Start Polecane Trudne początki w Wielkiej Brytanii

Trudne początki w Wielkiej Brytanii

937
0

Nieważne, czy jesteś w Anglii od czternastu lat czy od dwóch. Twoje życie tutaj przyśpieszyło, zmieniło się i zmieniło ciebie. Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej budzi niepokój o przyszłość i skłania do refleksji. W takim momencie sięgamy pamięcią do czasów, gdy stawialiśmy pierwsze kroki na obcej ziemi. Było trudno.

Magda przyjechała do Anglii w 2004 r. Miała zostać trzy tygodnie, została 12 lat. – Pamiętam pierwszą noc w malutkim mieszkaniu na Lewisham. Spałam u znajomych w śpiworze, na materacu, na podeście schodów, bo nie było miejsca w pokoju. W kawalerce wtedy mieszkały cztery osoby. Przez pierwszy tydzień to było nawet zabawne. Jadłam tylko tosty i baked beans, bo puszki były najtańsze. Na początku nawet mi to smakowało. Ale potem, gdy zdecydowałam się zostać dłużej, przyrzekłam sobie, że nigdy więcej… – wspomina. Najpierw pracowała przy pakowaniu owoców, potem opiekowała się starszymi osobami, a po dwóch latach dostała się na staż do firmy księgowej. To jej otworzyło oczy na świat finansów. Poczuła, że właśnie to chce robić. Było bardzo ciężko. Kilka razy chciała zrezygnować, gdy zasypiała w pracy na biurku po zarwanych przez studia nocach.

Podobnie zaczynały Beata Lipska i Kamila Mańkowska. Przyjechały do Anglii trzy lata temu wraz z synem, którego wspólnie wychowują. Spały kątem u znajomych. Zanim dostały pracę w swoich zawodach (IT i tatuaż artystyczny) ciężko pracowały w gastronomii i usługach. – Do dziś sushi kojarzy mi się z gehenną – wzdryga się Beata.

34-letni Mateusz Witek, absolwent filozofii, przyjechał do Londynu w 2010 r. – Plan był taki, że zarobię szybkie pieniądze i podejmę studia doktoranckie. Pomyślałem, że w moim cv dobrze wyglądałaby londyńska uczelnia, a dodatkowo dzięki biegłej znajomości angielskiego mógłbym – pracując na polskiej uczelni – prowadzić np. wymiany studenckie. Mam tu rodzinę i znajomych, więc potraktowałem to jako punkt zaczepienia. Przez trzy tygodnie mieszkałem u znajomych, miesiąc u rodziny, a potem, gdy już mogłem zapłacić zaliczkę, to wynająłem pokój. Wpadłem w wir pracy w gastronomii. I dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że to pułapka – opowiada.

Julia Burzyńska-Kaczyńska przyjeżdżała regularnie do mamy, która mieszkała w Londynie. Jako studentka, a później absolwentka anglistyki w angielskiej rzeczywistości odnalazła się błyskawicznie. Weronika miała do wyboru – pracować w sklepie w Sierpcu i zostawiać niepełnosprawną córeczkę pod opieką babci lub wystąpić o zasiłek dla dziecka w wysokości 500 zł i zastanawiać się czy wydać go na leki, czy na jedzenie. Za namową przyjaciółki osiem lat temu wybrała wyjazd do Anglii. Zanim otrzymała benefity, podrzucała małą znajomym i sąsiadkom, a sama sprzątała domy i biura. Zwykle też i w weekendy. 50-60 godzin tygodniowo.

Iwona Szklarska przyjechała do brata tuż po maturze. 10 lat temu. Nie miała żadnego planu. Po prostu wolała zacząć angielską przygodą niż iść „na kasę do Biedronki”. – Spałam w trzypokojowym domu wraz z sześcioma innymi osobami. Jadłam to, co dostałam w pracy, czyli sieciowej restauracji i to, co kupiłam w polskim sklepie. Przecenione, bo przeterminowane – wspomina.

Dziś

Dzisiaj Iwona mieszka w tym samym domu. Ale już nie z przypadkowymi osobami, tylko z mężem i dwoma synami. A w swojej restauracji została area managerką. – Nie do uwierzenia, jaką przeszłam drogę przez te 11 lat – kręci głową.
Magda ma za sobą karierę w City i prowadzi własną firmę. W ciągu tych kilkunastu lat skończyła uczelnię, kupiła dom i urodziła córkę. – Gdyby nie studia, które przygotowały mnie dokładnie do tego, co teraz robię, nigdy nie byłabym w miejscu, w którym teraz jestem. Po polskiej uczelni miałabym o wiele mniejsze szanse – przyznaje.

Po pół roku pobytu Weronika odetchnęła z ulgą. Benefity od gminy, ulgi podatkowe oraz dodatki na niepełnosprawną córkę pozwoliły jej zwolnić tempo do 20 godzin tygodniowo, podczas gdy córeczka spędzała czas w specjalistycznym przedszkolu. – Żyję skromnie, ale na pewno lepiej niż w Polsce. Stać mnie na ubranka, zabawki i wyjazdy dla nas obu – podkreśla. – Mam też pomoc w opiece nad Nikolką i nie muszę się o nic martwić – dodaje. Kamila i Beata od kilku miesięcy mają piękny dom, ich syn chodzi do szkoły i dobrze odnajduje się w brytyjskiej rzeczywistości. Trzy tygodnie temu Polki wzięły ślub, aby spełnić wreszcie swoje życiowe marzenie.

Zadbać o byt

– Gdybym teraz miał wrócić do kraju, wracałbym z pustymi rękami – przyznaje Mateusz. Pracując w gastronomii Mateusz nie narzekał. Ale w momencie, kiedy zdecydował zawalczyć o swoją przyszłość i karierę, musiał zacząć korzystać z tego, co zaoszczędził. – W sumie w tym momencie jestem jakby w punkcie wyjścia. Ale nikt nie odbierze mi doświadczenia, jakie zdobyłem i tego, czego się nauczyłem o sobie i o świecie – zaznacza.

– Kto by pomyślał, że będę się starała o kredyt hipoteczny na dom pod Londynem, ja skromna dziewczyna ze wsi, bez wykształcenia, bez znajomości i pieniędzy – pyta sama siebie Iwona. – Ale stać nas, bo oboje zarabiamy wystarczająco. A w Polsce pewnie gnieździłabym się w kawalerce, pożyczając „do pierwszego” – dodaje.

Weronika nie ma za wiele oszczędności, coś ok. 2 tys. – Starałam się odkładać na czarną godzinę, ale za wiele tego nie uzbierałam, bo ciągle coś. A to pralka się zepsuła, a to samochód się rozkraczył, a to nagle przeprowadzka – usprawiedliwia się Polka. – Dobrze, że w ogóle coś mam – podkreśla.

Magda nie boi się o swoją przyszłość. – Ze swoim doświadczeniem wszędzie znajdę dobrą pracę, a poza tym mam spore oszczędności. Trudności, których doświadczyłam przez te lata też mnie mocno zahartowały – przyznaje.

Julia dzięki pobytowi w Anglii dziś jest wolna. Wolna finansowo. Ale wiązało się to z mocnym planem: oszczędzamy ile możemy, zaciskamy pasa i inwestujemy w nieruchomości, by generować pasywny przychód. – Miało to swoją cenę: siedem lat w jednym pokoju, który służył mnie i mężowi za sypialnię, jadalnię, pokój dzienny i biuro. To praca na trzy etaty, sprzątanie, dorabianie pilnowaniem zwierząt czy mieszkań, gdy gospodarze wyjeżdżali na urlopy. Wykonywałam chyba wszystkie niechciane zajęcia, byle tylko w jak najkrótszym czasie zebrać jak najwięcej pieniędzy. Nie przyszło mi do głowy trwonienie pieniędzy czy wynajem dużego mieszkania. Oczywiście, nie oznaczało to pożegnania się z kulturą, bo chodziliśmy do teatru czy kina. Nie ominął nas też, jak podobno większości emigrantów zakup 50-calowego telewizora – śmieje się Julka. – Ale do dziś, mimo poczucia bezpieczeństwa finansowego, nasze apetyty na dobra konsumpcyjne nie wzrosły. Choć już od dwóch lat nie mieszkamy w jednym pokoju – zauważa.

Język

Angielski. Dla jednych skarb, bo nauczyli się nim posługiwać i poszerzyli swoje umiejętności, dla innych przekleństwo, bariera uniemożliwiająca zdobycie lepszej pracy. Zwłaszcza na początku. Iwona do dziś pamięta, gdy pierwszego dnia pracy w restauracji managerka wydarła się na nią, waląc ogórkiem o blat, że nie mówi się „kukumber” tylko „kju-kam-ber”. – No coś tam w szkole miałam tego języka, ale nigdy mnie to specjalnie nie interesowało – przyznaje Polka. Dziś, po latach pracy i szkoleniach Iwona nawet nie wie, kiedy nauczyła się płynnie mówić po angielsku, opracowywać wymagane dokumenty czy szkolić pracowników.

Mateusz znał język w stopniu zaawansowanym, choć nie na tyle, by zdawać egzamin państwowy. Nauka w college’u, a także codzienny kontakt z językiem sprawiły, że mówi swobodnie, a talent aktorski sprawia, że nawet mistrzowsko naśladuje etniczne akcenty.
Magda uczyła się angielskiego w liceum, ale rozmowa z Anglikami była dla niej szokiem. – Miałam wrażenie, że słyszę stękanie przyduszanych ludzi albo pyrkotanie gotowanych kartofli – żartuje Polka. – Żywy język bardzo odbiegał od tego, co wkuwałam na klasówki – mówi. Dziś, po ukończeniu studiów w Londynie ma wrażenie, że lepiej posługuje się angielskim niż polskim. – Gdybym miała pracować teraz w swojej branży w Polsce, to miałabym problem z nazewnictwem. Cała nomenklatura w mojej głowie istnieje tylko po angielsku. Ale to jest mniejszy problem. Większym jest fakt, że nie nauczyłam córki polskiego – martwi się.

Beacie też na początku nie było łatwo. Na szczęście w jej przypadku (informatyka) liczyły się kwalifikacje i znajomość uniwersalnego języka, jakim są matematyczne symbole. – Angielski przyswoiłam w naturalny sposób, obcując codziennie z Brytyjczykami – przyznaje.
Weronika nie nauczyła się języka poza podstawowymi zwrotami, potrzebnymi w codziennym życiu. – Nigdy mi się języki głowy nie trzymały – tłumaczy zakłopotana. – To już Nikola szybciej się nauczy niż ja – zauważa.

Nie samym chlebem…

– Chociaż dla większości emigrantów przybyłych do UK po 2004 r. motywy ekonomiczne były głównym napędem emigracji, to jednak dodatkowym i może dla wielu z nich ważniejszym powodem osiedlenia się w UK były inne czynniki – twierdzi Karolina Grot, analityczka z Instytutu Spraw Publicznych. – Jak choćby znacznie większe jeszcze do niedawna liberalne i otwarte podejście brytyjskiego społeczeństwa do kwestii, które w Polsce nierzadko stanowią tematy tabu lub są dalece upolitycznione.

Dodatkowo Wielka Brytania daje więcej możliwości rozwoju. Jak twierdzi Mateusz: – Gdybym został w Polsce, nie wpadłbym na to, by skończyć college. A tak, paradoksalnie, frustracja związana z wykonywaniem zajęcia poniżej kwalifikacji, zmotywowała mnie do nauki, do rozwijania pasji, do szukania samego siebie, dlatego ukończyłem Creative Media Production, choć pewnie w Polsce taki zwrot w karierze wywołałby co najmniej zdziwienie. Dzięki pracy mogłem sobie pozwolić na podróżowanie w różne strony świata. Otworzyłem się też na inne kultury, a jednocześnie zacząłem doceniać naszą, wyleczyłem się z kompleksów. Chętniej podejmuję ryzyko i łatwiej sobie radzę w życiu, choćby stosując angielską uprzejmość w większości sytuacji – opowiada.

Julia tak naprawdę tylko dzięki Anglii mogła zrealizować swój życiowy plan: zdobyć niezależność. – Gdybym tu nie przyjechała, nie byłabym w tym miejscu, gdzie jestem. W Polsce mogłoby mi się to nie udać. Być może uległabym dołującym wpływom otoczenia – zamyśla się. – Tam jesteś w stanie znieść mniejszą liczbę porażek, bo jesteś bardziej oceniany, krytykowany, piętnowany. Jeśli ktoś wybiera mniej uczęszczaną drogę, tak jak ja, na pewno będzie mu łatwiej żyć w Londynie – podkreśla.

Kamila z Beatą nie do końca są emigrantkami ekonomicznymi. Informatyczka i tatuażystka znajdą pracę wszędzie. W Anglii chciały zalegalizować swój związek i zabezpieczyć przyszłość syna. – Niestety, status prawny naszego związku w Polsce nie jest uznawany. Tam nadal jesteśmy dla siebie obcymi osobami, choć mamy za sobą już blisko 10 lat wspólnego życia. Nie wyobrażamy sobie powrotu, choć ja bardzo tęsknię za krajem– podkreśla Beata.

Co dalej?

– Dzień ogłoszenia wyników referendum był nie tylko informacją, że szykuje się nowy układ gospodarczo-polityczny. To także moment, gdy emigranci z Europy mieszkający w Wielkiej Brytanii poczuli się jak nieproszeni goście – tłumaczy Karolina Grot. – Świadomość, że co piąty Brytyjczyk głosował za wyjściem z Unii wzbudza niepokój i każe przedefiniować swoją obecność w tym kraju. Zwłaszcza, jeśli człowiek sobie uświadomi, że w wielu przypadkach decyzję przeciwko emigrantom podjęli emigranci w drugim pokoleniu, czyli dzieci osób, które przed wieloma laty same stawiały pierwsze kroki na obcej ziemi, a także, co smutniejsze, i Polacy z brytyjskim obywatelstwem – zauważa.

Prawo działa wstecz?

Jak komentują prawnicy specjalizujący się w prawie brytyjskim, Polacy mogą się niepokoić, ponieważ po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii powstanie zupełnie nowy system prawny. Nie można się nawet pocieszać maksymą „prawo nie działa wstecz”, ponieważ ta zasada w prawie anglosaskim nie obowiązuje. Jeśli Wielka Brytania nie zaakceptowałaby swobodnego przepływu ludzi i zobowiązań z tym związanych, to mogłoby oznaczać, że Europejczycy podlegaliby tym samym przepisom, którym obecnie podlegają obywatele państw Wspólnoty Brytyjskiej. Czyli musieliby zarabiać przynajmniej 35 tys. funtów, aby mieć prawo przebywania na terenie Wielkiej Brytanii. Dlatego specjaliści doradzają by zabiegać o rezydenturę, a najlepiej o brytyjski paszport.

– Tylko że ja nie chcę obywatelstwa kraju, który mnie właśnie wyrzucił – komentuje Magda. – To jakiś paradoks: mam błagać Wielką Brytanię, by mnie zalegalizowała w momencie, gdy pokazują mi drzwi? – pyta. Mateusz: – Co dalej? Być może, żeby nie zaczynać wszystkiego tak od samego początku, myślę o Irlandii lub Szkocji. Choć w sumie pochodzę z rodziny patriotów i idealistów, i po prostu ciągnie mnie do Polski. Wrogie gesty Brytyjczyków przywołały myśli o powrocie do kraju. Skoro nie jestem tu mile widziany, to nie będę się narzucał. Poszukuję pracy w branży artystycznej w Polsce i w innych krajach – mówi.

Iwona nawet nie chce myśleć o tym, że być może za dwa lata trzeba będzie rozstać się z Anglią. – Nie wiem, gdzie mielibyśmy się podziać. Tu się osiedliłam, tu płacę podatki, tu chcę żyć, dlatego właśnie z mężem wypełniamy te 80 stron formularza, by uzyskać rezydenturę stałą – podkreśla.

Weronika jest przerażona: – Moje oszczędności nie wystarczą mi na długo. A poza tym, dokąd mam wyjechać? I znowu przechodzić to wszystko, gdy już sobie ułożyłam życie tutaj. Nie wiem, co zrobię, jeśli każą mi wyjechać – rozpacza.

Julka nie ma problemu: – Po 10 latach naprawdę ciężkiej pracy jestem wolnym człowiekiem. Mogę się spakować w ciągu tygodnia i wyjechać. I robić dokładnie to, co będę chciała, np. pojechać w roczną podróż dookoła świata. To jest cudowne uczucie. Tego się nie da opisać. Ludzie drżeli przed wyborami czy zostaniemy w Unii, czy nie, a nam z mężem tak naprawdę nie sprawi to różnicy.

Ilu nas tu jest?

  • Jak podają różne źródła, w Anglii mieszka ok. 800-850 tys. Polaków.
  • Co roku w Wielkiej Brytanii rodzi się ok. 20 tys. dzieci polskiego pochodzenia.
  • W 2015 r. brytyjskie obywatelstwo przyznano 3763 Polakom, co daje nam 5. pozycję w ogólnym zestawieniu (na pierwszym miejscu są Indie – 18 399).

Przed nami kolejny początek?

Dr Marta Penczek, psycholog kulturowy z Uniwersytetu SWPS:

  • To naturalne, że teraz, w tak decydującej chwili, emigranci wspominają swoje początki w Anglii, ponieważ mniej lub bardziej świadomie zastanawiają się, jakby to było, gdyby musieli zaczynać jeszcze raz, w nowym miejscu. Przecież nawet powrót do Polski zmusiłby ich do odnalezienia się w innej rzeczywistości niż w tej, którą opuszczali. Jest to więc moment zwrotny. Muszą sobie zadać pytanie „czy chcę tutaj żyć?”. Jeśli będą chcieli pojechać od innego państwa w Unii, muszą zrobić analizę kosztów zysków i strat. Zwłaszcza tych emocjonalnych. A droga emigracji jest długa: zaczyna się od decyzji zwykle opartej na przekonaniu, że „tam” będzie lepiej, potem zaczyna przygotowanie gruntu pod nową rzeczywistość: szukanie pracy, lokum, budowanie nowej sieci społecznej. Zwykle ten czas wiąże się z poczuciem samotności, gdy rodzina decyduje się na rozdzielenie. Nawet jeśli znamy język, przechodzimy tzw. szok kulturowy. Jest tym bardziej dotkliwy, jeśli postanowiliśmy tylko i wyłącznie zarabiać, kosztem snu, odpoczynku i przyjemności – podkreśla psycholożka. – Osiągając satysfakcjonujące zarobki i pracę planujemy na ogół ściągnięcie z kraju dzieci bądź założenie rodziny. Ostatnią decyzją jest zwykle kupno domu. Wielu Polaków w Wielkiej Brytanii zdecydowało się na sprowadzenie bądź urodzenie dzieci, kupili też domy albo mieszkania. Dzieci i dom to takie dwie kotwice, które wiążą emigrantów z nowym miejscem na dłużej. Dlatego tak trudno myśleć o kolejnych życiowych zmianach, zwłaszcza, jeśli ich nie planowaliśmy – wyjaśnia.

Anna Dobiecka