Start Wiadomości Smog i hałas, czyli zabójczy Londyn

Smog i hałas, czyli zabójczy Londyn

678
0

Gdy słyszymy o zagrożeniach związanych z życiem w Londynie, od razu przychodzą nam do głowy statystyki dotyczące wypadków komunikacyjnych bądź przestępczości. Ale w tym mieście może nas zabić zupełnie coś innego…

Jasne, że inaczej się żyje w Londynie niż w małej wsi w okolicach Rzeszowa, ale czy na pewno jest tak bardzo niebezpiecznie? Media gorliwie serwują nam informacje nt. przestępstw, śmiertelnych wypadków samochodowych i zagrożenia terroryzmem, pomijając zupełnie fakt, że Londyn może nas uśmiercić w sposób „nieoczywisty”. Warto spojrzeć na to poważne zagadnienie z nieco innej strony.

Nie taki diabeł straszny

Wydaje się, że im większe miasto, tym większe zagrożenie przestępczością. Okazuje się jednak, że wbrew pozorom będziesz bezpieczniejszy w Londynie niż gdybyś wyprowadził się do… Warszawy. Wg badania ONZ sprzed 2 lat, do połowy wszystkich zabójstw na świecie dochodzi w Ameryce Południowej i Afryce. W Polsce jest generalnie bezpiecznie, ale w Warszawie dochodzi dwukrotnie częściej do morderstw niż w Berlinie i Londynie.

Poza tym, to nie stolica Wielkiej Brytanii jest najbardziej zagrożonym miastem, biorąc pod uwagę przestępczość. Wg statystyk okazuje się, że najniebezpieczniejszym miastem jest Boston. To właśnie w Bostonie popełnianych jest rocznie więcej morderstw niż w Londynie czy Manchesterze. Choć, jeśli wierzyć „Boston Globe”, od roku liczba przestępstw regularnie spada. A co z Londynem? Na liście najbardziej „morderczych” brytyjskich miast zajął dopiero drugie miejsce, trzecie – Gloucester, a następne Blackpool i Lincoln.

Mimo natężenia ruchu drogowego w Anglii, w Polsce ginie prawie dwa razy więcej osób w wypadkach drogowych niż w Zjednoczonym Królestwie, chociaż tutaj mieszka dwa razy więcej osób i więcej z nich jeździ samochodami. Dodatkowo, jak podają statystyki Transport for London, okazuje się, że w ciągu ostatnich 10 lat liczba śmiertelnych i ciężkich wypadków została znacznie zredukowana, prawie o połowę. Wg ostatnich badań w Londynie w 2015 r. zginęło w wypadkach komunikacyjnych 141 osób. Szacuje się, że w Warszawie było to średnio ponad 200 osób, choć stolica Polski jest kilkukrotnie mniejsza. Skoro więc nie przestępczość i wypadki komunikacyjne, to co nam może zagrażać w Londynie?

Wielki jak smog

Mniej więcej 64 lata temu w dniach 5-9 grudnia 1952 r. Londyn nawiedziły gęste mgły. Mieszkańcy, przyzwyczajeni do takich warunków pogodowych, po prostu palili intensywniej w piecach, by ogrzać mieszkania i biura. Normalne o tej porze roku. A jednak niezupełnie – powietrze zostało skażone wielkimi ilościami gazów oraz pyłu węglowego. To spowodowało ponad 4 tys. zgonów, do których doszło w wyniku wdychania smogu. A w ciągu kolejnych tygodni dalsze 8 tys. osób zmarło z powodu ostrej niewydolności oddechowej. Panika związana z tą tragedią była powodem uchwalenia ustawy o czystym powietrzu w 1956 r., co doprowadziło do znacznej poprawy warunków życiowych w Londynie oraz redukcji emisji szkodliwych gazów w pozostałych miastach Wielkiej Brytanii.

Wydawałoby się, że Londyn po wielkim smogu poradził sobie z zanieczyszczeniami. Ale dzisiejszy smog to coś zupełnie innego. To samochody, które wydzielają trujący dwutlenek azotu (NO2). Ten niebezpieczny gaz przyczynia się do powstawania przewlekłych chorób układu oddechowego, w tym przede wszystkim astmy oskrzelowej. Eksperci szacują, że w Londynie, na skutek powikłań związanych z wdychaniem NO2, każdego roku umiera nawet 9 tys. ludzi.

– W dzisiejszych czasach nie widać zanieczyszczenia i nie można go powąchać, więc nie myśli się o tym, że jest ono obecne. Ale ono istnieje – twierdzi Duncan Mounsor z Enviro Technology Services, firmy zajmującej się monitoringiem skażenia powietrza. – Tyle się mówi o korzystaniu z transportu publicznego, wprowadza „dni bez samochodu”, inwestuje w rowerowe huby, ale czy jazda rowerem po Londynie jest bezpieczniejsza dla zdrowia – zastanawia się Jacek Haleń z Hammersmith, zapalony rowerzysta. – Co prawda w artykule na ten temat na stronie internetowej NHS-u nie ma jednoznacznej odpowiedzi, czy jazda rowerem po zadymionych ulicach niesie ze sobą więcej szkody czy pożytku dla zdrowia, ale chyba nie bez powodu ukuto frazę „suicidal cycling” dotyczącą fanów tego środka transportu poruszających się po londyńskich ulicach. Nasuwa się więc pytanie, czy można w jakikolwiek sposób uniknąć niebezpieczeństwa związanego z zadymionym miastem?

– Przy zatruciu NO2 zda egzamin jedynie uświadamianie londyńczyków, żeby przesiedli się do komunikacji miejskiej, głównie szynowej, a jeśli muszą korzystać z samochodu, to niech starają się umówić ze znajomymi jeżdżącymi w tym samym kierunku, żeby wyeliminować problem samochodów z jedną osobą w środku – doradza absolwentka urbanistyki Uniwersytetu Warszawskiego, Alicja Kruk. – Można apelować także do mieszkańców miasta, by nie wychodzili z domu, jeśli nie muszą, a jeśli jest to konieczne, żeby używali maseczek na twarz. Możemy się z tego śmiać, ale warto pomyśleć o wynikach następującego badania: w odkurzaczu, który zasysał powietrze z dworu, umieszczono wacik. Obliczono, że objętość zassanego powietrza odpowiada 2-3 dobom wdychania smogu. Odkurzacz pracował przez 5 minut. Po wyjęciu wacik był szaro-czarny. Nasze płuca też mogą tak wyglądać. Dlatego maseczka, nawet jeśli „obciachowa”, jest lepszym wyborem.

Ciszej tam!

Hałas nie tylko męczy. Nowe badania sugerują, że może to również prowadzić do przedwczesnej śmierci. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) opublikowała raport łączący przewlekłe narażenie na hałas (np. stałego szumu ruchu za oknem sypialni) z chorobami serca. Wyniki sugerują, że przewlekły hałas przyczynia się do około 210 tysięcy zgonów rocznie na całym świecie. W jaki sposób? Wibracje uruchamiają mechanizm ostrzegania w organizmie, nawet podczas snu, podnosząc poziom hormonów stresu, takich jak kortyzol i adrenalina. Utrzymywanie ich w obiegu może prowadzić do zwiększenia ryzyka wystąpienia udaru mózgu, chorób serca i wysokiego ciśnienia krwi. Profesor Deepak Prasher z University College w Londynie, współprowadzący badania w Royal Surrey County Hospital, skomentował w New Scientist: „Do tej pory hałas traktowaliśmy po macoszemu, a okazuje się, że ma on ogromny wpływ na nasze zdrowie. Wszystko to dzieje się niezauważalnie.

Nawet jeśli uważasz, że jesteś przyzwyczajony do hałasu, te zmiany fizjologiczne nadal trwają”. Mieszkasz w Londynie? To masz pecha, zwłaszcza gdy twoje lokum znajduje się np. w Westminsterze – Westminster jest jedną z siedmiu londyńskich gmin, które znalazły się w pierwszej dziesiątce najgłośniejszych miejsc w całej Wielkiej Brytanii. Na drugiej pozycji znajduje się Haringey. Gmina Tower Hamlets uplasowała się na trzecim miejscu. To dane sprzed kilku lat. Ostatnio gminy te przebiła wdzięcznie wyglądająca uliczka Myrtle Avenue (Hounslow), która może wydawać się idealnym miejscem do życia: przedmieście, niewielkie domki, wystrzyżone trawniczki, słowem – sielanka. Ocena jednak zmienia się diametralnie, gdy uświadomimy sobie, że osiedle znajduje się ok. 100 m od południowego pasa startowego lotniska Heathrow. Tuż nad głowami mieszkańców, mniej więcej co minutę, przelatują największe samoloty świata, średnio ok. 1200 dziennie. Jeśli poziom hałasu wzrasta ponad 94 decybele w ciągu dnia i 87 decybeli w nocy, linie lotnicze płacą kary.

Ale to nie znaczy, że przy mniejszym zanieczyszczeniu hałasem mieszkańcy Myrtle Avenue są bezpieczni. Przyjmuje się, że natężenie powyżej 70 decybeli powoduje niekorzystne zmiany wegetatywne w organizmie, a zaledwie o 20 punktów większe – ubytek słuchu. – Nie trzeba jednak mieszkać przy Myrtle Avenue, żeby narażać się na uszkodzenie słuchu i stresy. Moi znajomi mieszkają przy Faggs Road i też narzekają. A najciekawsze jest to, że mimo warunków zagrażających zdrowiu, ceny nieruchomości w okolicy nie spadają – zastanawia się Małgorzata z North Feltham.

Widać nie wszyscy wiedzą, jak zabójczy może być hałas.

Ale pyszne

Jeśli uda ci się uciec przed ulicznymi spalinami i zgiełkiem i z ulgą klapniesz na krzesło w jednej z kilkunastu tysięcy londyńskich restauracji, nie oznacza, że jesteś bezpieczny. Może się okazać, że zamiast skonsumować pyszne danie, sam zostaniesz jego… ofiarą. Zwłaszcza gdy wybierzesz etniczną restaurację, która serwuje oryginalne dania. Jakie masz perspektywy? Nie umrzesz, co prawda, z powodu paraliżu, gdy zamówisz rybę fugu (niedostępna w Londynie), ale jeśli gustujesz w owocach morza, możesz również zostać zabity przez Sannakij – to odmiana ośmiornicy podawanej na surowo. Mimo że jej macki są pokrojone, nadal się poruszają! Konsumujący musi więc bardzo uważać, by przyssawki nie przykleiły się do przełyku, bo mogą go najzwyczajniej w świecie udusić. To budzące skrajne emocje danie można spożyć w kilku azjatyckich restauracjach w Londynie „of the menu”, ponieważ oficjalnie jest zakazane.

Jesteś wegetarianinem? Nadal nie możesz czuć się bezpiecznie – wystarczy, że skosztujesz ackee, czyli bligii pospolitej. Jej skórka i nasiona zawierają trującą substancję o nazwie hipoglicyna. Można go spożywać po całkowitym usunięciu nasion. Spożycie skażonego trucizną miąższu wywołuje Jamajską Chorobę Wymiotną, która może być śmiertelna. Wolisz tylko sprawdzoną polską kuchnię? To upewnij się, że do przygotowania ciasta z rabarbarem, które z apetytem pałaszujesz zostały użyte tylko łodygi, a nie liście tego warzywa. Wg National Library of Medicine jedzenie ich wywołuje mnóstwo skutków ubocznych: pieczenie w jamie ustnej i gardle, nudności, wymioty, drgawki, a nawet śmierć. Ze strachu przerzucisz się na ciasto z wiśniami? Wydają się być nieszkodliwe, ale już ich pestki mogą narobić problemów. Zawierają one związki cyjanogenne, które zamieniają się w cyjanek po rozgnieceniu. W razie przypadkowego połknięcia pestki, nie przejmuj się – nie są one trujące, gdy spożywamy je w całości. Należy tylko pamiętać, aby uniknąć tych pokruszonych. Już jedna może nas otruć.

Nawet jeśli zrezygnujesz z jedzenia w mieście, pozwalając sobie tylko od czasu do czasu na dobrą kawę, pamiętaj, że i w osławionych kawiarnianych sieciach czyha niebezpieczeństwo pod postacią gałki muszkatołowej i… cynamonu. Gałka przyczyniła się niedawno do kilku poważnych zatruć na terenie USA, ponieważ zawiera mistrycynę, której nadmiar, według Journal of Medical Toxicology może zabić. Warto stosować ją jako przyprawę, ale spożywana w dużych ilościach może być niebezpieczna. Podobnie cynamon, lekki, drażniący pył, trudny do przełknięcia lub wyplucia. Wdychając go, można narazić się na stany zapalne i blizny w płucach, wymioty, kaszel, zadławienie, a nawet śmierć.

Zanim jednak zrezygnujesz z cynamonowej chmurki rozpylanej hojnie nad cappuccino, intuicja podpowie ci, że statystycznie na pewno częściej można zginąć w stolicy Anglii od noża w brzuchu czy pod kołami samochodu niż z powodu uduszenia przez macki ośmiorniczki. Warto jednak mieć świadomość, że niebezpieczeństwo może czaić się dosłownie wszędzie, nawet na deserowym talerzyku. Zwłaszcza że w Wielkiej Brytanii może uśmiercić cię coś, co w założeniu ma nas chronić, czyli samo prawo. A to dlatego, że nadal są w mocy historyczne przepisy, które mówią, iż można zabić Szkota w mieście York (co prawda musi mieć on przy sobie łuk i strzałę). Albo te, który mówią, że musisz wpuścić do domu każdego, kto do ciebie zapuka i powie, że chce skorzystać z toalety. Ochronić cię może tylko jeden. Ten, który mówi, że nie wolno umierać w gmachu parlamentu. Bo przecież nie chcesz chyba łamać prawa?

Anna Dobiecka