Start Wiadomości Przestaniemy marnować jedzenie?

Przestaniemy marnować jedzenie?

644
0
PODZIEL SIĘ

Rocznie wyrzucamy na śmietnik 7 milionów ton jedzenia, z czego połowa wciąż nadaje się do spożycia. Średnio każdy dom traci na tym rocznie 470-700 funtów. Na szczęście sytuacja zaczęła się zmieniać.

Wiem, że wyrzuca się olbrzymie ilości towarów – przyznaje 29-letnia Patrycja, magazynierka w dużym markecie w Dublinie, która zajmuje się m.in. utylizowaniem „spadów”. – Gdy zostanie nam siedem kilogramów sałatki lub drogich papryczek w zalewie, nie możemy ich rozdać bezdomnym, którzy mieszkają za rogiem. Musimy włożyć wszystko do pojemnika za sklepem, bo inaczej będziemy mieć kłopoty – opowiada.

Zagadka sałatki

Z takich praktyk marketów do tej pory chętnie korzystali freeganie, dla których skrzynka za sklepem była rajem. – Nie wiedziałem, że to się tak nazywa. Po prostu przyjechaliśmy kiedyś z kumplem do Londynu grać na ulicy i nie mieliśmy co jeść. Siedzieliśmy pod sieciową kawiarnią, gdy kolega zauważył, że te same sałatki czy ciasta stoją tam nienaruszone przez wiele dni, po czym znikają i na ich miejsce pojawiają się nowe. Sprawdziliśmy za sklepem i od tej pory w każdym mieście staram się nie kupować jedzenia – wyjaśnia. Tamtego dnia we dwoje mieli do zjedzenia 10 kanapek z tuńczykiem, żurawiną i serem pleśniowym, sałatki, całe ciasto cytrynowe i kilogram brownie.

Są jednak i tacy, którzy traktują to zjawisko nie jako konieczność, ale rodzaj świadomego buntu. – Pracowałam kiedyś w bardzo drogiej restauracji, w której obiad kosztował kilkadziesiąt funtów. Codziennie wyrzucaliśmy np. pół pieczeni, lekko wyschnięte ziemniaki i sałatki, litry lemoniady, otwarte wina, pasztety, quiche i ciasta. Nic nam nie wolno było „dotknąć”, wszystko musieliśmy spakować do czarnych worków i wystawić. Od tamtej pory prawie co wieczór jadam wyłącznie w najlepszych restauracjach, tyle że sprawdzam najpierw śmietnik i prawie zawsze znajduję coś ciekawego – przyznaje. Sporo jedzenia wyrzucają też sieciowe lokale – w niektórych istnieje zasada mówiąca, że hamburger nie może leżeć dłużej niż 10 minut, a frytki muszą zniknąć po 7 minutach od przyrządzenia. Tony fast-foodów dziennie lądują w koszu.

Ludzkie supermarkety

Ostatnio sytuacja zaczyna się jednak zmieniać. W Danii w lutym powstał pierwszy supermarket, który oferuje jedzenie… z przekroczoną datą ważności. Okazuje się bowiem, że większość producentów bardzo ostrożnie podaje daty przydatności do spożycia. Szczególnie dotyczy to np. hermetycznie zapakowanej kawy, makaronu, orzechów, ryżu czy mrożonek, które mogą nadawać się do jedzenia jeszcze wiele miesięcy po dacie. Z kolei w marcu Włochy wprowadziły prawo, które ma sprawić, że marketom będzie bardziej opłacało się oddać tonę warzyw biednym, niż ją składować i utylizować. Na Wyspach powstał nawet sklep internetowy Approved Food, który sprzedaje przecenione rzeczy zbliżające się do daty ważności, ale przydatne do spożycia jeszcze przez kilka tygodni albo miesięcy. Większość sklepów już wtedy się ich pozbywa z półek.

Krzywe warzywa w modzie

Sainsbury już od dawna ma portal, na którym podaje przepisy na dania z resztek i sposoby na przedłużenie świeżości zakupów. Jednak największy krok zrobiło w tym miesiącu Tesco. Sieć wyliczyła, że rocznie wyrzuca 55.400 ton jedzenia, z czego 30 tys. ton mogłoby spokojnie trafić na stoły. Do końca roku 14 sklepów zacznie oddawać żywność organizacjom charytatywnym, by te przekazały je potrzebującym. Ma to objąć też centra dystrybucji, a nawet dostawców. Wiadomo bowiem, że markety mają wyśrubowane normy dotyczące np. koloru jabłek czy kształtu marchewki.

Warzywa i owoce, które nie są idealnie kształtne, od teraz będą mogły trafić do biednych, zamiast na kompost. Najdalej poszła Asda, która wprowadziła do sklepów „krzywe” banany i niestandardowe marchewki. Od teraz klienci mogą wybrać, które warzywa chcą kupić. Jeśli portfelami zagłosują na te „gorsze”, sieć opuści część surowych restrykcji, jakim dziś poddają warzywa, resztę z nich skazując często na śmietnik. Podobne kroki podjęła już większość dużych sieci. – Tyle się mówiło o słynnych „krzywych bananach”, które nie spełniają unijnych norm, że zaczęliśmy wyrzucać tony zupełnie dobrych owoców i warzyw. Może wreszcie wrócimy do normalności… – zastanawia się 30-letni Marcin, aktywista ekologiczny i student z Dublina.

Restauracje przyszłości

Skoro tyle jedzenia można znaleźć dziś za lokalem czy sklepem, to czy w ogóle opłaca się chodzić do restauracji? Na pewno opłaca się chodzić do nowego rodzaju restauracji non-profit, z których pierwsza powstała dwa lata temu w Bristolu. Można w niej dostać posiłek przygotowany z tego, co wyrzuciły inne restauracje i sklepy. „Dostać” to dobre słowo, bo zapłatą może być dowolna kwota, ale też czas przepracowany na rzecz restauracji, opowiedziany żart czy… dobre słowo.

– Zbieramy jedzenie od razu po jego wyrzuceniu. Gdyby nie my, zmarnowałoby się. Oczywiście bardzo dbamy o higienę i bezpieczeństwo. Od razu po znalezieniu jedzenie trafia do lodówki – tłumaczy Sam Joseph, współtwórca restauracji. Część żywności pochodzi też z darowizn od rolników czy firm. Przykładowy jadłospis? Łosoś w sosie z białego wina, homar w słodkim pieprzu czy kiełbaska z pomidorami i tostem. W tym samym czasie podobny lokal powstał w Leeds, a pod koniec lutego taką jadłodajnię otwarto po raz pierwszy w londyńskim Nothing Hill. Tu jednak potrawy są ekologiczne i wegetariańskie, a poza tym nie można już płacić za nie uśmiechem.

Czy to jest zdrowe?

Warto wiedzieć, jaka jest różnica pomiędzy towarami z datą przydatności do spożycia a takimi, które mają datę „najlepiej spożyć przed”. Te pierwsze to np. mięsa, jajka czy owoce, które po określonej dacie mogą nam zaszkodzić. Te drugie to tylko sugestia producenta. Herbata po takim terminie może zwietrzeć i nieco gorzej smakować, ale odpowiednio przechowywana wcale nie musi. Mikrobiolog Iaim Haysom zdradził ostatnio na łamach „The Guardian”, że zjadł płatki owsiane z lat 60. i smakowały zupełnie zwyczajnie. Angela Hartnett, kucharka i restauratorka, dodała: – W pracy ludzie mi płacą za to, że używam najlepszych produktów. Nie podaję więc produktów niepełnowartościowych. Ale w domu nie wyrzucam zwiędłej sałaty do kosza, tylko wykorzystuję – przyznaje.

Co z resztkami?

Jednak nie tylko sklepy wyrzucają za dużo. To samo dotyczy naszych domów. – Nie lubię wyrzucać jedzenia, nie jestem do tego przyzwyczajona. W moim domu było dużo zasad z tym związanych, np. nie wolno było nie dojeść obiadu lub wyrzucać chleba – opowiada 35-letnia Karolina, mama z Wembley. Przyznaje jednak, że na Wyspach ma z tymi zasadami problem. – Staram się robić oszczędne zakupy, a i tak zawsze przy różnego rodzaju porządkach wyrzucam z szafek tony niezużytego jedzenia, często przeterminowanego. Czasem łapię się na tym, że kupuję trzy opakowania w cenie jednego, myśląc, że oszczędzam. Potem zjadamy pół, a pozostałe dwa i pół opakowania ląduje na śmietniku – stwierdza. Ma jeszcze jeden problem. – W małym mieście chleb rzucało się gołębiom, na wsi owoce i warzywa lądowały w kompoście, resztki obiadu – dla kota. Tu nie wypada nic wyrzucić na podwórko. Więc co mam zrobić z resztkami – zastanawia się.

Zimna krew w sklepie

Po pierwsze, musimy nauczyć się lepiej planować posiłki i chodzić na zakupy z realistyczną listą. Nie warto robić zbyt dużych zapasów, bo najprawdopodobniej i tak zapomnimy o paczkach poutykanych w szafkach i kiedyś będziemy musieli je wyrzucić. Warto też kupić opakowania, które pomogą przedłużyć świeżość: hermetyczne pojemniki na resztki obiadu czy zamykane torebki na sery i szynki. W dniu, gdy mija ważność produktu, możemy przedłużyć jego przydatność o 1-2 dni, robiąc z niego danie i je mrożąc na jutro. Jeśli nie jesteśmy w stanie zapanować nad marnotrawstwem, lepiej kupujmy małe porcje produktów niż wielolitrowe butle napojów czy kilogramy mięsa. Sieć jest pełna pomysłów na dania z resztek. Być może warto również odszukać PRL-owskie książki kucharskie, które są przecież pełne pomysłów na sałatkę z ugotowanego ziemniaka, zwiędłego pora i skrawków szynki czy ciasto z kakao, masła i herbatników. Na stronie organizacji lovefoodhatewaste.com można znaleźć przepisy, miarkę porcji do przyrządzania posiłków oraz cenne porady na temat, jak skończyć z marnowaniem jedzenia.

Biedni podziękują

A co, jeśli jest już za późno i znów mamy worek pełen produktów, których nie będziemy w stanie zjeść przed datą ważności? W Wielkiej Brytanii co cztery dni powstaje bank żywności, do którego można oddać niepotrzebne jedzenie. Zajmują się tym też takie organizacje, jak The Trussel Trust czy Fare Share. Osoby, które nie mogą patrzeć na kartony napojów i całe chleby leżące pod śmietnikiem, mogą zorganizować zbiórkę na osiedlu lub ulicy z pomocą FoodCycle. Zbiórki co jakiś czas ogłaszają też polskie parafie. Wreszcie warto rozejrzeć się w swoim najbliższym otoczeniu – być może zamiast wyrzucać resztki obiadu lub ciasta, możemy zanieść je samotnemu sąsiadowi. A co stanie się z czekoladkami czy niedojedzonym chlebem, jeśli wrzucimy je do pojemnika z napisem „food waste”? W większości zostanie przerobiona na… energię elektryczną. Nie warto więc wrzucać tam drogich czy jeszcze zdatnych do użycia produktów, a raczej obierki i inne organiczne śmieci.

Najczęściej chleb

A jak na tym tle wypada Polska? Marnuje się tam 9 mln ton żywności rocznie, z czego większość przy produkcji, 2 mln w domach, a 350.000 ton w sklepach i restauracjach. W przeliczeniu na mieszkańca sytuuje to kraj nad Wisłą na piątym miejscu w Europie, za Wielką Brytanią, Niemcami, Francją oraz Holandią. Według badań MillwardBrown sprzed dwóch lat, co trzeci Polak przyznaje się do wyrzucania żywności, najczęściej chleba. Do niedawna sytuacja była wręcz patologiczna, bo przedsiębiorcy oddając biednym np. bułki pozostałe w piekarni na wieczór narażali się na… karę. Na szczęście przepisy zostały zliberalizowane i od trzech lat jest już nieco lepiej.

– Szef pozwala zostawiać wieczorem kanapki z rana dla biednych. To dobry pomysł, dziwne, że nie wszyscy tak robią – zauważa 27-letnia Kamila, pracownica cukierni na warszawskim Ursynowie, przed którą regularnie można zobaczyć karton pełen kanapek podpisany „częstuj się”. Za walkę z marnowaniem jedzenia zabrały się największe sieci sklepów, w tym Carrefour i Tesco. – Od października 2013 roku Tesco nawiązało partnerstwo z Federacją Polskich Banków Żywności i przekazuje nadwyżki żywności (owoce, warzywa i pieczywo) ze sklepów do lokalnych banków żywności. W ten sposób nie tylko stara się usprawnić swoje wewnętrzne procesy i tym samym ograniczyć ilość marnowanej żywności w swoich sklepach, ale także pomóc osobom potrzebującym” – czytamy w oświadczeniu sieci.

Obowiązek pomagania

A może być jeszcze lepiej, bo premier RP zapowiedziała pod koniec marca ustawę regulującą ten problem. Być może będzie to złożony już w sejmie pół roku temu projekt, zakładający nie możliwość, ale wręcz obowiązek dzielenia się nadwyżkami jedzenia z biednymi przez największe sklepy i firmy spożywcze. – Uwierzę jak zobaczę. To by było piękne, ale w najlepszym razie sklepy zaczną produkować mniej i szybko skończy się pomoc dla biednych – uważa Bohdan, 67-letni emerytowany malarz z Warszawy. Innego zdania jest Łucja, 22-letnia studentka zarządzania z Łodzi. – Rząd i tak w końcu musiałby się zająć głodnymi, więc gdy supermarkety pomagają, to opłaca się wszystkim. Cieszę się, bo w ten sposób można bardzo pomóc. A jeśli któryś sklep się nie zastosuje, to można go bojkotować, aż zacznie oddawać żywność – mówi. Poza bankami żywności w Polsce jedzenie można oddać też organizacji „Jedzenie Zamiast Bomb”, które w centrum stolicy od lat co niedzielę rozdaje potrzebującym ciepły posiłek przygotowany z tego, co ofiarują darczyńcy.

Dla całej planety

Ostatni powód, dla którego warto przestać wyrzucać jedzenie osobiście i zacząć naciskać w tym kierunku lokalne sklepy czy restauracje, został zaprezentowany w Barcelonie 7 kwietnia przez naukowców z Instytutu Klimatycznego w Poczdamie. Okazało się, że mniejsza ilość nigdy nie otwartych kiełbasek i zwiędłych marchewek w koszu może zmniejszyć emisję gazów cieplarnianych, a tym samym zahamować zmianę klimatu. Produkcja żywności to główny winowajca gazów cieplarnianych, a poziom emisji z produkcji jedzenia może się zmniejszyć o 14 proc., jeśli tylko rolnicy przestaną produkować „na zapas”, a następnie masowo wyrzucać. To samo dotyczy też spalin i szkodliwych zanieczyszczeń wytwarzanych przy przewożeniu, składowaniu i przetwarzaniu tego, co wyrzucą restauracje, sklepy czy poszczególne domy. Naukowcy alarmują, że 30-40 proc. produkowanej dziś na świecie żywności trafia do kosza zanim zostanie zjedzona.

Sonia Grodek