Start Polecane Wielka Brytania coraz bardziej polska

Wielka Brytania coraz bardziej polska

824
0

Polskie oddziały policji i banków oraz polskojęzyczni nauczyciele przestają nas dziwić. W brytyjskich instytucjach pojawia się coraz więcej ofert skierowanych tylko do Polaków. Nie wszyscy są jednak zachwyceni.

Hotel w południowej części Londynu od jakiegoś czasu w dodatkowej ofercie proponuje organizację uroczystości specjalnie dla polskich par. W programie jest polskojęzyczna obsługa i tradycyjne potrawy. Cała sprawa nie wywołałaby dużego zamieszania, bo na Wyspach coraz więcej firm bierze pod uwagę potrzeby polonijnej społeczności. Jednak tu nieco dziwią różnice w cenie polskiego i „zwykłego” przyjęcia. To pierwsze kosztuje tylko 18 funtów od osoby, a za pakiet „brytyjski” musimy wyłożyć od 50 do nawet 80 funtów. – Mamy doświadczenie w organizowaniu imprez dla Polaków. Jesteśmy przekonani, że potrafimy przygotować wspaniałe przyjęcie, które zapamiętają na długo – czytamy na stronie hotelu. Pracownicy twierdzą, że już wiele par z powodzeniem skorzystało z oferty specjalnej.

Przyjęcie gorszego sortu

Gdy kwestią niższych kosztów polskiej imprezy zainteresowały się media, przedstawiciel hotelu wytłumaczył, że to przez niższe koszty polskiego jedzenia. Cała sprawa mocno zdziwiła nie tylko wielu brytyjskich nowożeńców, którzy nie rozumieją, dlaczego muszą płacić więcej niż polskojęzyczni sąsiedzi, ale też samych Polaków. – Chyba nikt, kto był na polskim weselu nie powie, że jego organizacja jest tańsza od skromnego, angielskiego „reception”. Czy polskie produkty są tańsze? W Polsce pewnie tak, ale przecież trzeba je importować lub kupić na Wyspach, więc nie wydaje mi się, żeby to była jakaś znacząca oszczędność – zastanawia się 23-letnia Agnieszka z Leeds, która planuje swoje wesele na czerwiec.

Oszczędzanie na klientach

O tym, dlaczego polska impreza może być tańsza, opowiada anonimowo pracownik jednej z polskich restauracji, który często uczestniczy w planowaniu i przygotowywaniu wesel. – Wiemy, że na Wyspach typowo polska impreza wcale nie jest tania. Alkohol, produkty, które trzeba sprowadzać z Polski, bo rzadko występują w sklepach czy pracochłonne potrawy jak tradycyjny chleb, bigos, nalewki czy ogórki kiszone – to wszystko nie obniża kosztów, wręcz przeciwnie. Jestem prawie pewien, że niestety w tym wypadku zadziałało oszczędzanie na gościach. Wydaje się, że można podać byle jaki alkohol, byle jakie potrawy (byle z polskimi akcentami) i goście nie powinni zauważyć różnicy – wyjaśnia. Jego zdaniem na szczęście Polacy na Wyspach są wyczuleni na takie wkupywanie się w ich łaski najniższym kosztem i często wolą wybrać naprawdę polską firmę, żeby mieć pewność co do jakości usług.

Banki o nas dbają

Hotele, siłownie czy sklepy to nie jedyne miejsca, gdzie coraz częściej zdarza się spotkać oferty skierowane specjalnie do Polaków. Dotyczy to też banków, które prześcigają się o względy Polonii. A to ważne, bo choć jest coraz więcej polskich firm, które mogą pomóc w transferowaniu pieniędzy czy ubezpieczeniu auta, to wciąż najlepszy poziom usług oferują brytyjskie banki. Najpierw polskojęzyczną infolinię otworzył Lloyds, później taką obsługę do 30 oddziałów zatrudnił Barclays. Najdalej poszedł jednak bank Natwest, który ma nie tylko wielu polskojęzycznych pracowników w swoich oddziałach rozsianych po całym kraju, ale też czterech polskich koordynatorów regionalnych, którzy mogą dodatkowo pomóc osobom z Polski.

Dla banku to też zysk

– Mam „swoją” panią z banku, która jest Polką i parę razy naprawdę uratowała mi życie. Doskonale mnie rozumie, nie próbuje mi nic wcisnąć, dlatego że nie zrozumiem angielskiego. Wręcz przeciwnie, cierpliwie tłumaczy. Dla banku to też zysk, bo bez niej z wielu usług bym nie korzystała (np. karta kredytowa), po prostu dlatego, że nie wiedziałabym, że mogę i jak się za to zabrać – wyjaśnia Marzena, 34-letnia kosmetyczka z Luton. Polskojęzyczna obsługa jest też ważna np. przy zakładaniu konta funduszy IKE, gdzie zgodnie z prawem trzeba potwierdzić, że zrozumiało się wszystkie zasady. Jeśli ich nie rozumiemy, a przez to stracimy pieniądze grając na giełdzie, będziemy sami sobie winni. Dlatego nie warto godzić się na obsługę w języku angielskim, gdy tego języka dobrze nie znamy.

Lepszy kontakt

Coraz częściej język polski usłyszymy też w państwowych przedsiębiorstwach. W mieście Boston, w którym stosunek Polaków do pozostałych mieszkańców jest jednym z najwyższych w kraju, powołano specjalny oddział polskojęzycznej policji. W Newmarket ogłoszenia o poszukiwanych przestępcach są publikowane po polsku i po angielsku. A londyńska policja, poza posterunkowymi znad Wisły, uruchomiła niedawno konto na Twitterze w naszym ojczystym języku. – Media społecznościowe to wspaniały sposób, żeby zbliżyć służby do społeczności którym służą – tłumaczy pomysłodawczyni, Magdalena Rosiak. – Nie da się osobiście porozmawiać z każdą mówiącą po polsku osobą w mieście, ale można w ten sposób dotrzeć do nich z ważnymi informacjami – wyjaśnia.

Policjant przyjacielem

Z profilu można dowiedzieć się nie tylko o szerszych działaniach policji, ale też o wydarzeniach skierowanych specjalnie do polskich mieszkańców: dyżurach polskich policjantów, wizytach w szkołach sobotnich czy przestępstwach z udziałem Polaków. W dzielnicy Greenford we wtorki działa też komisariat, na którym można po polsku zgłosić przestępstwo lub porozmawiać z policjantem, który rozumie nasz język. – Pomysł jest świetny. Brytyjska policja działa inaczej, przepisy też są inne. Na początku wiele osób się boi w jakiejkolwiek sprawie zgłaszać na policję, szczególnie jeśli miały wcześniej doświadczenia z polskimi stróżami prawa – zauważa 35-letni Konrad z Ealingu, który śledzi polskie konto twitterowe policji. Jego zdaniem siłą polskojęzycznych stróżów prawa może być właśnie wyrozumiałość wobec polskich zwyczajów czy obaw, która pomoże skuteczniej rozwiewać wątpliwości.

Polski na porodówce

Specjalne stanowiska dla polskich pracowników powstały też w wielu szpitalach. Wcześniej zdarzało się, że przez brak znajomości angielskiego lekarz stawiał złą diagnozę, a pacjent nie rozumiał zaleceń. Niektóre szpitale (jak ten w Lincolnshire, który był jednym z rekrutujących polskie pielęgniarki) były zmuszone zatrudniać za 38 funtów za godzinę tłumaczy, którzy pomagali polskojęzycznym pacjentom. Rocznie służba zdrowia traciła na ten cel kilkadziesiąt tysięcy funtów. Teraz wiele szpitali stara się, by choć jeden polski pracownik był w każdym oddziale, szczególnie na porodówce czy ostrym dyżurze, gdzie szybkie porozumienie się z pacjentem jest kluczowe.

– Dzisiejszy szpital to taki tygiel kulturowy, że czasem trudno się połapać. Dobrze, że nie ignoruje się Polaków i zatrudnia polską obsługę – uważa 36-letnia Jolanta, pielęgniarka z Kent. Dodaje, że mamy szczęście, które wynika ze skali polskiej imigracji i że mniejsze nacje mają gorzej. – Regularnie wzywają mnie na specjalistyczny oddział, żebym robiła za tłumacza dla Litwinki czy Słowaka. Wciąż trudno niektórym pojąć, że wszyscy, którzy zamieszkują wschód Europy to nie jedna wielka rodzina, a ja nie znam dziesięciu różnych języków od czeskiego po estoński i nie potrafię pomóc – przyznaje.

Szansa dla nauczycieli

Lepiej jest w szkołach, gdzie często trafiają polskie dzieci, które na starcie zaczynają z gorszymi wynikami, bo nie rozumieją angielskiego. Szkoły kupują słowniki i zatrudniają dwujęzycznych nauczycieli, głównie tych z Europy Wschodniej. Takich nauczycieli i asystentów jest już w kraju kilka tysięcy, ponieważ ok. 200 tys. dzieci z Polski, Czech czy Litwy potrzebują pomocy. – To olbrzymia okazja dla polskich nauczycieli. Jeszcze parę lat temu było im trudno konkurować z brytyjskimi pedagogami, a w najbliższych latach stanowisk dla nich będzie jeszcze więcej. To też wspaniała szansa dla dzieci. Często po tym, jak szkoła zatrudni takiego nauczyciela, mali Polacy rozkwitają. Nagle okazuje się, że milczące, niegrzeczne dziecko, ma świetne wyniki w nauce i jest towarzyskie – podkreśla 32-letnia Katarzyna, asystentka nauczyciela z Derbyshire.

A jak na tym tle wypadają supermarkety, jeśli chodzi o ofertę skierowaną specjalnie do Polonii? Pozornie wszystko jest w porządku, bo już w 2006 roku do pierwszych sklepów Tesco trafiły polskie „potrawy”. Rok później w Sainsbury można było kupić tradycyjnego karpia a w 2008 roku do ASDY trafiło aż 350 polskich produktów. W tym samym roku Tesco jako pierwsze uruchomiło stronę w języku polskim, na której można kupić ponad 200 polskich produktów dostępnych w marketach sieci. Z jakiegoś powodu jednak pomysł szybko upadł i dziś strony tesco.com nie możemy przeglądać w języku polskim. – Szkoda. Małe, polskie sklepy są świetne, ale wiadomo, że to w supermarketach jest najtaniej i wybór jest największy.

Rzeczywiście, nie widać jakichś szczególnych wysiłków, by przypodobać się Polakom. A przecież z innymi mniejszościami w Wielkiej Brytanii tak nie jest, bo półki uginają się od indyjskich posiłków i ciągle są jakieś „festiwale azjatyckiej kuchni” – narzeka Roman, 34-letni kierowca z Cambridgeshire, który chętnie by zamawiał do domu produkty z polskojęzycznej strony dużych marketów. Dla oddania sprawiedliwości trzeba jednak dodać, że „polski tydzień” już kilkakrotnie miał miejsce w Lidlu na Wyspach.

Można odnieść wrażenie, że sieci idą o krok dalej. Jakiś czas temu głośno było o pracownicach Lidla, którym groziło zwolnienie z powodu używania w pracy języka polskiego. – Mówcie po angielsku albo poszukajcie sobie innej pracy – miały usłyszeć od szefa. Sprawa wydaje się być jasna, jednak wszystko zmieniło tłumaczenie pracownic. Twierdziły one, że wielu klientów ma problem ze zrozumieniem angielskiego. – Gdy słyszymy polski akcent, to pomagamy im, żeby usprawnić sobie pracę, a im zakupy – tłumaczyły panie. Lidl zamiast pochwalić się dwujęzycznymi pracownikami, którzy mogą dogadać się z każdym, traktuje ich umiejętności językowe jako… minus.

Anglicy też nie mają pracy

Można jednak zauważyć, że nie wszystkim podoba się to, że znajomość języka polskiego daje coraz częściej przewagę na rynku pracy. Kilka lat temu fabryka karmy dla zwierząt z Acton zamieściła w Jobcentre Plus ogłoszenie tylko po polsku, a wśród wymagań wymieniła znajomość języka polskiego. Spotkało się to z protestami, a później podobne sytuacje miały miejsce w związku z ogłoszeniami m.in. firmy odzieżowej Next. Na obecność takich ofert (głównie dla pielęgniarek i pokojówek) na brytyjskich portalach rekrutacyjnych zwraca uwagę też UKIP, którego zdaniem to niesprawiedliwe.

Nawet wśród samych Polaków zdania na ten temat są podzielone. – Jest tak ciężko o pracę bez języka angielskiego, że mogę tylko powiedzieć: „dzięki Bogu za takie oferty”. Jeśli cała ekipa to Polacy, to jak mógłby się w niej odnaleźć ktoś, kto nie zna języka – pyta Roman. Katarzyna z Derbyshire po części rozumie postawę tych, którzy „się czepiają”. – Młodzi Brytyjczycy też mają problemy ze znalezieniem pracy. Wyobraźmy sobie, jakbyśmy się czuli, jakby w polskiej gazecie była oferta tylko dla Ukraińców. Wystarczyło dodać, że kandydat ma znać angielski i polski. I tak 95 proc. kandydatów byłaby wtedy Polakami. Firma, która zamieściła ogłoszenie, miała więc chyba małą wyobraźnię – ocenia.

W obie strony

O tym, że język polski bywa przez pracodawców traktowany szczególnie, ale niekoniecznie w pozytywny sposób, pisze w swoim ostatnim raporcie dot. Polaków w UK Dagmara Myślińska, prawniczka z Yale University. – Ostatnio częste były przypadki i doniesienia medialne o tym, że pracodawcy zakazywali w pracy używania języka obcego. Często takie obostrzenia skierowane były konkretnie do polskich pracowników. Zamiast wprowadzić ogólny zakaz mówienia w języku innym niż angielski, pracodawcy często kierują reprymendy tylko do Polaków.

Myślińska przywoływała w raporcie wypowiedź jednego z takich pracowników, który twierdził, że ponieważ Polacy wyglądają tak samo jak Brytyjczycy i są chrześcijanami, wielu pracodawców pozwala sobie wobec nich na więcej niż wobec pozostałych pracowników, bo do głowy nie przychodzi im, że takie traktowanie to również rasizm i dyskryminacja ze względu na pochodzenie.

Sonia Grodek