Start Polecane Problemy brytyjskiej służby zdrowia

Problemy brytyjskiej służby zdrowia

640
0

Europa się starzeje, a zatem i choruje. Teoretycznie powinna się też leczyć, ale z tym nie zawsze sobie dobrze radzi. Bo czasem „choruje” również system opieki zdrowotnej.

Każdego dnia ludzie umierają z podobnych powodów. Jak podaje amerykańskie National Center for Health Statistics, do 10 najczęstszych przyczyn należą: choroby serca, nowotwory, przewlekłe choroby dolnych dróg oddechowych, wypadki, udary, choroba Alzheimera, cukrzyca, grypa, zapalenie płuc, niewydolność nerek i… samobójstwa. Podobnie wygląda to w Europie. Eurostat podaje, że w latach 2004-2012 największe żniwo w krajach Unii zbierały nowotwory oraz choroby układu krążenia. Polacy umierają na raka płuc. Brytyjczyków, oprócz raka płuc, zabija niewydolność oddechowa oraz udary. Co ciekawe, u kobiet w Wielkiej Brytanii wysoki wskaźnik śmiertelności generuje demencja i choroba Alzheimera. Według raportów cytowanych przez Daily Mail on-line, demencja zabija Brytyjki trzy razy częściej niż rak piersi!

Nawet jeśli nie jesteś ciężko chory, to „największe szanse na to, aby umrzeć” masz… w sobotę. Dlaczego? Otóż według statystyk, to właśnie w weekendy przydarza się najwięcej wypadków. W wolne od pracy dni zwykle bawimy się, nierzadko przy alkoholu czy nawet pod wpływem innych środków, które mogą sprawiać, że łatwiej podejmujemy ryzykowne zachowania. Dodatkowo w weekendy system opieki zdrowotnej nie jest wydolny tak, jak w ciągu tygodnia. Zwykle nie pracują ambulatoria, diagnostyka i z powodu braku personelu na ogół nie planuje się zabiegów czy operacji. To wystarczy, by właśnie w soboty w latach 1999-2014 zmarło 39 mln Amerykanów…

Słabości NFZ

– Kiedy moją blisko 90-letnią babcię potrącił samochód, ortopedzi z powiatowego szpitala „poskładali” ją w kilka godzin, mimo że jej wiek nie rokował wyzdrowienia. Na szczęście jest silną osobą i wraca do siebie mimo tak poważnych urazów – opowiada Izabela, anestezjolog z jednego z londyńskich szpitali. – Tu w Anglii na własne oczy widziałam, że osób starszych po urazach dość często nie operuje się. Gdyby moja babcia trafiła do mojego szpitala, zapewne dostawałaby tylko morfinę, by uśmierzyć ból. Wątpię czy ktokolwiek zdecydowałby o operowaniu jej – przyznaje.

Pomimo tak chlubnych wyjątków, z polską służbą zdrowia nie jest najlepiej. Nad Wisłą nie radzimy sobie z gospodarowaniem budżetem. Koszty leczenia zmusiły obywateli w krajach, w których ludzie korzystają z publicznego lecznictwa, do określenia, co im się należy w ramach podstawowego, obowiązkowego ubezpieczenia, a za co muszą dopłacać z własnej kieszeni. W Polsce przy najcięższych i „najdroższych” chorobach nie decyduje ani koszyk usług podstawowych (bo nie istnieje), ani efektywność leczenia (bo nikt jej nie bada), tylko czasem ewentualnie nagłośnienie sprawy, jak np. w przypadku Kory, która od kilku miesięcy w mediach walczy o refundację leku, który powstrzymuje nawrót jej choroby. Miesięczna kuracja to koszt 24 tys. zł. Aczkolwiek i w tej sytuacji media nie pomogły. Kora od kilkunastu dni już wie, że jej lek nie będzie refundowany. Jeśli obecna cena leku się utrzyma, chore kobiety będą musiały czekać na wygaśnięcie okresu ochrony patentowej. Czyli nawet i 15 lat. Ale to nie wszystko.

Z raportów wynika, że z powodu raka szyjki macicy rocznie umiera 7 na 100 tys. Polek. Dla porównania: w Finlandii, Włoszech i Turcji są to mniej niż 2 kobiety na 100 tys. Podobnie jak w przypadku raka piersi, Polska i Estonia to kraje, w których tylko połowa kobiet przeżywa 5 lat od rozpoznania, podczas gdy w Norwegii to więcej niż 80 proc. I jednocześnie polskie ministerstwo zdrowia rezygnuje z finansowania ośrodków koordynujących, które działają w ramach „Narodowego programu zwalczania chorób nowotworowych”. Jak informuje „Gazeta Prawna”, badania przesiewowe nowotworów szyjki macicy i piersi będą od grudnia zamknięte.

Problem stanowi również przygotowanie potrzebnych kadr. Dramatycznie brakuje nad Wisłą lekarzy, a ci, którzy tam pracują, są coraz starsi. Obecnie spośród 127 tys. lekarzy aż 78 tys. ma więcej niż 45 lat. Za 10 lat, kiedy dzisiejsi studenci medycyny wejdą na rynek pracy jako specjaliści, ponad 20 tys. praktykujących teraz lekarzy będzie już na emeryturze. Kto więc ma wypełniać te luki? Ale to nie wszystko. NFZ nie potrafi poradzić sobie nawet z… darowiznami. – Pęka mi serce, gdy widzę, ile dla służby zdrowia robi Jurek Owsiak, ale rozumiem, dlaczego szpitale czasami odmawiają przyjęcia jego darów. Same urządzenia nie mają przecież wartości, gdyż potrzeba specjalistów do ich obsługi, pieniędzy na ich konserwację itp. Jeśli nie ma na to budżetu, kontrole stwierdzają marnotrawstwo i domagają się ukarania winnych. Kto tymczasem chciałby zostać ukarany – pyta retorycznie dr Izabela.

Chory NHS

Mieczysław trafił do Anglii na początku lat 80. Trzy lata po przybyciu zaczął źle się czuć. Osłabienie, omdlenia, dziwne grypowe bóle. – To była białaczka. Po diagnozie w ciągu trzech miesięcy byłem po przeszczepie szpiku. Lekarze zajęli się mną błyskawicznie. Zastosowali najnowsze metody leczenia. Takiej opieki jak tu na pewno nie miałbym w Polsce. Dzięki emigracji po prostu mam drugie życie i to dosłownie – przyznaje Polak. Dzisiaj jednak nie jest tak różowo. – Na szczęście choroba już nie wróciła i zostałem uznany za wyleczonego, ale widzę, że teraz „słabnie” sama służba zdrowia. Jak to jest, że z zapaleniem oskrzeli mogę umówić się na wizytę dopiero po dwóch tygodniach, skoro widzę, że moja przychodnia ostatnio wydłużyła czas przyjęć pacjentów o trzy godziny dziennie – głowi się 65-latek.

– Gdy moja szwagierka rodziła dziewięć lat temu, miała zapewnioną tłumaczkę na czas porodu, oddzielny pokój, opiekę położnej, obecność męża i wszystko, czego sobie zażyczyła. Gdy trzy lata temu rodziła moja siostra, leżała na wspólnej sali i jeszcze proszono ją o pomoc, by tłumaczyła, o co chodzi innej Polce. W ciągu kilku lat tak spadła jakość usług – komentuje Martyna z Greenhithe.

Brytyjski NHS jest piątym co do wielkości pracodawcą na świecie. Zatrudnia aż 1,7 mln osób. O kryzysie w jego strukturach mówi się już od dawna, jednak ostatnie wydarzenia wskazują, że radykalne zmiany są konieczne. Niektórzy politycy z łatwością wskażą imigrantów jako winnych całego nieszczęścia. Ze śledztwa przeprowadzonego przez „Daily Mail” wynika, że imigranci z Europy Wschodniej, którzy posiadają Europejskie Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego wydane na Wyspach, wyjeżdżają do ojczystego kraju i tam poddają się drogiemu leczeniu, za które płaci NHS. Ale nie ten fakt wydaje się być głównym problemem brytyjskiej służby zdrowia. Z danych wynika, że w NHS brakuje 75 tysięcy lekarzy i pielęgniarek, a blisko 45 tys. początkujących lekarzy strajkowało pod koniec kwietnia w całej Wielkiej Brytanii. Młodzi lekarze nie godzą się na propozycje ministra zdrowia, który chce m.in. ograniczyć wypłaty za nadgodziny w weekendy, zmniejszyć elastyczność ich pracy oraz uzależnić wysokość zarobków od postępów w nauce zawodu. Ponad połowa lekarzy zapowiada, że w przypadku niespełnienia ich postulatów zerwie kontrakty z NHS.

Kolejny problem – recepty. Jak wynika z oficjalnych statystyk, sprzedaż leków na receptę na przestrzeni ostatnich 10 lat zwiększyła się o 55 proc. Lekarze przepisują leki na każde, nawet najbardziej błahe schorzenie, na które chory może nabyć preparaty w supermarkecie. Jeszcze 10 lat temu statystyczny Brytyjczyk korzystał z 13 recept rocznie. Dziś otrzymuje ich 20. Jak twierdzi Katherine Murphy ze stowarzyszenia Patient Association, lekomania mieszkańców UK zaczyna wymykać się spod kontroli.

Wydaje się, że ostatecznie Polacy mogą się cieszyć, iż nie są do końca uzależnieni od NHS-u, skoro na Wyspach mają dostęp również do usług polskich specjalistów. Ale nawet tu gromadzą się czarne chmury. Agata, pracownica jednej z prywatnych polskich przychodni martwi się rozwiązaniami prawnymi, które być może wejdą w życie w 2017 r. Otóż zakłada się, że lekarze pracujący w tego typu przychodniach powinni być na liście płac, czyli formalnie zatrudnieni, co będzie generować koszty. – Przychodnie albo będą bankrutować, albo podniosą drastycznie ceny swoich usług, jeśli ten przepis zostanie zatwierdzony – stwierdza Polka.

Wyleczyć zdalnie?

Skoro zarówno Brytyjczycy, jak i Polacy nie mają już skąd ściągać lekarzy, próbują różnymi metodami rozładować kolejki w przychodniach. Jednym ze sposobów są porady online. Prywatne kliniki coraz częściej wykorzystują internet i telefon w kontakcie z pacjentami. Dlatego też usługi telefoniczne i on–line „spytaj lekarza” mnożą się w ostatnim czasie. No bo co zrobić, gdy twój lekarz pierwszego kontaktu przyjmie cię dopiero za trzy tygodnie, a ty dzisiaj umierasz z powodu bólu ucha? Okazuje się, że porada lekarska na odległość jest możliwa. Specjalny zestaw diagnostyczny pozwala lekarzowi na sprawdzenie stanu twojego serca, płuc, gardła czy ucha. Możesz dać się przebadać nie wychodząc z domu. Zestaw z portalu „Pora na doktora” zamówiła Justyna z Acton, mama dwojga maluchów. – Wiecznie mam szpital w domu, bo albo gardło, albo oskrzela, albo ucho – narzeka 33-latka. – Moje dzieci są alergikami i bardzo często łapią różne infekcje. Dlatego zdecydowałam się na stały kontakt z lekarzem on-line – wyjaśnia.

– Świat idzie naprzód i technologie wykorzystuje się w medycynie coraz częściej, ale nic nie zastąpi bezpośredniego kontaktu lekarza z chorym – tłumaczy dr Izabela. – Warto pamiętać, że leczymy pacjenta, a nie wyniki – dodaje. – Przez telefon czy Skype’a lekarz może jedynie poradzić pacjentowi, ale nie może postawić diagnozy, bo byłoby to niezgodne z prawem – zastrzega dr Robert Mołdach, ekspert ds. ochrony zdrowia Pracodawców RP. Dlatego też wirtualny kontakt z lekarzem nie może zastąpić wizyty ani badań diagnostycznych. Wie o tym Małgorzata ze Sztokholmu.

– Trzy tygodnie chorowałam na krztusiec, bo pielęgniarka przez telefon tłumaczyła mi, że „samo przejdzie” i wizyta lekarska jest zbędna. Dopiero po przyjeździe do Polski poszłam do lekarza, który złapał się za głowę. Uważam, że porady telefoniczne tylko utrudniają kontakt ze specjalistami oraz skuteczne leczenie – twierdzi rozgoryczona Polka. Co nie znaczy jednak, że technologia nie może się nam przysłużyć. Warto zwrócić uwagę na wspierany przez UE projekt usługi całodobowej opieki kardiologicznej. Polega on na przesyłaniu informacji z rzeczywistym zapisem pracy serca do specjalisty. Chory w każdej chwili może telefonicznie skontaktować się z lekarzem i udostępnić zapis pracy swojego serca przez przyłożenie urządzenia do telefonu. Dzięki temu, w krytycznych momentach może uzyskać natychmiastową pomoc.

Nie ma ratunku?

Jeśli zastanawiasz się, co gorsze: czekać dwa lata na wizytę u onkologa w Polsce czy leczyć większość chorób za pomocą paracetamolu u brytyjskich specjalistów, to może warto znaleźć trzecie wyjście? Okazuje się, że nie potrzeba majątku Rockefellera, by skorzystać z pomocy lekarzy w innych krajach. – Łatwiejszy dostęp dla pacjentów do tańszej, bardziej wyspecjalizowanej lub po prostu szybszej opieki zdrowotnej umożliwiło wprowadzenie w 2011 r. tzw. dyrektywy transgranicznej – wyjaśnia Wojciech Moritz z portalu www.patient-choice-international.com. – Dyrektywa określa zasady swobodnego przepływu pacjentów będących obywatelami państw członkowskich EEA.

Dzięki niej pacjenci mają prawo do leczenia w innym kraju UE oraz w Szwajcarii, a koszty leczenia pokrywane są przez system opieki zdrowotnej kraju zamieszkania. Istnieją procedury umożliwiające ubieganie się o finansowanie leczenia jeszcze przed wyjazdem lub po powrocie pacjenta po leczeniu. Co ważne, leczenie może odbywać się zarówno w szpitalach prywatnych, jak i państwowych, i dotyczy szeregu zabiegów, znajdujących się na liście zabiegów refundowanych w kraju zamieszkania. Z możliwości tej korzystają również udający się na leczenie do Polski Polacy, o ile spełniają postawione wymogi formalne – zaznacza specjalista.

Jakie są te wymogi? – Przepisy dotyczące kwalifikacji różnią się nieco w poszczególnych krajach Unii i zazwyczaj dotyczą zabiegów podlegających refundacji w kraju rezydenta – podkreślą Wojciech Moritz. – W Wielkiej Brytanii NHS też posiada listę zabiegów finansowanych już przed wyjazdem oraz tych wymagających wstępnej autoryzacji, lub których koszty przed wyjazdem ponosi klient, a zwrot następuje po powrocie. Szczegółowe informacje dostępne są na stronach NHS. Pomoc doradczą w zakresie uzyskania finansowania można też uzyskać u firm promujących usługi medyczne w Polsce i zagranicą.

Holandia i Singapur

– Kruczkiem jest to, że holenderska służba zdrowia nie ma odpowiednika polskiego Narodowego Funduszu Zdrowia – żartuje Piotr Wrześniewski, który od dziewięciu lat mieszka pod Amsterdamem. – Efektywność leczenia w szpitalach oceniają towarzystwa ubezpieczeniowe. Szpitale, w których opieka jest słaba nie uzyskają kontraktu. Co ciekawe, Holendrzy mają mało szpitali, bo uważają, że chory musi być leczony skutecznie, a nie tam, gdzie mieszka. Składka obowiązkowa wynosi w Holandii 1000 euro rocznie. A każdy pracodawca dopłaca 6,5 proc. zarobków. Wkład własny pokrywa pierwsze wizyty u lekarzy. Dopiero po zużyciu go, leczenie opłacane jest ze składki. W Holandii nad prywatnymi ubezpieczycielami czuwa państwo, które pełni też rolę reasekuratora. Czy to się sprawdza? Piotr nie ma wątpliwości. – Leżałem w polskich szpitalach, leczyłem się też w Anglii, ale holenderskiej opieki medycznej nic nie przebije. Zapewniają wszystko, łącznie z życzeniami urodzinowymi – podkreśla.

Okazuje się jednak, że to nie holenderski system opieki zdrowotnej jest najlepszy na świecie a… singapurski. To państwo-miasto wypracowało sposób na leczenie, który kosztuje w stosunku do PKB o 30 proc. mniej niż w Polsce (Singapur wydaje 4,6 proc., Polska – 6,7 proc.) a osiąga wyniki, z którymi mierzyć się może jedynie kilka krajów skandynawskich (wydających na to dwa razy więcej środków).

W Singapurze pacjenci opłacają przynajmniej część kosztów wizyty u lekarza, ale nie robią tego bezpośrednio z własnych portfeli. Po prostu wprowadzono system obowiązkowych kont, na które obywatele muszą odkładać pieniądze na wydatki związane z opieką medyczną. To tzw. medisave. Opisał je William Haseltine w „Affordable Excellence: The Singapore Healthcare Story”. Wpłaty do medisave nie są opodatkowane, a jednocześnie oprocentowane. Jeżeli ktoś uzbiera maksymalną kwotę, z nadwyżki można korzystać, np. spłacając hipotekę. Dopuszczalne jest finansowanie z własnego konta medisave wydatków medycznych najbliższej rodziny. Co jednak w sytuacji, gdy leczenie kosztuje więcej, niż dana osoba uzbierała? Jego koszt pokrywa się ze wspólnych składek przeznaczonych na ten cel, a które są jednocześnie bardzo niskie. A jeśli i tych środków zabraknie, dopiero wtedy pokrywa się koszt leczenia z pieniędzy budżetowych.

Przykład Singapuru pokazuje, że da się stworzyć system, w którym paradoksalnie nic nie jest darmowe, ale w którym każdy, bez względu na zarobki, ma dostęp do opieki zdrowotnej.

W poniedziałek na zawał

  • Ze statystyk wynika, że każdego dnia tygodnia najczęstsze przyczyny zgonów są różne. W poniedziałki – to choroby serca, niezależnie od płci i wieku. We wtorki – powikłania związane z grypą i zapalenie płuc. W środy najczęściej dochodzi do samobójstw. W czwartki zaś odsetek zgonów jest relatywnie niższy. Od piątku zaczyna jednak rosnąć.

Na co brytyjscy lekarze wydają pieniądze podatników? (za express.co.uk)

  • £1 mln na szampony przeciwłupieżowe Neutrogena
  • £156.486 na syropy przeciwkolkowe dla niemowląt Infacol
  • £122.079 na tabletki nasenne Nytol
  • £68.589 na kremy nawilżające Neutrogena
  • £23.000 na preparaty na opryszczkę (np. Blistex)
  • £17.816 na kremy nawilżające Vaseline
  • £14.987 na preparaty do inhalacji (np.Vicks Vaporub)
  • £6.461 na tabletki uspokajające Kalms

Czy wiesz, że?

  • NHS wydaje rocznie ok 85 mln funtów na paracetamol, który jest 20-krotnie droższy w aptece niż na półce w supermarkecie.

Anna Dobiecka