OSTATNIE ARTYKUŁY

Cztery na pięć firm w UK nieprzygotowanych na Brexit

0

Tylko jedna na pięć firm w Wielkiej Brytanii jest przygotowana na opuszczenie Unii Europejskiej.

Firma prawnicza Blake Morgan, która przygotowała ankietę na temat gotowości angielskich firm na Brexit, wydała broszurę informacyjną zatytułowaną: Brexit: We Mean Business. Firma, która ma swoje biura w Cardiff, Londynie, Oxfordzie, Portsmouth, Reading i Southampton niesie pomoc tym biznesom w UK, które zastanawiają się jak poradzić sobie z procesem wychodzenia Wielkiej Brytanii z Unii.

Przewodnik informacyjny ma pomóc firmom przejść przez proces Brexitu i wykorzystać korzyści jakie pojawią się na drodze wychodzenia z Unii Europejskiej. W przewodniku znaleźć można przede wszystkim informacje prawne dotyczące takich zagadnień, jak zatrudnienie, emerytury, finanse.

Przewodnik informacyjny można pobrać na blakemorgan.co.uk/brexit/.

UKIP chce zakazu noszenia burek

0

Lider partii UKIP (Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa) Paul Nuttall w programie wyborczym ogłosił konieczność wprowadzenia zakazu noszenia burek. Według niego publiczne zakrywanie twarzy stanowi barierę dla harmonii społecznej, a także zagrożenia dla bezpieczeństwa.

Paul Nuttall zaprzeczył, że jego wezwanie do zakazu zasłaniania twarzy jest publicznym atakiem na muzułmanów. Według niego stanowi to raczej zachętę do integracji. Lider UKIP-u nazywa swój wyborczy manifest „programem integracyjnym”, a zakaz noszenia burek określa „pozytywnym przesłaniem”. Nuttal chce również zakazać prawa szariatu – reguł religijnych, które stanowią część tradycji islamu – informuje News Sky.

– Mamy problem z integracją. 58 proc. muzułmańskich kobiet jest nieaktywna ekonomicznie. Jest ogromna liczba miejsc pracy, w których nie możesz pracować, jeśli nie pokażesz twarzy. Chciałbym zobaczyć jak te kobiety wracają do pracy. Istnieje również problem z językiem: 22 proc. muzułmańskich kobiet w żadnym stopniu nie mówi po angielsku i chciałbym zobaczyć jak to się zmienia. To wszystko ma służyć integracji – to pozytywna wiadomość, a nie negatywna – powiedział Paul Nuttall.

– W obecnym momencie mamy zwiększone ryzyko w zakresie bezpieczeństwa, aby monitoring CCTV był skuteczny twarze ludzi muszą być widoczne. Po drugie jest to kwestią integracji, nie sądzę, że można w pełni się zintegrować, jeśli nie widzisz czyjejś twarzy – dodał przewodniczący UKIP.

Cyrk Gerry Cottle’s w Southampton

0

W dniach 28 kwietnia – 7 maja Southampton odwiedzi Cyrk Gerry Cottle’s. Pokazy cyrkowe odbędą się w Hoglands Park.

Cyrk Gerry Cottle to niesamowite występy gwiazd z całego świata. Program zawiera 50 numerów cyrkowych zawartych w 100 minutowym pokazie. Spektakl przygotowany przez cyrkowców zawiera niesamowite i mrożące krew w żyłach wyczyny, popisy na wrotkach, występy iluzjonistów, akrobatów, żonglerów i komików.

Bilety można zamówić telefonicznie pod numerem telefonu 0845 835 50 50 lub online na stronie http://wowcircus.co.uk/booking-info/

Pięć kobiet ofiarami brutalnego ataku w Hampshire

0

Grupa kobiet została zaatakowana przez kilku mężczyzn. Do brutalnego ataku doszło w Portsmouth.

Kobiety zostały zaatakowane, kiedy wracały do domu z nocnego klubu. Do bestialskiej napaści doszło 16 kwietnia około 23.30. Jedna z ofiar straciła siedem zębów, kiedy została uderzona w twarz. Atak miał być dokonany na tle homofobicznym.

W związku ze sprawą policja aresztowała trzech mężczyzn z Londynu w wieku 25, 26, 27 lat. do aresztu trafił również 27-latek z Portsmouth.

Pierwszy od ponad 30 lat pełny maraton w Southampton

0

Tysiące biegaczy wzięło wczoraj udział w maratonie, który odbył się w Southampton po raz pierwszy od ponad 30 lat. W ramach biegu odbył się także pół-maraton i bieg na 10 km.

Jako pierwszy na metę przybiegł 30-letni David Coak z St Denys. Był to jego pierwszy w życiu pełny maraton. Pierwszą na mecie kobietą była 30-letnia Sylwia Ward, która ukończyła bieg z czasem 3 godziny i 29 minut.

Dług, który wraca po latach

0

Kara za jazdę bez biletu lub mandat od brytyjskiej policji? Spokojnie, w Polsce nas nie znajdą. Czy na pewno? Coraz częściej brytyjskie należności są ściągane również za granicą.

Trzydziestodwuletni Marcin z Kutna pierwszy raz na Wyspy przyjechał tuż po maturze. – Byłem wtedy młody i głupi. Dorabiałem to tu, to tam, mieszkało się a to na squacie, a to u znajomych. Zebrałem od policji kilka kar za picie w miejscu publicznym czy śmiecenie. Zjeździłem pociągami kraj wzdłuż i wszerz, oczywiście bez biletu, bo wtedy wiecznie nie miało się pieniędzy – opowiada. Po kilku miesiącach wrócił do kraju. W końcu się ustatkował.

Skończył studia, zaczął pracę w finansach, a później dostał od kolegi propozycję wejścia w dochodowy biznes związany z eksportem na Wyspy. Wrócił do Londynu, tym razem już jako stateczny 30-letni biznesmen. – Założyliśmy firmę i jakoś zaczęło się kręcić – mówi. Do czasu, aż dały o sobie znać stare długi. Gdy dostał od policji mandat za drobne wykroczenie, okazało się, że to w policyjnych kartotekach nie pierwsze wezwanie do zapłaty na jego nazwisko. Długo miał problemy z założeniem w domu internetu i dostaniem kredytu na rozruch firmy, aż ktoś poradził mu, by sprawdził swój credit score. Okazało się, że jest winien tysiące funtów m.in. kolejom. – Musiałem wziąć adwokata. Niektóre rzeczy dało się odkręcić. Na razie przeniosłem się do Irlandii, bo jeszcze dużo czasu minie, aż będę miał na Wyspach „czyste konto” – wzdycha.

Niskie mandaty umarzają

Takich historii jest oczywiście więcej. Tuż po wejściu Polski do Unii Europejskiej wydawało się, że brytyjskie kary nigdy nie „dościgną” nas w ojczyźnie. Często rzeczywiście tak było, bo polskie prawo jazdy czy dowód były dla policjantów i funkcjonariuszy nowością. Bywało, że mandaty nigdy nie dochodziły do adresata. Teraz jednak wygląda to inaczej, bo od 2015 roku działa już system ogólnoeuropejskiej wymiany danych drogowych. W zeszłym roku zagraniczna drogówka 125 tys. razy kierowała do władz pytanie o dane polskich kierowców. Jak podaje „Fakt”, 70 proc. tych kar udało się wyegzekwować.

Mandaty, które są najczęściej umarzane, to te do wysokości 70 euro (ok. 60 funtów). W takim przypadku wysyłka czy tłumaczenie dokumentów opłaca się policji najmniej, więc zdarza się, że kierowcy wykroczenie ujdzie na sucho. Dla osób poruszających się po Wielkiej Brytanii to jednak mała pociecha, bo tu minimalna kara za przekroczenie prędkości to 100 funtów. Nawet jeśli taki mandat nie trafi do adresata, przy najbliższej kontroli pojazdu można mieć kłopoty. Zamiast upomnienia kierowca, który już ma jedną niezapłaconą karę, może dostać wyższy mandat.

Przedawnienie w Europie w przypadku mandatów następuje zależnie od kraju po 2-5 latach. Jeśli w tym czasie policja nie wystawiła wezwania do zapłaty, to można spać spokojnie. Jeśli jednak mandat został już wystawiony, raczej z opresji nie wybawi nas wspomniane przedawnienie. I nie ma co liczyć na to, że przeprowadzka sprawi, że policja zaniecha ściągania należności od pirata drogowego. Zdarza się, że gdy nie da się ustalić adresu, kara zostaje umarzana. Częściej jednak mandat przychodzi na podany adres i rusza machina sądowa, a organów ścigania nie interesuje, że kierowca nie dostał wezwania do zapłaty. Jedynym pocieszeniem może być fakt, że zagraniczne punkty nie sumują się na polskim prawie jazdy, a więc nie mogą być podstawą do odebrania dokumentu.

Kara dla „Mateisza”

Zdarza się jednak, że policjant nie jest w stanie poprawnie zapisać na mandacie polskiego nazwiska czy adresu. Czy to unieważnia karę? Zwykle nie. Jak podaje The Drivers Defence Service, sam mandat nie jest podstawą, na której opiera się oskarżenie – jeśli go nie przyjmiemy, policjant wypełni wniosek, na podstawie którego sprawa trafi do sądu.

Dane przepisze wówczas ze swojego notesu lub ze sfotografowanego prawa jazdy i być może nie popełni już tego samego błędu. – Dostałem mandat za jazdę na czerwonym świetle, ale jest na nim napisane „Mateisz” zamiast „Mateusz”. Do tego z polskiego adresu zapisano tylko numer domu, a nie mieszkania. Czy uda mi się uniknąć mandatu – pyta kierowca na jednym z forów. W takiej sytuacji rzeczywiście polski urząd może nie odnaleźć osoby, o którą chodzi, choć jeśli policjanci zapisali PESEL czy numer prawa jazdy, nawet błędne imię i nazwisko nie zawsze chroni przed karą.

Gapowicze muszą płacić

Niektórzy z lekceważeniem podchodzą do funkcjonariuszy wypisujących mandat, bo wiedzą, że nie uda im się ich znaleźć (np. dlatego, że nie mieszkają już pod adresem podanym w dokumentach). Warto jednak wiedzieć, że policjant, który ma podejrzenie, że wezwanie do zapłaty nie dotrze do adresata, może zażądać od niego depozytu w wysokości 100-300 funtów. W ten sposób policja upewnia się, że należność zostanie ściągnięta.

Coraz trudniej jest też unikać należności za jazdę bez ważnego biletu. Osoby, które na Wyspach są na dłużej, raczej nie wywiną się od kary w pociągu, podając zły adres, o czym przekonał się 33-letni Paweł, pracownik piekarni w Essex. Na początku często się przeprowadzał i myślał, że nie zostanie na Wyspach na stałe, więc gdy kontroler w pociągu First Capital Connect złapał go na jeździe bez biletu, podał nieprawdziwy adres.

– Jakież było moje zdziwienie, gdy dostałem potem list z sądu. Do kilkudziesięciu funtów za bilet doliczono 100 funtów opłat manipulacyjnych, 130 funtów grzywny i karę 160 funtów za podanie fałszywych danych. Razem prawie 500 funtów. I co ja mam teraz robić – denerwuje się Polak. W takiej sytuacji zawsze najlepiej jest współpracować z organami ścigania. Jeśli nie stać nas na płacenie kar, możemy napisać o tym urzędnikom, załączając dokumenty poświadczające trudną sytuację – np. umowę o pracę czy dowód pobierania zasiłku. Zdarza się, że kary są rozkładane na raty wynoszące nawet kilka funtów miesięcznie. W przeciwnym razie kara będzie rosła.

Komornik albo bilet

A transport miejski? W Londynie na miejscu lub w ciągu kilku dni od momentu, gdy zostaniemy przyłapani na jeździe bez biletu, powinniśmy otrzymać informację o czasie i miejscu zdarzenia, a także należnej karze. To okazja, by zapłacić lub wytłumaczyć się (np. wtedy, gdy kontroler popełnił błąd lub ukradziono nam portfel z dokumentami). Do listu dołączona jest koperta, która umożliwia darmowe złożenie wyjaśnień. Miejskie przedsiębiorstwo autobusowe ma pół roku, by skierować sprawę do sądu lub ją umorzyć.

Lepiej więc odbierać takie listy, bo w przeciwnym razie następną przesyłką może być już wezwanie na rozprawę. Najlepiej, jeśli zapłacimy w ciągu pierwszego miesiąca po otrzymaniu wezwania. Przykładowo w Oxfordshire po 28 dniach kara za nieopłacone parkowanie lub jazdę autobusem bez biletu wzrasta o połowę, a następnie o 7 funtów, jakie urząd musi zapłacić za rejestrację długu (Penalty Charge Notice, PCN) w Traffic Enforcement Centre. Jeśli gapowicz nadal nie zapłaci, do akcji może wkroczyć komornik.

Potrzebny bilet

Opłat jest też coraz trudniej uniknąć w Transport for London. Służby długo borykały się z obcokrajowcami, którzy jeździli bez biletu, wiedząc, że ryzyko kary jest niewielkie. Teraz więcej niż przed laty jest oficerów „w cywilu”, którzy wyłuskują z tłumu gapowiczów i mogą im wlepić karę do 1000 funtów i wpis do kartotek policyjnych. Dla wielu Polaków taki ślad w dokumentach nie jest uciążliwy, jednak w przypadku osób, które w przyszłej pracy będą musiały wykazać świadectwo niekaralności, może to być już poważny problem. A 1000 funtów to przecież nie najwięcej, ile może zapłacić gapowicz. Jeszcze więcej musiała wyłożyć 25-letnia Colette Southern z Wolverhampton, która w 2015 roku jechała autobusem w Birmingham bez biletu.

Tego dnia do pracy miała ją podwieźć znajoma, ale zachorowała, więc Colette po raz pierwszy od lat musiała skorzystać z transportu publicznego. Nie miała biletu za 2,20 funta, więc powinna otrzymać karę 35 funtów. Dostała jednak wezwanie na 450 funtów, a gdy je zignorowała, opłata wzrosła do 1300 funtów. Powód? Colette miała przy sobie nieważną kartę miejską sprzed dwóch lat. Kontroler wyliczył (i miał do tego prawo), że od tego czasu codziennie jeździła bez biletu i wystawił jej wezwanie do zapłaty kary za cały ten okres.

Kosztowna książka

O tym, że nie warto pozostawiać niespłaconych nawet symbolicznych kwot, przekonała się 27-letnia Monika. Przez kilka lat korzystała z biblioteki miejskiej w Leeds, gdzie pracowała do 2011 roku jako kelnerka. W końcu dostała lepszą pracę w Londynie i się wyprowadziła. Okazało się, że wśród spakowanych książek zawieruszyły się dwie należące do biblioteki. – Mówiąc szczerze, to się tym nie przejęłam. Takie rzeczy się przecież zdarzają – wzrusza ramionami Monika. Zmieniła zdanie, dopiero gdy przy okazji ubiegania się o kredyt mieszkaniowy kolejny bank odesłał ją z kwitkiem, tłumacząc, że ma zły rating.

– Okazało się, że to przez te głupie kary! Dostawałam listy na poprzedni adres. Nowi lokatorzy je wyrzucali i nic do mnie nigdy nie dotarło. Karę już dawno zapłaciłam, ale okazało się, że w „papierach” informacja o długu będzie figurować przez sześć lat – opowiada. Jest niewielka szansa, że kary z biblioteki będą nam o sobie przypominać w Polsce. Jednak warto takie zobowiązania regulować na bieżąco, by w przyszłości nie było problemów, jeśli kiedykolwiek dłużnik będzie chciał wrócić na Wyspy i jeszcze raz spróbować ułożyć tu sobie życie.

Na credit score mogą wpływać też inne zobowiązania, takie jak nieregularnie płacony czynsz czy niespłacone karty kredytowe. To jeden z najczęściej „zapominanych” przez imigrantów długów. Świadomość, że można wydać kilkaset funtów i nigdy się z nich nie rozliczyć, może być kusząca. 34-letni Kuba, który po roku w Anglii wrócił do domu latem 2009 roku, wypłacił wówczas 1000 funtów z karty kredytowej banku Lloyds, bo znalazł się w trudnej sytuacji finansowej. Miał zamiar szybko uregulować należność, ale w końcu o sprawie zapomniał, bo urodziło mu się dziecko i miał ważniejsze wydatki.

Kilka lat później szwagier założył na Wyspach firmę budowlaną. Zaproponował, że zatrudni go do sprzątania i drobnych prac remontowych. Wtedy Kuba przypomniał sobie o długu. – Boję się jechać na Wyspy, choć praca by mi się przydała. Nie wiem, co robić. Chciałbym to spłacić, ale myślę, że jeśli się zgłoszę do banku, to od razu mnie wsadzą do więzienia. Widziałem, że są firmy pomagające wyjść z zagranicznych długów, ale boję się, że jak cokolwiek zrobię, to tylko pogorszę sprawę – tłumaczy.

Fiskus zawsze pamięta

W jego przypadku możliwe, że gdyby nigdy nie wracał na Wyspy, bank faktycznie zapomniałby o jego długu. Gorzej mają ci, którzy pozostawili niespłacone zadłużenie podatkowe czy nie uregulowali kary na rzecz HMRC. O ile tacy dłużnicy nie znikną z polskiego systemu podatkowego, muszą się liczyć, że któregoś dnia zapuka do nich komornik lub dług zostanie ściągnięty ze zwrotu podatku.

Jeszcze kilka lat temu wystarczyło często wyjechać za granicę, by dług zniknął. Dziś mandaty z policji, kary za jazdę bez biletu czy opłaty bankowe coraz częściej dościgają dłużników za granicą i mogą poważnie zaszkodzić nawet po wielu latach. Osoby, które słabo znają język lub nie rozumieją tutejszego systemu, powinny poprosić o pomoc w czytaniu urzędowych listów i wypełnianiu formularzy, by nie mieć problemów i po prostu nie narażać się na nieprzyjemności.

Sonia Grodek

Co się zmieni w brytyjskiej służbie zdrowia?

0

Gdy rząd szuka oszczędności, najłatwiej zwrócić się w stronę służby zdrowia. Z kolei w Polsce rządzący zapowiadali rewolucję w opiece zdrowotnej, która miała pomóc zwykłym ludziom. Czy się udało?

Trzydziestoczteroletnia dziś Gabrysia z Pruszcza Gdańskiego na co dzień jest grafikiem komputerowym pracującym z domu na umowę o dzieło. Nieformalny charakter pracy pozwala jej w międzyczasie dorobić za granicą. Pierwszy raz przez agencję pracy tymczasowej wyjechała do Wielkiej Brytanii na zbiory truskawek w czerwcu 2011 roku i od tej pory już zawsze lato kojarzyło jej się z pracą na farmie. – Chyba w maju 2014 roku zaczął mnie boleć ząb. Okazało się, że potrzebuję ubezpieczenia, żeby móc pójść do państwowej przychodni, a w prywatnej skomplikowany zabieg kosztował prawie tysiąc złotych – opowiada Gabrysia. Do dentysty postanowiła pójść dopiero w Wielkiej Brytanii.

– Przyjęto mnie do lekarza i zapytano o ubezpieczenie i adres. Wypełniłam jakiś formularz, a na drugi tydzień byłam już na fotelu dentystycznym. Rachunek za usługę nigdy do mnie nie trafił, bo podałam adres farmy, na której po miesiącu już mnie nie było – przyznaje.

Nie odeślą rodzącej

Takich historii wśród przyjezdnych są tysiące. Wizja darmowego zabiegu wykonanego w nowoczesnym szpitalu kusi, a bolący ząb czy atak wyrostka robaczkowego dodatkowo zagłuszają wyrzuty sumienia. Okazuje się, że rocznie NHS traci na takiej kreatywności co najmniej 500 milionów funtów. Od tego roku jednak ma się to zmienić. Już wcześniej niektóre szpitale od zagranicznych pacjentów żądały przedstawienia paszportu i dowodu stałego adresu zamieszkania na terenie kraju. Teraz takie rozwiązanie może przejąć więcej szpitali. Osoby, które nie będą w stanie udowodnić, że mają prawo do opieki medycznej, wciąż będą mogły skorzystać z zabiegu.

Będą jednak musiały za niego zapłacić. Większość będzie jednak wolała skorzystać raczej z prywatnej opieki zdrowotnej we własnym kraju, bo rachunek z brytyjskiego szpitala może być wysoki. Przykładowo, średni koszt wszczepienia rozrusznika serca to ponad 6 tysięcy funtów, podczas gdy przeszczep wątroby to wydatek rzędu 70 tys. funtów. Od placówki będzie zależało, czy każe pacjentowi zapłacić z góry, czy wystawi fakturę po udanej operacji. W przypadku przychodni, które wybiorą to pierwsze rozwiązanie, lekarze będą mieli prawo odmówić każdego zabiegu poza tymi, które mogą ratować życie (np. po wypadku samochodowym czy przy porodzie).

Chleb z piekarni

To nie jedyny pomysł na odzyskanie marnotrawionych pieniędzy. Od tego roku lekarze nie będą już mogli przepisywać niektórych lekarstw. A dokładniej chodzi nie tylko o leki, ale też suplementy diety czy… makaron. Okazuje się, że system zdrowia traci rocznie 114 milionów funtów na leki na receptę, które są ogólnie odstępne w wielu sklepach. Chodzi o tabletki na ból brzucha, chorobę lokomocyjną czy niestrawność. Dodatkowo lekarze przepisują rocznie żywność bezglutenową na łączną sumę 22 milionów funtów, mimo że od wielu lat takie produkty można kupić w każdym supermarkecie.

NHS ujawnia, że każda wizyta u lekarza kosztuje średnio 45 funtów, a wypisanie recepty to koszt ponad 3,5 funta. Jak się to ma do ceny samych leków? Przykładowo 30 kapsułek kwasu Omega 3 można kupić w każdej drogerii za 6,95 funta, a więc o wiele mniej, niż wynosi koszt samej wizyty i wypisania recepty. Wśród leków, których lekarz nam już nie przepisze, są też leki przeciwbólowe, które wywołują szybkie i niezwykle silne uzależnienie, jak oparty na tej samej substancji co heroina, fentanyl.

Zgubne skutki Brexitu

Większość Polaków na Wyspach przede wszystkim zastanawia się teraz, czy i w jakim stopniu będą mogli korzystać z opieki zdrowotnej po Brexicie. 41-letni Jacek, który w Slough pracuje od dziesięciu lat jako blacharz, wcześniej planował, że sprowadzi na Wyspę swojego schorowanego tatę. – Lekarz rozpisał leczenie na wiele etapów. Niektóre wykonamy w Polsce, ale na inne trzeba czekać wiele lat lub wcale nie przysługują. Myślałem, że za rok czy dwa sprowadzę tatę na Wyspy i tu będziemy kontynuować leczenie. Teraz obawiam się, że to nie będzie takie proste – martwi się Jacek.

Na razie trudno powiedzieć, jak zostanie rozwiązany problem dostępu do służby zdrowia dla imigrantów. Wiadomo natomiast, że już zaczynają się poważne problemy z… pielęgniarkami. W zeszłym roku rekordowe 16 tysięcy sióstr z zagranicy opuściło Wyspy. Specjaliści alarmują, że jeśli dodatkowo rząd utrudni otrzymywanie pracy pielęgniarkom z Polski czy Litwy, to wkrótce pacjentami nie będzie się miał kto zajmować. Jeszcze gorzej jest w opiece nad osobami starszymi, dlatego możliwe, że w tych zawodach restrykcje będą musiały być ograniczone.

Rewolucja? Tak jakby…

Rewolucja w świecie medycyny równolegle odbywa się nad Wisłą. Tam dziesiątki tysięcy osób, jak Gabrysia (ta, która na zabieg dentystyczny musiała jechać do Wielkiej Brytanii) nie ma ubezpieczenia medycznego. Mimo że zgodnie z konstytucją takie prawo powinno przysługiwać każdemu. System prowadzi do absurdów: osoba pracująca na umowę o dzieło czy opiekująca się dziećmi nie ma prawa do wizyty u doktora, ale już bezrobotny może korzystać ze wszystkich zabiegów gratis. Wiele osób na „umowach śmieciowych” musiało więc do tej pory lawirować na granicy prawa.

Gdy chcieli pomocy lekarskiej, musieli najpierw zgłosić się do pośredniaka, zajmując miejsce tym, którzy faktycznie szukali pracy. Rząd obiecywał, że to zmieni. Pierwszy krok został zrobiony, ale trudno uznać go za wystarczający. Od 1 stycznia każdy może umówić się na darmową wizytę u lekarza pierwszego kontaktu. Wciąż jednak nie wiadomo, co z tymi, którzy mają poważniejsze problemy zdrowotne i wymagają np. operacji. Poza tym taki pacjent i tak dostanie pocztą rachunek, jeśli lekarz przepisze mu refundowane leki.

Apteka, bank, apteka

Kolejna zmiana, którą mogą odczuć pacjenci, to ograniczenia nałożone na apteki. Teraz jedna może przypadać najwyżej na 3 tysiące mieszkańców, a od następnej musi dzielić ją minimum kilometr. Nową placówkę może otworzyć tylko farmaceuta. Czy to dobra wiadomość? Tu zdania są podzielone. – Rzeczywiście aptek powstało za dużo. Na każdej ulicy tylko bank, apteka, bank, apteka i tak w kółko – denerwuje się 26-letni Marcin, architekt krajobrazu z Warszawy.

Inni wskazują, że ulice monopolizowały duże sieci aptekarskie, z którymi apteki rodzinne nie mogły konkurować. Marzena z Krakowa, 50-latka z cukrzycą i chorym kręgosłupem, zauważa jednak nie tylko minusy dużych aptek. – Leki mocno potaniały, bo apteki muszą ze sobą konkurować. Często idąc od jednej do drugiej, można znaleźć wybrane lekarstwo o połowę tańsze – zwraca uwagę. Czy tak będzie teraz, gdy część aptek zniknie, a nowych będzie mniej? Okaże się już wkrótce.

Sonia Grodek

Śledztwo w sprawie pożaru, który zniszczył cztery firmy w Southampton

0

W czwartek, 20 kwietnia w Southampton wybuchł pożar. Ogień zajął aż cztery firmy.

Strażacy spędzili 24 godziny na miejscu zdarzenia. Do pożaru doszło na Empress Road. Policja zamknęła drogę, a pracownicy pogotowia ratunkowego poradzili mieszkańcom, aby pozamykali drzwi i okna.

Pomimo, że ugaszono pożar strażacy pozostali na miejscu w celach bezpieczeństwa do następnego dnia rano. W akcji wzięły udział brygady strażackie z Redbidge, Eastleigh, Cosham, Romsey i StMary’s. Według świadków pożar wybuchł w jednym samochodów w zakładzie mechaniki samochodowej. W sumie w pożarze spłonęły cztery zakłady. Policja prowadzi śledztwo w tej sprawie.