Start Brexit Co dziś na pewno wiemy o Brexicie?

Co dziś na pewno wiemy o Brexicie?

1052
0

Chyba każdy jest zaskoczony. Gdy w 2016 roku mówiło się o Brexicie, nikt nie uwierzyłby, że na kilka tygodni przed nim będzie wiadomo tak niewiele.

Nikt nie spodziewał się, jak dużą rewolucją będzie dla Polaków głosowanie, a przecież nie doszło jeszcze nawet do wyjścia z Unii. Ubyło nowych emigrantów, ale jest też coraz mniej tych, którzy na Wyspach mieszkali od dawna – wynika z danych ONS. Imigracja jest najniższa od 6. lat i choć wciąż więcej osób przyjeżdża z krajów Unii niż wyjeżdża (w 2018 roku przyjeżdżających było 74 tys. osób), to niedawno doszło do symbolicznego przełomu. 

W zeszłym roku więcej imigrantów przyjęła Polska ( ponad 600 tys. osób) niż Wyspy (351 tys. licząc razem imigrantów Unijnych i pozostałych). Tego chyba nikt nie spodziewał się jeszcze pięć lat temu. Główne kierunki wyjazdu osób z brytyjskim paszportem to z kolei Australia i Polska (25 tys. i 20 tys. przypadków).

Co z Polakami 29 marca?

Studenci, pracownicy czy rodziny, którzy mieszkają od dawna na Wyspach, nie odczują w marcu pogorszenia swojej sytuacji i będą mogli zostać. Nie muszą się obawiać problemów z zapisaniem dzieci do szkoły czy leczeniem się. To się udało, bo tak, jak ponad 3 mln obywateli UE mieszka w Anglii czy Walii, tak samo w innych państwach Europy pozostaje ponad milion Brytyjczyków. Rządowi żadnego kraju dotychczasowej Unii nie zależało, by komplikować życie swoich mieszkańców, więc udało się dość gładko osiągnąć porozumienie pomiędzy 28 krajami.

Ci, którzy jeszcze tego nie zrobili, powinni jednak jak najszybciej zacząć starać się o status osoby osiedlonej. Pod względem prawa na razie Polacy nie musieli mierzyć się z nowymi trudnościami. Wzięto się za to za przybyszy spoza Unii. Banki zaczęły sprawdzać, czy ich klienci nie są nielegalnymi imigrantami i zamrażać majątek osób, które nadużyły gościnności. Łącznie ma to dotknąć nawet 70 milionów kont. Pomyślne zaliczenie sprawdzianu to nie koniec kłopotów, bo przyjezdni będą prześwietlani cztery razy do roku.

Zaostrzono też nieco warunki wizowe dla osób spoza Unii (poza tymi wyjątkowo utalentowanymi, dla których zwiększono roczną liczbę specjalnych wiz z 1 do 2 tysięcy). Pracownicy z Unii raczej nadal będą potrzebni. Po zapadnięciu decyzji o Brexicie szybko okazało się, że branża spożywcza czy medyczna nie będzie w stanie funkcjonować bez Polaków i Polek. 

Nieznane wcześniej nastawienie do Polaków

Zmieniło się za to nastawienie Brytyjczyków do obcokrajowców, które po referendum znacznie się pogorszyło. „W roku 2016/2017 miało miejsce 80 393 zajść, w których, zdaniem policji, nienawiść na tle narodowościowym, religijnym czy rasowym była co najmniej jednym z czynników. To wzrost o 29 proc. w stosunku do roku 2015/2016, największy, od kiedy takie dane zaczęły być gromadzone w roku 2011/2012. „ – to fragment policyjnego raportu na ten temat. Później było jeszcze gorzej. Smutne, że doniesienia z gazet o zasztyletowaniu czy pobiciu Polaka przestają dziwić. 

Coraz gorsze nastroje

Ogółem jednak można powiedzieć, że im bliżej Brexitu, tym gorzej. Za granicę już przenieśli się: Sony, Panasonic czy Honda. Ciosem była informacja o tym, że zagraniczne oddziały swoich firm otwierają najwięksi zwolennicy wyjścia z Unii. Jacob Rees-Mogg otworzył dwa fundusze w Dublinie, podczas gdy wynalazca James Dyson przeniósł siedzibę do Singapuru. Wielu szefów mniejszych firm ma problemy w związku z polityczną zawieruchą. Kilka tygodni to zbyt mało, by cokolwiek zaplanować w branżach, gdzie dostawy i proces produkcji trwają tygodniami.

Nic dziwnego, że związki przedsiębiorców przestrzegają, że kraj mogą czekać w tym roku ciężkie chwile, jeśli chodzi o wpływy do budżetu. Co roku tysiące osób otwiera własną firmę. Co najmniej do marca trudno się spodziewać, by ktokolwiek zajmujący się importem czy eksportem podjął takie ryzyko, nie wiedząc, co go czeka. Bardziej zapobiegliwi przenoszą magazyny czy biura za granicę, by mieć spokój.

Co, jeśli nic nie ustalimy?

W grudniu Komisja Europejska ujawniła swoje plany na wypadek, gdyby do marca nie udało się osiągnąć porozumienia. Chodzi o to, by nie sparaliżować kontynentu: loty do i z krajów Unii mają odbywać się jak zwykle jeszcze przez rok, a przez 9 miesięcy swoje towary na Wyspy będą mogli wwozić kierowcy bez pozwoleń. Podobne ramowe zasady mają obowiązywać przy przewożeniu zwierząt, roślin i w przypadku niektórych usług bankowych. Wszystko to jednak do czasu, a o terminie rezygnacji z łagodnych zasad Unia nie będzie musiała uprzedzać Wysp.

Unijni urzędnicy ostrzegają też, że w marcu mimo to stracą ważność brytyjskie paszporty dla zwierząt, brytyjskie banki nie będą mogły działać w Europie jak wcześniej, a na granicach będą opóźnienia, bo towary czy zwierzęta wwożone i wywożone z Unii muszą być kontrolowane bardziej niż do tej pory.

Największy problem ma Irlandia

Najgoręcej jest na irlandzkiej granicy. Ani Irlandczycy z Północy, ani z Południa, nie chcą jej powrotu. Zamiast tego ma powstać symboliczna granica celna na Morzu Irlandzkim, która oddzieliłaby Irlandię Północną od Wielkiej Brytanii. To tylko formalność, ale politycy dobrze wiedzą, że w zaledwie kilka lat po głosowaniu nad niepodległością Szkocji, które mogło zakończyć się wyjściem ze Zjednoczonego Królestwa, choćby symboliczne dzielenie kraju jest niezwykle niebezpieczne.

Z jednej strony rząd ma zamiar naciskać do skutku na unijnych urzędników, by rozwiązać irlandzki impas. Z drugiej strony zarówno politycy z Irlandii, jak i ci z Unii dają jasno do zrozumienia, że nie ma już o czym dyskutować. Wszyscy wciąż mają nadzieję, że uda się uniknąć „no-dealu”, czyli wyjścia z Unii bez żadnych ustaleń. Kilku polityków zapowiedziało w takiej sytuacji rezygnację ze stanowiska.. 

Trudne negocjacje z Unią

Skąd brak porozumienia? Theresa May w listopadzie wynegocjowała z Unią warunki, które wielu osobom się nie podobały. Głównie chodziło o wprowadzenie kontroli i różnych zasad handlu pomiędzy Irlandią Północną a resztą kraju. Wtedy mówiło się, że to tylko propozycja, bo będzie jeszcze czas, by politycy wprowadzili poprawki. Okazuje się, że czasu nie ma, a żadne zmiany nie zostały jeszcze wprowadzone. Unijni urzędnicy mają świadomość, że no-deal to dla Wysp katastrofa, a także że sama pani Premier czy jej otoczenie boją się tego jak ognia. Politycy naciskają na renegocjację, ale wydaje się, że Theresa May nie może w tej sytuacji od Unii zbyt wiele wytargować. 

Wszystko dzieje się w zwolnionym tempie

Wypływa na wierzch coraz więcej problemów. Wielu szokuje, że zaczęło się o nich mówić dopiero w ostatniej chwili. Na przykład posiadacze brytyjskiego prawa jazdy mieszkający w Irlandii niedawno zdali sobie sprawę, że w razie twardego Brexitu będą musieli szybko wyrobić irlandzki dokument. 

Wielu mieszkańców Wysp ma wrażenie, że wszystko wokół Brexitu dzieje się w zwolnionym tempie, tak jakby do wyjścia z Unii miało dojść za rok, a nie za miesiąc. Zauważył to nawet główny unijny negocjator Michel Barnier, który wyznał we francuskim radio, że coraz bardziej prawdopodobne jest jego zdaniem, żeby do najmniej korzystnego, twardego Brexitu doszło… przez przypadek. Tak się może stać zdaniem jego i innych dyplomatów, jeśli brytyjscy politycy za długo będą „przeciągać linę” w sprawie kolejnych szczegółów. Coraz głośniej mówi się, że Theresa May raczej nie dotrwa do końca kadencji…

Choć jest lubiana, rozczarowała wielu w rządzie i poza nim, gdy miesiącami nie była w stanie odpowiedzieć na najprostsze pytania w sprawie wyjścia z Unii.

Na razie zostanie po staremu?

 Prawdopodobne stają się przesunięcie terminu zakończenia negocjacji. Mówi się o przedłużeniu w takim wypadku okresu przejściowego o rok, by dać sobie więcej czasu na wynegocjowanie korzystnych warunków. To może się udać, bo Wielka Brytania obiecuje w zamian dorzucanie się jak dotychczas do unijnej kasy i respektowanie praw mieszkańców UE do końca tego okresu, a więc dłużej niż wcześniej zapowiadano. Przeciwnicy nazywają to rozwiązanie przeciąganiem nieuniknionego i no-dealem w białych rękawiczkach. Zdaniem większości ekspertów wszystkie inne scenariusze są gorsze, a na nowe referendum zwyczajnie nie ma już czasu. 

Kompromis zostanie osiągnięty w tydzień?

Kalendarz kolejnych kroków prezentuje się wręcz absurdalnie. Dopiero 21-22 marca na szczycie unijnym będzie można spokojnie porozmawiać z przedstawicielami wszystkich państw o zmianach, które zaakceptował brytyjski rząd. Można marzyć, że unijni dyplomaci nagle zgodzą się na wszystkie propozycje May i 29 marca brytyjska strona będzie choć trochę zadowolona. Bardziej prawdopodobne, że Premier wróci do kraju pokonana po raz kolejny lub że przywiezie ze sobą listę proponowanych zmian.

Parlament będzie jeszcze musiał je przegłosować, mając na wszystko niecały tydzień. W warunkach ostrej politycznej walki i przy sprzecznych interesach różnych stron, teoria Michela Barniera o „przypadkowym” wyjściu z Unii bez żadnych ustalonych warunków, przestaje wydawać się tak nieprawdopodobna.