Start Wiadomości Powroty Polaków z UK do Polski

Powroty Polaków z UK do Polski

1989
0
PODZIEL SIĘ

Wracajcie do Polski – tymi słowami kilkanaście dni temu wicepremier i minister rozwoju w rządzie PiS, Mateusz Morawiecki, zwrócił się do polskich emigrantów mieszkających i pracujących w Wielkiej Brytanii. I choć Polaków do UK przyjeżdża ostatnio mniej, to na masowe repatriacje, póki co, się nie zanosi.

W wywiadzie dla BBC Morawiecki zapowiada, że niedługo, bo w ciągu 5-7 lat, Polska osiągnie poziom płac, który zatrzyma Polaków w kraju. Już teraz, według wicepremiera, ten poziom to 70 proc. średniego wynagrodzenia w UE, co przełożyło się, w ostatnim roku, na mniejszą liczbę wyjazdów zarobkowych. Wicepremier idzie dalej. – Chciałbym powitać w kraju wszystkich Polaków, którzy wyjechali za granicę. Gdyby tylko mogli wrócić, to byłby wielki dzień dla Polski – entuzjastycznie zatapia się w marzeniach minister rozwoju.

Zresztą nie on pierwszy. W spocie wyborczym PO z 2007 roku widzimy młodego mężczyznę z plecakiem, który wysiada z autobusu. Jest uśmiechnięty – wrócił do ojczyzny. W tle słychać głos Donalda Tuska. – Już wkrótce Polacy zaczną wracać z emigracji, bo praca będzie się tu opłacać – mówi. Zwrot „dobrze zarabiający” w spocie pada kilka razy, a na końcu pojawia się słynne porównanie Polski do Irlandii. I mimo że wybory w 2007 roku wygrała Platforma, a na czele rządu stanął Donald Tusk, emigranci nie wrócili do kraju, aby wesprzeć „polski cud gospodarczy”.

Czy na wezwanie Mateusza Morawieckiego Polacy spakują się i wyjadą z Wielkiej Brytanii? Niewiele na to wskazuje. I nie ma znaczenia, która z frakcji politycznych składa obietnice, podobnie jak to, co proponuje. Przez kilkanaście lat na emigracji Polacy bowiem zorganizowali tu swoje życie i nie będzie łatwo nakłonić ich, aby z tego zrezygnowali.

Może za kilka lat…

Jakie zarobki skłoniłyby ich do powrotu? Jedna czwarta odpowiedziała 4-6 tys. złotych na rękę, co dziesiąty chciałby troszkę więcej, bo 6-8 tysięcy zł. Natomiast co piąty badany przyznał, że nie ma takich pieniędzy, które skłoniłyby go do ponownego zamieszkania w Polsce.
31-letni Piotr mieszka w UK od 11 lat. Wynajmuje z narzeczoną mieszkanie w północno-zachodnim Londynie. Oboje pracują: on jest ochroniarzem, ona księgową. Na pytanie czy chce wracać, Piotr odpowiada niepewnie. – Na razie nie. Praca tutaj pozwala mi żyć jak chcę – zamyśla się. Z kraju wyjechał, gdy zmusiła go do tego sytuacja finansowa. Wracał kilkukrotnie, ale zawsze kończyło się tak samo.

– W Polsce musiałem się martwić czy wystarczy pieniędzy do następnej wypłaty. Tutaj mam na bieżące wydatki i udaje się nawet oszczędzić kilka funtów – opowiada, jakby utwierdzał się w swoim przekonaniu. Podczas któregoś z dłuższych pobytów w kraju Piotrowi urodził się syn. Ma teraz 9 lat i mężczyzna chciałby być bliżej niego. Na razie jednak widują się w ferie i wakacje, a Piotr wysyła pieniądze na jego utrzymanie. Przyznaje, że pomysł powrotu co jakiś czas przewija się w dyskusjach, bo przecież ma tam rodzinę i przyjaciół. – Może za kilka lat – wzdycha.

NBP od 2007 roku przeprowadza sondaże wśród Polaków pracujących w czterech krajach UE – głównych kierunkach polskiej emigracji. Są to Wielka Brytania, Irlandia, Niemcy oraz Holandia. Bank bada przepływ pieniędzy wysyłanych przez emigrantów z tych krajów do Polski, a przy okazji pyta o ich zamiary. Stąd wiadomo, że w pierwszej połowie 2015 roku 53 proc. Polaków mieszkających w UK wcale nie przewidywało powrotu, a tylko 7 proc. zamierzało zrobić to w ciągu najbliższego roku. Reszta – jak Piotr i jego narzeczona – spędzą na Wyspach więcej niż rok. Ile? Perspektywa wyjazdu rozmywa się i rzadko padają konkretne terminy. Teraz jeszcze twierdzą, że wrócą, ale badania wskazują w tym przypadku pewną prawidłowość – im dłużej emigranci przebywają poza ojczyzną, tym trudniej im reemigrować.

Dlaczego nie wrócę?

Z kolei portal Bankier.pl od 22 do 30 kwietnia 2015 roku w sondzie internetowej pytał Polaków mieszkających poza ojczyzną: dlaczego nie wracają na stałe do Polski? 39 proc. jako główny powód podało atrakcyjniejsze warunki zawodowe za granicą, co piąty respondent – wyższy niż w Polsce status społeczny, a co dziesiątego od podjęcia decyzji o powrocie do kraju powstrzymuje obawa przed zaczynaniem wszystkiego od nowa. Później badani wymieniali względy osobiste, lepszą pogodę oraz niechęć do zmian.

– Z lekkim smutkiem pożegnałem kolegów i pojechałem ku zachodzącemu słońcu do miejsca, gdzie jest zagranica, a wszystko smakuje lepiej. Jak się z czasem okazało, do lepszego smaku szybko się przyzwyczaiłem. Jedyne zaskoczenie to to, że nie czuję się lepszym człowiekiem. Jestem natomiast bardzo szczęśliwy, że nie czuję się gorszy. Niebo, piwo i samochody są prawie takie same, ale jako rezydent jestem tutaj lepszy niż obywatel w swojej Polsce. Jeżdżę do kraju, gdy muszę i tylko do rodziny. Wiem, że nie pracuję tylko dla siebie, bo być może kiedyś będę musiał pomóc tym, co tam zostali. Moja mama za to, że mnie wychowała, dostała wyrok od państwa: dogorywanie do jak najszybszej śmierci za pieniądze śmiecie. Co to za ojczyzna, przed którą muszę ratować swoją mamę? Dzieci, rodziców i kraju się nie wybiera, ale można wybrać czy być szczęśliwym. Siedzę sobie tutaj na zielonej trawie i nikt mi nie pluje w twarz – to fragment emocjonalnego wyznania Łukasza Zemlera z sierpnia 2014 roku. Jego wpis pt. „Dlaczego nie wrócę?” z 28 tysiącami odsłon na Facebooku wywołał niemałą burzę. To zapewne dlatego, że z goryczą i żalem, jakie wylewają się z każdego akapitu, identyfikuje się ogromna część polskiej imigracji na Wyspach i nie tylko.

Wpis niewiele stracił na aktualności także wtedy, gdy mowa o wspieraniu członków rodziny pozostałych w kraju. Wartość przeciętnego transferu pieniężnego z Wielkiej Brytanii wyniosła w 2014 roku 400 funtów. Ale NBP, analizując przepływ środków finansowych, zauważył nowy trend. Im dłużej bowiem trwa pobyt za granicą, tym mniej pieniędzy płynie do kraju. Autorka raportu NBP Iza Chmielewska tłumaczy to zjawisko w dwojaki sposób: albo więzi emigrantów z krajem ulegają rozluźnieniu (także te rodzinne), albo – przeciwnie – emigranci po kilku latach spędzonych w nowej ojczyźnie, ściągają do siebie najbliższą rodzinę, a zatem znika potrzeba wysyłania pieniędzy. W ten sposób, jak twierdzą specjaliści, powoli domyka się wahadłowy model emigracji, kiedy to polski emigrant dzieli życie między krajem a zagranicą, i w końcu, zdając sobie sprawę z tego co czeka go w obu tych miejscach, świadomie wybiera zagranicę.

Do kraju na emeryturę

Ponadto, w świetle tych badań, choć jeszcze nie zanika, to wyraźnie słabnie najistotniejszy bodziec repatriacji, a więc więzi rodzinne, bo to one są wymieniane najczęściej, jako powód powrotu nad Wisłę. Później Polacy wyliczają kolejno brak pracy oraz niezadowalające wynagrodzenie, które – choć także ważne – nie motywują ich już tak bardzo do opuszczenia Wysp.

45-letni Dariusz z południowo-zachodniego Londynu nie ma takich problemów. Już jakiś czas temu wraz ze swoją partnerką postanowili tu założyć rodzinę. Rok temu urodził się ich syn. Dariusz na spółkę ze znajomym prowadzi firmę przeprowadzkową. – Firma ma dopiero 1,5 roku, więc to sam początek. Założyliśmy stronę, ale rekomendacja ustna to podstawa w tym biznesie – objaśnia krótko specyfikę branży, w której pracuje. Skupia się na teraźniejszości, rozkręca biznes, a na pytanie czy łatwo byłoby mu założyć taką firmę w Polsce odpowiada zwięźle, że nie. Nie zamierza jej też tam przenosić. Dlaczego? Dariusz przyznaje, że lepiej orientuje się w przepisach brytyjskich, a tych w Polsce, dotyczących przedsiębiorców, po prostu nie zna.

Ale nie od dziś wiadomo, że tendencja jest odwrotna – polscy przedsiębiorcy uciekają ze swoimi firmami do Wielkiej Brytanii, bo bardziej dobroduszny od polskiego okazuje się brytyjski system gospodarczy. Według opublikowanego pod koniec 2014 roku raportu Banku Światowego i PwC „Paying Taxes 2015” Polska w rankingu przyjazności podatkowej na świecie zajmuje 87. miejsce, Wielka Brytania – 16. Nad Wisłą właściciel firmy płaci 18 różnych podatków, w UK tylko 8. Pytany o plany, Dariusz z pewnością w głosie odpowiada, że jak najbardziej przewiduje powrót do kraju, choć w dłuższej perspektywie. – Do Polski chcę wrócić na emeryturę, a więc wtedy, gdy nie będę musiał już pracować – przyznaje.

Ze względu na dzieci

Póki co, 45-latek dzieli życie na pracę i rodzinę, starannie dbając o zachowanie właściwych proporcji, bo jak twierdzi rodzina jest najważniejsza. Akurat dla Dariusza nie ma większej różnicy czy wychowuje swoje dziecko w kraju, czy za granicą, ale dla części rodziców na emigracji ta kwestia jest bardzo istotna. Chodzi oczywiście o politykę prorodzinną w UK i w Polsce, która – co tu dużo mówić – ma się jak przysłowiowe niebo i ziemia. Wystarczy przytoczyć liczby. Czteroosobowa rodzina w Londynie, zarabiająca poniżej 35 tys. funtów rocznie, może liczyć w ciągu roku na wsparcie o równowartości 13,2 tys. zł., co miesięcznie daje nieco ponad 1 tys. zł. W Warszawie ta sama rodzina w ciągu 12 miesięcy otrzyma 2.341 zł., a więc miesięcznie będzie to tylko 176 zł.

Należy dodać, że w Polsce nie istnieją żadne świadczenia prorodzinne przysługujące rodzinom ze średnimi zarobkami, dlatego wszystkie dotychczasowe środki socjalne ograniczają się do najbardziej potrzebujących. Ale już niedługo ma się to zmienić.

Jeśli jest coś, co wicepremier Morawiecki, który tak gorliwie namawia Polaków do powrotu, mógłby im zaproponować, to jest to właśnie nowa polityka rodzinna. Wchodzący od 1 kwietnia tego roku program „Rodzina 500 plus”, pod względem wsparcia państwa udzielanego rodzinom, zbliży Polskę nie tylko do Wielkiej Brytanii, ale do całej Unii Europejskiej, gdzie obecnie średnia takiego wsparcia wynosi prawie 10 tys. zł rocznie. Po starcie programu Polacy będą mogli liczyć na 8.341 zł rocznie (wzrost aż o 6 tys. zł pochodzących z programu przygotowanego przez PiS). Program obejmuje wszystkie rodziny, niezależnie od dochodów.

Trudno jednak oczekiwać, aby nowa polityka rządu wpłynęła znacząco na decyzje o powrocie do kraju, szczególnie, że założenia wdrażanego właśnie programu będą obejmować także Polaków mieszkających za granicą, o ile nie pobierają świadczeń rodzinnych w kraju pobytu.

W związku z kredytem

Z Magdą i Łukaszem trudno się umówić. Są nieustannie zajęci i kilka razy przekładali rozmowę, bo remontują swój nowy dom w Romford na wschodzie Londynu. Za dwa lata budowana właśnie Elizabeth Line zawiezie ich stąd do centrum w nieco ponad 20 minut. Śmieją się, że mieszkają w dzielnicy samych dziadków, ale są zadowoleni z zakupu. Ich własne 180 mkw., dwa piętra i strych, cztery pokoje oraz 270 tys. funtów kredytu. – Będziemy spłacać przez 30 lat. Wzięliśmy na dłużej, żeby obniżyć raty – tłumaczy Łukasz. Za każdy pożyczony funt muszą oddać 1,88 funta, ale wcale ich to nie przeraża, bo jak twierdzą, obecnie wpłacają do banku pieniądze podobne do tych, jakie jeszcze kilka miesięcy temu płacili właścicielowi mieszkania.

Aż 16 proc. Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii kupiło tu mieszkanie, a prawie jedna czwarta planuje to zrobić w ciągu najbliższego roku. Dużą część tych zakupów finansuje kredyt hipoteczny, który mimo szalonych cen mieszkań na rynku nieruchomości (przede wszystkim w stolicy UK), wciąż pozostaje w zasięgu możliwości pracujących na Wyspach Polaków. – Znajomy pomógł załatwić formalności. Credit score, karta kredytowa, rejestracja do głosowania, depozyt, kredyt i w końcu kupno mieszkania – Magda wymienia kolejne etapy, przez które przeszli i na końcu dodaje, że to wcale nie było takie trudne.

Oboje mają po 30 lat. Pochodzą z Warszawy. Pracują razem w centrum Londynu. Czy mają zamiar wracać do Polski? Nie. Myślą raczej o wyprowadzce do Portugalii bądź do Hiszpanii, ale to za jakieś 10 lat, w zależności od sytuacji. Życiowe decyzje o zakupie własnego domu czy mieszkania, do tego przy pomocy kredytu hipotecznego, determinuje plany na przyszłość Polaków w Wielkiej Brytanii. Ci ludzie nie wrócą już do kraju. Prędzej ściągną rodzinę i tutaj zaczną budować swoje życie: poślą dzieci do przedszkoli, szkół, a sami zatrudnią się na coraz lepszych stanowiskach.

Zabezpieczyć przyszłość

Ich kolejnym krokiem, a także niejako następstwem decyzji o pozostaniu w UK na stałe, będzie zdobycie brytyjskiego obywatelstwa. Po wejściu Polski do Unii Polacy bez pośpiechu występowali o ten dokument, bo na dobrą sprawę nie widzieli takiej potrzeby. Obywatelstwo UE gwarantuje przecież równe prawa w zakresie większości sfer życia na Wyspach.

Boom na brytyjski paszport wśród Polaków rozpoczął się w 2010 roku. Do 2013 ilość wniosków co roku ulegała podwojeniu. Eksperci sądzą, że wystąpił wtedy wzrost liczby osób, które nabyły uprawnienia do naturalizacji. Ale w 2014 roku wskaźnik ten spadł o połowę i tylko 3,1 tys. polskich obywateli z powodzeniem wystąpiło o brytyjskie obywatelstwo. Zbyt wcześnie jeszcze by ocenić, jak na ilość składanych wniosków wpłynie groźba „Brexitu”, choć już teraz wiadomo, że widmo wyjścia Wielkiej Brytanii ze struktur unijnych spędza sen z powiek wielu Polakom, bo trudno przewidzieć jego następstwa.

Wynikiem narodowego referendum, jakie ma się odbyć w czerwcu, martwi się także Iga. Przyjechała do Londynu 11 lat temu, gdy była jeszcze nastolatką. Znalazła pierwszą pracę, a za zarobione pieniądze opłaciła szkołę fryzjerską. Teraz obcina włosy w jednym z salonów w Angel. Nigdy wcześniej nie myślała o brytyjskim paszporcie, ale ostatnio zmieniła zdanie. – Anglia ma zamiar wystąpić z Unii Europejskiej, dlatego staram się o obywatelstwo. Pierwszym krokiem jest uzyskanie statusu stałego rezydenta. Po roku mogę wystąpić o paszport – starannie objaśnia procedurę. – Będę musiała zdać test „Życie w UK” oraz przedstawić historię zatrudnienia, wyjazdów i podać adresy zamieszkania za okres pięciu lat wstecz – dodaje. Iga wciąż czuje się Polką i śledzi wydarzenia w kraju, ale nie zamierza w najbliższym czasie tam wracać. Zamiast tego woli zabezpieczyć swoją przyszłość w UK.

Bliscy w zasięgu ręki

– Dziesięć, piętnaście lat temu, kiedy tu przyjechaliśmy, byliśmy młodą emigracją. Najczęstsze przypadki śmierci były wtedy tragiczne – wypadek albo samobójstwo. Teraz nasza emigracja dojrzewa. Ludzie są starsi. Coraz więcej zgonów spowodowanych jest chorobą, a nawet starością i więcej ludzi umiera w wieku 50, 60, 70 lat. Proporcje zaczynają się wyrównywać z racji dłuższego pobytu Polaków na emigracji – opowiada Jacek Nowakowski, właściciel polskiego domu pogrzebowego w Londynie. Nowakowski, który już od kilkunastu lat odprowadza, głównie polskich emigrantów, w ostatnią podróż, dostrzega pewną tendencję.

– Przyznaję, że coraz więcej zmarłych zaczyna się chować metodami tradycyjnymi. W ziemi. Kiedyś dużo osób myślało o powrocie i z racji tego powszechne były urny z prochami. Wtedy po kremacji wracano do Polski. Teraz coraz więcej osób wiąże swoją przyszłość z Wielką Brytanią, nie chcą wracać do kraju. Stąd pochówki tradycyjne. Oczywiście cena takiego pochówku jest dużo wyższa, ze względu na miejsce na cmentarzu, ale mimo to coraz więcej osób korzysta z tej formy pogrzebu. Chcą tutaj zostać już na stałe i pochować swoich bliskich tu na miejscu.

Paweł Chojnowski