Start Wiadomości Supermarkety w UK walczą o klientów

Supermarkety w UK walczą o klientów

791
0
PODZIEL SIĘ

Brytyjskie supermarkety kontynuują walkę na ceny produktów i zabiegają o względy klientów. Ten rok to sporo dobrych zmian, jednak wciąż trzeba być czujnym, by nie przepłacić.

Na początku roku właściciel linii EasyJet otworzył sklep EasyFood. W lutym w pierwszym, londyńskim oddziale można było kupić wszystko za 25 pensów, więc od razu pojawiły się głosy, że sieć zagrozi supermarketom.

– W większości sklepów na tygodniowe zakupy wydaję ok. 30 funtów, tu zapłaciłam ok. 15 funtów – wspomina 29-letnia Justyna, recepcjonistka z Ealingu, która pracuje obok sklepu położonego w północno-zachodnim Londynie, blisko Park Royale. – Zupa i drugie danie dla czteroosobowej rodziny kosztuje ok. 2 funtów. Naprawdę trudno to będzie przebić konkurencji. Owszem, wybór jest ograniczony i po paru tygodniach towary się nudzą, ale stale tu wracam – mówi. Od tego czasu EasyFood podniosło ceny do ok. 50 pensów i wprowadza ubrania czy kosmetyki, planując równocześnie otwieranie kolejnych oddziałów. Jego pojawienie się zagraża konkurencji, która i tak robi co może, by zatrzymać u siebie klientów. W styczniu właściciel EasyJet otworzył też pierwszy oddział EasyCoffe na Earl’s Court. Każda kawa kosztuje tu 1 funt, co ma być ciosem dla drogich, sieciowych kawiarni.

Po co przepłacać

Na podobny pomysł w zeszłym roku wpadła 20-letnia Charlotte Danks z Kornwalii, która otworzyła tam sklep Bargain Brand Food. Większość produktów kosztuje w nim 25 pensów (najdroższa rzecz w sklepie to 2 kg curry za 2,50 funta). Wszystko pochodzi z odzysku – gdy inne supermarkety muszą zwolnić miejsce w magazynie na nowe produkty i wyrzucają te, których data ważności jeszcze nie minęła, Charlotte skupuje je i sprzedaje tym, którzy potrzebują taniego posiłku. W jej sklepie można kupić nie tylko podstawową żywność, ale też np. jedzenie dla kota czy farbę do włosów. – Fantastyczny pomysł. Najbiedniejsi nie chcą jeść tylko makaronu z sosem z puszki, dlatego fajnie, że można zrobić zwykłe, pełnowartościowe zakupy, zapłacić 5 funtów i wyjść ze sklepu z pełnymi siatkami – uważa 30-letni Szymon, który szuka pracy w Kornwalii i z radością powitał ten sklep. Tak tanie markety pozwalają zrobić zakupy osobom, które korzystały wcześniej z banków żywnościowych. Ale chodzą do nich też bogatsi, którzy nie widzą powodu, by płacić za makaron, cukier czy olej więcej niż to konieczne.

Coraz chętniej wybierane

A co się dzieje u konkurentów EasyShop czy Bargain Brand Food? Aldi i Lidl w ciągu ostatniego roku zbudowały łącznie 100 sklepów, zapewniając kilka tysięcy miejsc pracy. To one wygrywają teraz w badaniach na temat: „Gdzie najchętniej robimy zakupy?”. Tylko w zeszłym roku o 17,7 proc. więcej z nas odwiedziło Aldi, a o 14,4 proc. więcej zaczęło kupować w Lidlu. – To dobre rozwiązanie, jeśli chce się kupić pieczywo, mleko czy warzywa. Do dyskontów można wyskoczyć nawet w kapciach. Wiadomo, chleb pozostawia jakościowo wiele do życzenia, ale jest tani i zawsze chrupiący – podkreśla Justyna. I choć narzekamy na mały wybór, brak wystroju i kiepską jakość, to i tak sieci te notują największy wzrost sprzedaży i ilości osób robiących zakupy. W tym czasie w pozostałych supermarketach klientów ubywa. Powód jest prosty. Z zeszłorocznego badania mySupermarket wynika, że Aldi ma najlepsze ceny ze wszystkich jeśli chodzi o mięso, produkty puszkowane, gotowe posiłki, nabiał i pieczywo. W kategorii słodyczy wygrała Asda, płatków śniadaniowych i kosmetyków – Waitrose, a najtańsze owoce, warzywa, mrożonki i napoje sprzedaje Morrisons.

Problemy supermarketów

Ekspansja dyskontów odbija się na największych sieciach. Szefostwo Tesco przyznało, że w zeszłym roku zamknęło więcej sklepów niż otworzyło. Sainsbury od 27 kwietnia wycofało się z własnych kuponów promocyjnych, co pociągnęło za sobą niespotykany wcześniej ruch – Tesco ogłosiło, że będzie przyjmować kupony konkurencji. Coraz większe problemy ma też ASDA. W tym roku 15 nowych sklepów ma otworzyć sieć sprzedająca tanie ubrania Pep&Co. To kolejne oddziały, które dołączą do 50 otwartych rok temu. To cios dla ASDA, która obok Primarku starała się zmonopolizować handel ekstremalnie tanimi ubraniami.

– Dla nas to dobre wiadomości. Uwielbiam to, że mogę po pracy kupić sobie nową sukienkę czy spodnie za 5 funtów. Ale nie jestem przywiązana do konkretnej sieci, chętnie wypróbuję nową – tłumaczy 34-letnia Bożena, pakowaczka w fabryce w Plymouth. Najlepiej z dużych graczy radzi sobie Sainsbury, choć i ta sieć otworzyła w całym kraju zaledwie 10 nowych sklepów w 2015 roku. Sieci biją się o klientów i tną ceny. Przynajmniej w teorii. – Nie zauważyłam, żebym wydawała na jedzenie mniej niż rok czy dwa lata temu. Więc gdzie są te wielkie obniżki – pyta retorycznie 33-letnia Katarzyna z Leeds, mama trójki dzieci i kelnerka. Rzeczywiście, mimo zapowiadanej wojny cenowej, od zeszłego roku ceny spadły o zaledwie 0,4 proc. To oznacza, że sieci starają się zrobić wrażenie najtańszych, ale i tak mają swoje sposoby, by odrobić straty.

Taniej, czyli drożej

Potwierdza to Competition and Markets Authority, czyli organizacja, która sprawdza uczciwość praktyk stosowanych przez supermarkety. W tym roku najgorsze praktyki zarzucono sieci ASDA. Mało brakowało, a sprawa by trafiła do sądu, jednak póki co skończyło się na wycofaniu mylących reklam i promocji. Chodziło o częste przypadki podnoszenia na kilka dni cen, by potem sieć ogłosiła wielką obniżkę (czyli de facto cenę wyjściową), a także oszukiwanie przy ofertach typu „buy 1 get 1 free”. W raporcie CMA opisano przypadek, gdy sieć sprzedawała butelkę szamponu za 1 funt, a dwie w „promocyjnej cenie” 3 funtów. To samo dotyczy też warzyw. Tu klienci są szczególnie skołowani, bo sklepy sprzedają warzywa czy owoce na sztuki, wagę, ale też w opakowaniach po 200, 400, 500 czy 800 gram i najczęściej nie sposób porównać cen ani zdecydować, czy płacimy za dużo. Tu w planach jest wprowadzenie standardowych opakowań (np. 1 kg), by ułatwić klientom rozeznanie. Wniosek? Póki co, robiąc zakupy nie możemy niestety tracić czujności. Nadal warto uważnie porównywać ceny.

Dobre wiadomości

Zakupy w gigantycznych hipermarketach przy mniejszych, a często i tańszych, alternatywach powoli odchodzą do lamusa. – Idę do Tesco jak urządzam imprezę czy przed świętami, bo można tam kupić wszystko za jednym razem. Ale na co dzień nie mam na to czasu. Samo zaparkowanie i szukanie potem auta na wielkim parkingu trwa pół godziny. Na wizytę w sklepie schodzi mi całe popołudnie. Wolę mniejsze sklepy – tłumaczy Justyna. Podobne zdanie ma coraz więcej z nas, a niektórzy nawet przewidują, że przy tak dużym nasyceniu rynku sieciami, które sprzedają podobne do siebie produkty, niedługo nadejdzie czas jeszcze mniejszych, autorskich i osiedlowych sklepików.

– Rzeczywiście mi ich brakuje. Zakupy w Aldi czy Lidlu są świetne, ale ile można jeść w kółko to samo. Mogłabym nawet zapłacić trochę więcej, byleby mieć nieco większy wybór i może trochę ciekawsze towary lepszej jakości – przyznaje Justyna. Jak widać, dla największych sieci szykują się ciężkie czasy. Wniosek? „Wielka czwórka” brytyjskich supermarketów w najbliższych miesiącach będzie się musiała mocno wysilić, by przyciągnąć nas z powrotem. A to może oznaczać jeszcze bardziej zaciętą wojnę na ceny, a dla nas… coraz większe oszczędności.

Sonia Grodek