówienia na ciuchy. Znajomi z Polski chcą wspierać brytyjskich twórców po Brexicie, bo nikt nie wie co z nami będzie, ale na pewno na ich decyzję o zakupie miały też wpływ niższe ceny – śmieje się. Ubrania, sztuka czy artykuły wyposażenia wnętrz są powszechnie uważane w Europie za dobre jakościowo. Teraz więcej osób będzie je kupować, bo będą też tanie.

Złoto, srebro i… whiskey

Choćby częściowo chronieni przed wpływem słabej waluty są też ci, którzy trzymają oszczędności w formie cennych kruszców. Gdy, zdawałoby się, przewidywalne rynki walut zaczynają szaleć, wiele osób zwraca się w stronę najbezpieczniejszych inwestycji. Od czasu Brexitu złoto zyskało aż 7 proc. na wartości, a srebro – kilkanaście procent. Inne produkty, które mocno teraz potaniały, to… szkocka whiskey i to taka „z górnej półki”. – Rzadkie gatunki szkockiej whiskey można dziś kupić o prawie 18 proc. taniej niż jeszcze parę miesięcy temu – wyjaśnia 28-letni Robert z Glasgow, pracownik sklepu z alkoholami i znawca lokalnych trunków. – Takie butelki kupuje się na zasadzie podobnej, jak stare wino. Można wybierać samemu, o ile ma się wiedzę i „nosa”, lub kupić pakiet stu dobrych whiskey, które mają zdaniem ekspertów największe szanse na przyrost wartości w ciągu najbliższych lat – wyjaśnia.

Łatwiej na rynku

Gdy waluta traci na wartości, zmniejsza się zainteresowanie pracowników danym krajem. Jeśli taka sytuacja utrzyma się w dłuższej perspektywie, konkurencja może się znacznie zmniejszyć na rynku pracy. Managerowie czy dyrektorzy, dla których pensja jest najważniejszym argumentem przy poszukiwaniu pracy, mogą przenieść się za Ocean lub do któregoś z krajów Unii. Ale dotyczy to też pracowników najniższego szczebla, o czym już raz przekonała się 44-letnia Katarzyna, która pracuje w warszawskiej agencji pracy rekrutującej osoby do szklarni i na farmy na Wyspach. – 5-6 lat temu temu funt kosztował ok. 4,30 zł.

W porównaniu z czasami najsilniejszej waluty, oznaczało to dla pracowników zarobki niższe o nawet dwa tysiące złotych miesięcznie. A proszę pamiętać, że chodzi o najgorzej płatne prace sezonowe. Tu każdy funt się liczy – tłumaczy Katarzyna. Jej agencja miała wtedy problemy ze znalezieniem pracowników chętnych na wyjazd. – Dla ludzi z mniejszych miejscowości to nadal była pensja marzeń, ale w Warszawie nikt się nie zgłaszał. Większość uważała, że może znaleźć pracę na miejscu za tyle samo (ok. 3.400 złotych). Inni liczyli, że im się to nie opłaca, bo wprawdzie na Wyspach zarobią więcej niż w Polsce, ale dojdą do tego koszty wynajmu mieszkania, nieco droższe wyżywienie czy bilety lotnicze. I rezygnowali – podsumowuje.

Teraz sytuacja może być nieco podobna, co brytyjskich pracowników może zachęcić do emigracji, a potencjalnych przybyszy z Polski, Bułgarii czy Litwy – do szukania szczęścia w innym kraju. Dla tych, którzy mimo wszystko pozostaną na Wyspach, będzie to oznaczało mniejszy tłok w pośredniaku i więcej ciekawych ofert.

Z euro bywało gorzej

A jakie pozytywy mogą wyniknąć z niższego kursu funta wobec euro? Na pierwszy rzut oka – żadne. Wycieczka do Paryża czy Barcelony będzie o 10 proc. droższa niż przed Brexitem, podobnie jak wakacje w Grecji czy Włoszech. To więc dobry czas na wakacje w kraju i lepsze poznanie choćby szkockich lasów czy południowego wybrzeża. Ci, którzy upierają się przy zagranicznych eskapadach, nie powinni jednak rozpaczać. Taki sam kurs funta do euro, jak teraz, był już latem 2014 roku. Sytuacji nie można więc nazwać (póki co) dramatyczną. – Szczęście w nieszczęściu, że całe to zamieszanie zaczęło się pod koniec czerwca, gdy większość ludzi miała już kupione wakacje – zauważa 27-letnia Patrycja z Luton, właścicielka sklepu, która wycieczkę do Chorwacji kupiła jeszcze w kwietniu. – Większość ludzi dawno już kupiło wakacje. A do przyszłego roku sytuacja pewnie się jakoś unormuje – dodaje optymistycznie.

Amerykanie nas uratują?

Mniej wesoło jest na linii USA – Wielka Brytania, bo stosunek funta do dolara jest najmniej korzystny od 31 lat. Biorąc pod uwagę, że Ameryka to jeden z naszych największych partnerów handlowych, można wpaść w rozpacz. Znów jednak nie musi to dotyczyć wszystkich branż. Przykładowo, tygodniowy pobyt w hotelu Holiday Inn na północy Londynu ze śniadaniem dwa lata temu kosztował amerykańskiego turystę ok. 150 funtów za noc, czyli 256 dolarów. Dziś za ten sam pokój zapłaci już tylko 193 dolary. Od dawna wakacje dla Amerykanów nie były tak tanie. Już teraz widać wzrost zainteresowania przyjazdem, dlatego właściciele restauracji, hoteli czy organizatorzy wycieczek powinni zacierać ręce i intensywnie się reklamować.

Tajemnica juana

W ciągu weekendu po ogłoszeniu wyników wartość funta w stosunku do chińskiego juana spadła z 9,65 do 8,84. Czy to kolejna zła wiadomość? W żadnym razie! Po pierwsze, w Chinach brytyjskie towary cieszą się olbrzymią popularnością, a wycieczki bogatych Chińczyków wydające w londyńskim centrum setki tysięcy funtów przestają już dziwić. – Pierwsze, co pomyślałam, gdy usłyszałam o Brexicie, to jutro zaczynają się letnie wyprzedaże w Harrodsie. W tym roku będzie mnóstwo promocji – cieszyła się jedna z chińskich klientek na Twitterze w piątkowy wieczór. Z kolei 52-letni Piotr, właściciel małej restauracji w centrum Manchesteru, twierdzi, że więcej klientów to zawsze dobra wiadomość, nawet jeśli wywołane jest niekorzystnym kursem walut. – U konkurencji już widzę próby sprytnego podniesienia cen. Często robią to nawet tak, że klient myśli, że trafił na promocję, podczas gdy w rzeczywistości płaci więcej – tłumaczy.

– Sam też będę musiał podnieść ceny, ale zrobię to tak, by klienci ode mnie nie uciekli. Także więcej turystów to dla mnie świetna wiadomość. Jak już przyjadą, to nikt nie będzie się kłócił o kilka pensów. I tak zostawią u nas swoje pieniądze. Taką przynajmniej mam nadzieję – przyznaje. Rocznie na Wyspy przybywa 200 tysięcy chińskich turystów. W ostatnich tygodniach o 200 proc. zwiększyła się liczba zapytań o wycieczki na Wyspy w popularnym chińskim serwisie rezerwacyjnym Ctrip. Jest jeszcze jedna dobra wiadomość związana z juanem. Gdy stoi on wysoko w stosunku do brytyjskiej waluty, część przedsiębiorców może szukać alternatywy dla towarów z Chin, takich jak sprzęty domowe, kosmetyki czy ubrania. Gdyby zwrócili się w stronę Polski, rodzime firmy miałyby co świętować.

A co ze złotym?

– Ja się z tego wszystkiego cieszę, bo już widzę duże oszczędności w przyszłorocznych opłatach za studia. Mówiąc szczerze, mam nadzieję, że niski funt się utrzyma… – uważa 21-letnia Maja z Krakowa, która studiuje w Cambridge anglistykę. Wprawdzie musi dorabiać sobie w czasie roku szkolnego na własne wydatki, jednak rodzice pokrywają jej koszty studiów i mieszkania. – Pieniądze dają mi w złotówkach i sama je wymieniam, więc dla mnie im niższy kurs funta, tym więcej zostaje w kieszeni – śmieje się. W podobnie korzystnej sytuacji będą ci studenci, którzy dostają w Polsce stypendium czy grant, za który utrzymują się w Wielkiej Brytanii. Inny plus? Krewni i znajomi, którzy od dawna odkładają odwiedziny na Wyspach, wreszcie powinni się na nie zdecydować. Przykładowo, obiad w niezłej restauracji za 19 funtów, za który w zeszłym roku musieliby zapłacić 110 złotych, dziś kosztuje 98 złotych. O ok. 10 proc. mniej zapłacą też za hotele, transport czy atrakcje. – Tego typu oszczędności dobrze widać przy dużych kwotach. Każdego lata wybieram się do Londynu na duże zakupy dla całej rodziny i cieszę się, że w tym roku zapłacę kilkaset funtów mniej – cieszy się 35-letnia Monika, prezes fundacji i mama dwójki dzieci z Warszawy. Twierdzi, że z powodu niższych cen planuje w tym roku zostać w Londynie o kilka dni dłużej i… wydać więcej.

Jak nie stracić płacąc za wakacje ?

  • Warto uważnie przyglądać się wahaniom walut. Kto jeszcze nie zarezerwował wakacji powinien wybierać kraje, których waluta nadal jest słaba w porównaniu z funtem, a koszty życia relatywnie niskie – wyjaśnia Andrew Brown z Post Office Travel Money. Przykłady? Meksyk, Brazylia, Malezja czy RPA. Z bliższych kierunków najtaniej będzie dla nas na brytyjskim wybrzeżu.