Start Wiadomości Polonijne szkoły zdane na siebie?

Polonijne szkoły zdane na siebie?

2167
0
PODZIEL SIĘ

W Wielkiej Brytanii funkcjonuje wiele polonijnych szkół. Ostatnio jednak część z nich boryka się z problemami, które mogą zagrozić ich istnieniu.

Polskie szkoły od początku swego istnienia odgrywały ogromną rolę w wychowaniu młodzieży poprzez kultywowanie polskich tradycji i nauczanie języka polskiego. To tu skupiało się życie na emigracji, dzieci mogły poznawać rówieśników, po raz pierwszy przeczytać Mickiewicza czy odśpiewać polski hymn. Dziś, wygląda to trochę inaczej.

– To było potrzebne w PRL i za czasów zaborów – ocenia 36-letni Piotr, rodzic wychowujący syna w Londynie. – Dzisiaj nikt nikomu nie broni kontaktów z Polską, a wręcz przeciwnie: zamiast posyłać go na weekend do szkoły, mogę mu dać na bilet do krewnych w Polsce. Poza tym, że nie umiałbym zaciągnąć mojego szesnastoletniego syna do szkoły sobotniej, to właściwie cieszę się, że dobrze się odnajduje w angielskiej rzeczywistości i ma angielskich kolegów – mówi.

Inni rodzice wskazują na to, że kiedyś polska szkoła była jedynym możliwym zajęciem – dziś młody człowiek chodzi na lekcje angielskiego, basen czy kurs tańca i niektórzy uważają, że bez szkoły polonijnej można się obyć. Można nawet zauważyć, że sytuacja polskich szkół za granicą stanowi temat sporu politycznego w Polsce. Na forach rodzice o jednych szkołach piszą, że są „PIS-owskie”, o innych, że „finansowane przez PO”. I tak, spierają się latami, podczas gdy ich dzieci zapominają polskiego języka.

Dzieci odchodzą

Jeszcze dwa lata temu w polonijnych szkołach na świecie uczyło się ok. 115 tys. dzieci, dziś ok. 20 tys. mniej. Potrzeba kontaktu z polską kulturą jest największa w najdalszych zakątkach świata i to tam dzieci najchętniej chodzą do polskiej szkoły. Mowa o placówkach w Egipcie, Meksyku, Izraelu czy Chinach.

Najwięcej jest ich jednak w UK, gdzie wszystkich szkół jest ponad sto. Z 90 tys. uczniów szkół polonijnych na świecie, tylko 15 tys. uczy się w szkołach finansowanych przez państwo. W rejestrze Ośrodka Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą jest łącznie 336 szkół. Część rodziców zakłada szkoły na własną rękę.

Miejsc brak

W Wielkiej Brytanii, gdzie w ciągu ostatnich 10 lat urodziło się ponad 100 tys. polskich dzieci (do tego trzeba doliczyć też te, które przyjechały tu z rodzicami) jest tylko… jedna szkoła finansowana przez państwo przy ambasadzie RP w Londynie. Cztery klasy uczą się tu w weekend głównie języka polskiego. Aby się zapisać wystarczy przedstawić paszport dziecka, pesel, dowód uczęszczania do szkoły angielskiej i podanie.

Poza kilkudziesięcioma dziećmi, dla których jest miejsce w szkole przy ambasadzie, istnieje wiele placówek płatnych. Głównie weekendowych, przy kościołach i społecznych. Koszty? W szkołach sobotnich w UK to 355 funtów rocznie, podobnie w szkole języka polskiego w Coatrbridge (350 funtów) i w szkole im. Stefana Wyszyńskiego w Londynie (335 funtów).

– To skandal, że dokłada się nam kosztów – denerwuje się Marek, który planuje w tym roku ściągnąć do Anglii żonę i córeczkę. – To państwu powinno zależeć, by dzieci wychowywane za granicą nadal były Polakami. A wszystko zwala się na rodziców: płać albo nie jesteś patriotą – podsumowuje.

Sami przyjdźcie uczyć

Dyrektorzy polskich szkół tłumaczą, że opłaty są im potrzebne, by utrzymać szkoły. W niektórych szkołach woźne pracują na etat, a nauczyciele… za darmo lub w zamian za wyżywienie i koszty dojazdu. – Nie można powiedzieć, że nauczyciele się nie starają – oponuje jedna z nauczycielek. – Wręcz przeciwnie: robię to charytatywnie, z potrzeby serca.

Nauczyciele swoje wolne dni poświęcają na kształcenie polskich dzieci. Proszę przekazać rodzicom, którzy narzekają, że nic nie stoi na przeszkodzie by i oni po tygodniu wypełnionym pracą i opieką nad własnymi dziećmi i domami, poświęcili cały weekend na prowadzenie lekcji. Gdyby nie my, szkoły trzeba by zamknąć – podsumowuje.

Religia jest lub jej nie ma

Samofinansowanie się szkół, nisko opłacani nauczyciele i brak zainteresowania ze strony władz Polski owocuje dowolnym ustalaniem programu. – Poszłyśmy na pierwszą lekcję, a tam pacierz, czytanie Biblii, żywoty świętych i piosenki religijne. Dla mnie taka szkoła odpada – opowiada Patrycja, mama 6-latki z Sheffield. – Rozmawiałam o tym potem z koleżanką, której syn chodzi do polskiej szkoły w sąsiedniej miejscowości – wspomina. – Nie przeszkadza ci, że to właściwie same lekcje religii – zapytałam. – Ale w naszej szkole w ogóle nie ma religii – zdziwiła się.

Książki?

– Nie ma żadnej serii podręczników układających się w logiczną całość. Nauczyciele często wykorzystują zatem podręczniki, które są przeznaczone dla szkół krajowych. Jednak te pisane są dla szkół ogólnych, w których zajęcia odbywają się przez pięć dni w tygodniu. Ponadto książki, przewidziane dla szkół za granicą, nie uwzględniają trudności, jakie mają z językiem polskim mali migranci – wyjaśnia prof. Dorota Praszałowicz z Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego w rozmowie z PAP.

Jedna z mam z niedowierzaniem zamieściła na portalu społecznościowym zdjęcie podręcznika, z którego jej córka uczy się w polonijnej szkole. Rok wydania: 1981. Na podobny problem zwracały w październiku uwagę nauczycielki ze szkół polonijnych w Australii i Nowej Zelandii. Podczas spotkania „Nauka języka polskiego w XXI w.” mówiły, że głównym problemem jest dla nich brak zróżnicowanego nauczania. W jednej klasie muszą uczyć się czasem dzieci 7- i 15-letnie. Dodajmy do tego nieodpowiedni podręcznik i nauczycieli, którzy często pracują „po kosztach” i mamy przepis na nieskuteczną naukę.

Mamo, nic nie rozumiem

Inny problem to nauka dzieci, które polskiego już zapomniały lub nigdy nie był ich ojczystym językiem (np. te z małżeństw mieszanych). W większości szkół nie ma dla nich specjalnych grup, a nie są w stanie nawet czytać czytanek, nie znając polskich liter czy wymowy. Często brakuje nauczycieli, którzy umieliby uczyć polskiego jako języka obcego. Zetknęła się z tym problemem Alicja, mama Magdy i Wioli, 14- i 9-latki. – Starszą zabraliśmy ze sobą do Anglii dwa lata temu, młodsza została z dziadkami w Polsce, żeby skończyć trzecią klasę – opowiada.

– W tym roku do nas dołączyła i zapisaliśmy obie do szkoły weekendowej. Starsza wróciła z lekcji zapłakana, bo radzi sobie z czytaniem i pisaniem gorzej niż młodsza o pięć lat siostra i jej koleżanki – mówi. Te trudności potwierdzają specjaliści.

– Język polski jest językiem bardzo „szeleszczącym”, który sprawia problem nie tylko obcokrajowcom, ale również naszym polskim maluchom. Jeśli rodziców tych dzieci nie stać na prywatne wizyty logopedyczne, to zostają z tym problemem sami, bez żadnej specjalistycznej pomocy – zauważa Monika Sawicka-Wolny, nauczycielka w polskiej szkole sobotniej. – Sądzę, że w każdej polskiej szkole sobotniej powinni być na stałe zatrudnieni polscy logopedzi – zaznacza. Jednak te szkoły nie są dotowane przez polski rząd i nie stać ich na zatrudnienie. – Poznałam uczniów klas czwartych, są to 10-latki, które nie wymawiają prawidłowo głosek sz ,cz, ż, dż, ń – mówi inna nauczycielka.

Co dalej?

Według opinii wielu specjalistów, problemy zaczęły się od wydanego w 2009 roku przez MEN „Programu rozwoju Szkół Polskich za Granicą”. Była tam mowa o wyłączeniu z programu matematyki i religii, likwidacji liceów, likwidacji pensji dla nauczycieli, konieczności finansowania szkół przez samych rodziców i wreszcie „wygaszaniu” szkół, którym nie uda się pozyskać funduszy. I to właśnie wtedy, gdy do Wielkiej Brytanii napływała kolejna fala polskich dzieci.

Co w zamian? W tym roku uruchomiono darmowe nauczanie dla polskich dzieci przez Internet. Kilkanaście miesięcy temu miała też miejsce pierwsza konferencja dla rodziców, którzy są zainteresowani założeniem własnej szkoły.

Sonia Grodek