Start Polecane Zakupy inne niż kiedyś

Zakupy inne niż kiedyś

384
0
PODZIEL SIĘ

Coraz częściej kupujemy w internecie. Sklepy stacjonarne muszą się starać, by przyciągnąć klientów. Joga w sklepie odzieżowym, kawa i ciastko w warzywniaku? Tak wyglądają dzisiejsze zakupy.

House of Fraser to jeden z kultowych londyńskich domów handlowych z przeszłością. Przez dekady nic nie było w stanie powstrzymać Brytyjczyków przed zakupami w którymś z kilkudziesięciu oddziałów sieci. Dziś jednak po bogato wyposażonych piętrach i lśniących posadzkach rzadziej przechadzają się kupujący. Na najbliższe lata zapowiedziano program naprawczy, który ma przywrócić sklepy w łaski klientów. Jak? W domach handlowych pomiędzy sklepami z ubraniami czy meblami zostaną otwarte bary sprzedające szampana, studia jogi i salony spa. Dyrektorzy House of Fraser nie wpadli jednak na taki pomysł jako pierwsi. W otwartym w zeszłym roku oddziale konkurencyjnej sieci John Lewis w Leeds, poza zrobieniem zakupów można też skorzystać z usług spa, uczesać się i samemu przyrządzić kawę. Może się wydawać, że to kaprysy bogatych firm, które stać na takie eksperymenty, ale w rzeczywistości sklepy uciekają się do takich metod, bo nie mają wyboru. Właśnie zamknięto jeden z domów towarowych Fenwick. Przedstawiciele sieci tłumaczą, że nie są w stanie dłużej konkurować z internetowymi sklepami. Sklep w Leicester działał od 1962 roku i jest jednym z 11 należących do tej sieci.

Spojrzenie sprzedawcy

Zamknięto też wiele firm odzieżowych czy sprzedających elektronikę. Te, które jeszcze utrzymują się na rynku, zamykają część sklepów. Taki los spotkał Marks&Spencer, Gap, Game Stop, JCPenney czy Macy’s. Nic dziwnego, bo coraz więcej z nas zakupy robi w internecie. – W sklepie sprzedawca czasem krzywo spojrzy i głupio mi jest coś przymierzyć. Albo nie ma akurat mojego rozmiaru lub została ostatnia para butów nie w tym kolorze. No i te kolejki – wzdycha Marta, 25-letnia stażystka w jednej z londyńskich firm internetowych.

Do centrów handlowych czy na popularne ulice zakupowe chodzi czasem na spacer lub ze znajomymi, żeby wypić kawę, ale zakupy robi już wyłącznie w sieci. Nie chodzi zresztą tylko o ubrania, bo dziś w internecie kupujemy praktycznie wszystko. 47-letni Witek, hydraulik z zawodu, w zeszłym roku po rozwodzie musiał urządzić sam mieszkanie. – Zawsze nie znosiłem tych wypraw do wielkich marketów meblowych. Tym razem wszystko kupiłem w internecie i jestem bardzo zadowolony. W domu można sobie każdą rzecz spokojnie zmierzyć, dopasować. Na dużych zakupach człowiek głodnieje, robi się zmęczony i kupuje w końcu byle co, byle tylko już iść do domu – tłumaczy.

Gwarancja ceny

Sklepy doskonale o tym wiedzą, dlatego coraz częściej oferują dodatkowe bonusy po to, byśmy chętniej odwiedzali stacjonarne oddziały. Niektóre obiecują zwrot różnicy w cenie, jeśli klient znajdzie tę samą rzecz taniej on-line. Inne oferują porady stylistów czy dekoratorów wnętrz i darmowy zwrot każdego towaru. Jeden z brytyjskich supermarketów gwarantuje, że w sklepach oferuje ceny niższe lub takie same, jak konkurencja. Klienci są jednak coraz bardziej nieufni, bo prawdziwość takich deklaracji mogą sprawdzić w kilka sekund na swoim smarftonie. Wśród milionów witryn w sieci łatwo znaleźć tą, która oferuje tańszy lub lepszy produkt, dlatego stacjonarne punkty robią coraz więcej, by zatrzymać nas u siebie.

Sanki i kurier

Otwarta 12 kwietnia po renowacji francuska galeria handlowa Val d’Europe to jeden z pierwszych „sklepów przyszłości”. Po zrobieniu zakupów od razu można wysłać je kurierem do domu lub pod wskazany adres, np. jako prezent. Między kupującymi na trójkołowych rowerach mają jeździć hostessy oferujące spragnionym wodę. Innym sposobem na to, by przyciągnąć, jest wyróżnienie miejsca.

Dzięki temu klient, który same zakupy może przecież bez problemu zrobić w domu przez internet, przyjdzie… z ciekawości. Tak jest w pierwszej galerii handlowej z odnowionymi rzeczami z drugiej ręki, która w zeszłym roku powstała w szwedzkiej Eskilstunie. Można tam dostać meble, rośliny, gry, wyposażenie wnętrz czy sprzęt elektroniczny z drugiej ręki. Z kolei w jednym z chińskich miast powstaje właśnie galeria zakupowa z torem saneczkowym i trzypoziomowymi ogrodami na dachu.

Bank? Po co?

Kłopoty nie ominęły banków. Starsze pokolenie pamięta jeszcze ponure gmachy, w których w ciszy trzeba było pokornie stać w ogonku. Dla młodszych to już jednak abstrakcja. – Wszystkie przelewy robię aplikacją. Płacę kartą albo telefonem. Ostatnio byłam w banku, jak zakładałam konto, ale na co dzień nie muszę tam chodzić. Nawet kredyt można dostać przez internet – tłumaczy 19-letnia Jessica z Krakowa, studentka pierwszego roku w szkole projektowania ubioru w Londynie. Nawet starsi klienci doceniają dziś fakt, że płacenie rachunków wymaga kilku sekund w internecie, a nie stania w ogonku na poczcie, jak kiedyś. Banki pustoszeją, bo rzadziej potrzebujemy pomocy „pani z okienka”. TSB w tym roku zamknie 29 swoich oddziałów. Tylko w ciągu ostatnich dwóch lat z mapy kraju zniknęło ponad tysiąc banków różnych firm, a HSBC zapowiada na ten rok zamknięcie 117 oddziałów. Na rynku utrzymują się te, które oferują dodatkowe usługi, jak miejsce do pracy, darmowe wi-fi i kawę.

Kawiarnia w piekarni

W tym roku po raz pierwszy sprzedaż internetowa ma wyprzedzić tę tradycyjną. Nie tylko wielkie korporacje mają się czego obawiać. Również małe zakłady muszą przejść rewolucję, bo tylko od zeszłego roku z ulic wielkich miast ubyło 10 proc. kupujących. Nie przestali robić zakupy, tylko przenieśli się do sieci. Przekonał się o tym na własnej skórze 49-letni Jędrzej, który jest właścicielem małej piekarni w zachodnim Londynie. Jeszcze kilkanaście lat temu klienci na świeży chleb i ciastka przyjeżdżali z drugiego końca miasta. Jakieś sześć lat temu zaczęło ich ubywać. Okazało się, że kupują w dyskontach lub sieciowych kawiarniach.

Jacek zastanawiał się nad zamknięciem, ale w końcu postanowił zaryzykować i coś zmienić. – Wstawiłem dwa stoliki, kupiłem ekspres do kawy. Chwyciło. Sam robię zakupy w internecie, więc wiem, jak to działa. Klient myśli: po co wychodzić z domu, jak nie muszę? Ale jeśli może sobie odpocząć, poczytać gazetę i zjeść ciastko, to czemu nie – tłumaczy swoją strategię. Przyznaje jednak, że dziś stoi przed nowym problemem. – Kawiarni teraz zrobiło się tyle, że coraz mniej ludzi do mnie zagląda. Wiem, że znowu coś muszę zmienić. Myślałem, żeby zrobić kącik dla dzieci, może wyjść do ludzi z jakimiś warsztatami z pieczenia – zastanawia się.

Wirtualna taca

Sklepy zmieniać muszą się cały czas. W branży odzieżowej czy budowlanej niedługo nawet porady stylistów i architektów będą już niepotrzebne. Coraz więcej aplikacji i portali oferuje darmowe porady, dopasowywanie kolorów, wirtualne mierzenie ubrań czy urządzanie wnętrz on-line. Sklepy zaczynają uruchamiać własne aplikacje. Jedna z sieci odzieżowych pozwala wybrać, dopasować i zarezerwować ubranie za pomocą aplikacji. Później wystarczy tylko przyjść z telefonem do oddziału i zeskanować kod. Ubrania z wieszaków trafiają do przymierzalni, a tam od razu można za nie zapłacić bez kolejek.

Zmiany są nieuniknione i dotykają wszystkich branż. Przedstawiciel szwedzkiego kościoła przyznał ostatnio, że coraz mniej ludzi daje tam na tacę. Większość płaci kartą lub po prostu robi przelew on-line. Okazuje się, że nie tylko sklepy będą musiały szybko dostosować się do naszych nowych przyzwyczajeń.

Sonia Grodek