Start Wiadomości Wygrana konserwatystów zagrożona?

Wygrana konserwatystów zagrożona?

359
0
PODZIEL SIĘ

Wybory, które odbędą się 8 czerwca najprawdopodobniej nie zmienią wiele na brytyjskiej scenie politycznej. Nie oznacza to jednak, że partie przestały usilnie walczyć o głosy wyborców.

Gdy tylko Theresa May ogłosiła przedterminowe wybory parlamentarne, dla wielu było jasne, że to jedyny krok, jaki powinna zrobić szefowa brytyjskiego rządu. Podkreślano, że wygrane czerwcowe wybory dadzą jej większą siłę podczas negocjacji związanych z wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Wtedy przewaga konserwatystów była znaczna i na pewno niekwestionowana. W chwili ogłoszenia  daty wyborów konserwatyści mieli ponad 20 punktów procentowych przewagi nad laburzystami. Teraz ta przewaga nieco stopniała – wynosi około 9 punktów proc.

Kto głosuje

Jak pokazują badania, konserwatystów popierają głównie ludzie starsi, zwłaszcza po 65. roku życia. Wyborcy uważają, że Theresa May lepiej poradzi sobie w wynegocjowaniu korzystnej umowy w sprawie Brexitu oraz cieszy się większym zaufaniem w kwestiach bezpieczeństwa niż Jeremy Corbyn, lider Partii Pracy. Na to ugrupowanie chcą z kolei głosować głównie ludzie młodzi, pomiędzy 18. a 24. rokiem życia.

– Laburzystów popierają wyborcy, którym zależy na ochronie praw rodzin pracujących oraz na polepszeniu interesów służby zdrowia – pisze The Telegraph.

Karta przetargowa

Choć zarówno Partia Konserwatywna, jak i ich najpoważniejszy oponent, partia pod wodzą Jeremy’ego Corbyna, prześcigają się w obietnicach wyborczych, to May ma mocniejszą kartę przetargową. Do tej pory dała się poznać jako konsekwentna polityk i dobry negocjator, wielu porównuje ją też do Żelaznej Damy, co zresztą May skrupulatnie wykorzystuje w kampanii. – Zaledwie 11 dni po wyborach Unia Europejska chce rozpocząć negocjacje. Miejsce przy stole negocjacyjnym zostanie zajęte albo przeze mnie, albo przez Jeremy’ego Corbyna. Potrzebujemy kogoś, kto jest w 100 procentach zaangażowany w sprawę, kogoś, kto wypełni demokratyczną wolę Brytyjczyków. Jeżeli tak się nie stanie, to konsekwencje dla Wielkiej Brytanii, dla ekonomicznego bezpieczeństwa i dla zwykłych pracowników będą tragiczne – ostrzegła premier podczas przemówienia w Walii.

Na kilka dni przed tym przemówieniem May ogłosiła także cały program konserwatystów. Premier zapowiedziała, że w ciągu dwóch lat służba zdrowia otrzyma aż 8 miliardów funtów, a na system edukacji zostanie przeznaczona kwota 4 miliardów. Torysi chcą także ograniczenia migracji netto do mniej niż 100 tys. osób rocznie. May zapowiedziała również, że stawia na politykę prospołeczną i prorodzinną. Zgodnie z tymi obietnicami do 2020 r. w UK ma powstać około miliona nowych domów. Wśród obietnic znalazło się też systematyczne podnoszenie płacy minimalnej, zwiększenie praw pracowniczych i podniesienie kwoty wolnej od podatku do 12,5 tys. funtów (do 2020 roku).

Corbyn też stawia poprzeczkę (i swoje obietnice) wysoko. Tak jest w przypadku np. studentów, którym lider ugrupowania obiecał m.in. zniesienie czesnego.

– Studenci będą czerpać korzyści z posiadania większej ilości pieniędzy w swoich kieszeniach, a my wszyscy skorzystamy z inżynierów, lekarzy, nauczycieli i naukowców, którzy kształcą się w naszych uniwersytetach – powiedział. Corbyn nie szczędzi też sił na atakowanie członków (byłych i obecnych) Partii Konserwatywnej. – Kiedy wygramy, wygrają zwykli Brytyjczycy. Po zwycięstwie Partii Pracy przebudzą się ci, którzy myśleli, że mogą bezkarnie pozbawiać nasz przemysł wartości, a także niszczyć naszą gospodarkę chciwością i odbieraniem pieniędzy pracownikom i konsumentom.

Czy kiedykolwiek politycy Partii Konserwatywnej – David Cameron, George Osborne, Theresa May czy Boris Johnson – sprzeciwili się darczyńcom swej partii i zażądali zwrotu naszych pieniędzy? Nigdy, i nigdy tego nie zrobią – mówił podczas jednego z pierwszych wystąpień. Czy oburzenie (mniej lub bardziej słuszne) pomoże liderowi partii opozycyjnej? Na razie jego taktyka przynosi jakieś rezultaty, choć najprawdopodobniej na wymarzony sukces nie ma co liczyć.

Mniejsi gracze

Poza dwoma najbardziej liczącymi się graczami, o mandaty będą też walczyć Liberalni Demokraci oraz Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa. Zgodnie z sondażami nie mogą one jednak liczyć na wiele głosów. Sondaż

z 27 maja pokazuje, że konserwatyści mogą liczyć na 44,2 proc. głosów, laburzyści – na 35,8 proc., liberalni demokraci – na 7,9 proc., a UKIP na 4,5 proc. I choć szacunki pokazują delikatny spadek poparcia dla wszystkich ugrupowań poza Partią Pracy, która odnotowuje niewielki, lecz raczej stały wzrost poparcia, to i tak nic nie wskazuje na to, by ktoś lub coś mogło odebrać zwycięstwo obecnej szefowej brytyjskiego rządu.

Joanna Szmatuła