Start Polecane Po Brexicie Polacy zostaną czy wyjadą?

Po Brexicie Polacy zostaną czy wyjadą?

426
0
PODZIEL SIĘ

„Brytyjskie firmy mają problemy, bo Polacy wracają do domu” – to przykład tytułu, jaki pojawił się w prasie pod koniec lutego po opublikowaniu nowych statystyk.

Tylko podczas pierwszych trzech miesięcy po referendum w sprawie Brexitu Wyspy opuściło ponad 100 tysięcy obywateli krajów Unii. Głosy potwierdzające takie stanowisko od dawna słyszeliśmy od Czytelników „Gońca”. Wątek powrotu do Polski pojawia się coraz częściej w rozmowach ze znajomymi czy rodziną. – Funt stoi nisko, więc zarobki nie są takie, jak kiedyś. Poza tym odwiedzamy rodzinę w Polsce i widzimy, że tam już nie ma tej mizerii, która mnie siedem lat temu wyganiała z kraju. Zasiłek 500 plus wynosi tak naprawdę więcej niż Child Benefit. Oczywiście były i inne powody, ale ten też jest ważny, bo wiadomo, że wyjeżdża się głównie za chlebem – tłumaczy 42-letni Marek z Opola, który najpierw sam przez kilka lat pracował na budowach, a później z żoną i dwoma kilkuletnimi córkami mieszkał przez trzy lata w Leeds. Teraz wracają. – To był ostatni dzwonek. Za rok, dwa dziewczynki by poszły do szkoły i już trudniej byłoby wrócić. My tu jeszcze tak naprawdę nie zdążyliśmy zapuścić korzeni, dzieci są małe, więc nie będzie im żal wyjeżdżać. Jak się rozwinie sytuacja na Wyspach, nie wie nikt, więc postanowiliśmy nie ryzykować – dodaje.

Słowacy zmienili zdanie

Zmniejszyła się też liczba nowych pracowników. Najmniej skłonni do przyjazdu są dziś Słowacy (o 20 proc. mniej wniosków o NIN). Za nimi znajdują się Węgrzy i Polacy, których rejestruje się dziś w urzędach o 16 proc. mniej niż przed rokiem. To dane statystyczne z Wysp. Co ciekawe, pokrywają się one z wnioskami z nowego raportu „Migracje zarobkowe Polaków” agencji pracy Work Service, gdzie spadek chętnych do pracy również oszacowano na 16 proc. Dziś tylko 14 proc. dorosłych Polaków rozważa Wielką Brytanię jako kierunek wyjazdu. Kiedyś był to najchętniej wybierany kraj z uwagi na wysokie pensje i fakt, że do wyjazdu wystarczy znajomość języka angielskiego, który jest w Polsce najpopularniejszym językiem obcym. – To najniższy wynik, jaki osiągnęło Zjednoczone Królestwo w historii naszego badania – zauważył Krzysztof Inglot z Work Service, komentując wyniki. – Jeśli latem już coś więcej będzie wiadomo, to na pewno pojadę do Wielkiej Brytanii zbierać truskawki. A może do pracy w restauracji. W Hiszpanii czy Grecji chyba nie ma za dużo pracy, a niemieckiego czy francuskiego nie znam – tłumaczy Kamila, 19-letnia maturzystka z podwarszawskiego Otwocka, udowadniając, że dla wielu to wciąż kuszący kierunek. 26-letni Jurek, zarejestrowany w urzędzie pracy na warszawskiej Woli, szuka jednak teraz głównie ofert z innych regionów Europy. – Nawet panie z urzędu radzą, żeby się wstrzymać z wyjazdem do Anglii. Słyszy się też różne rzeczy od znajomych, którzy kiedyś wyjechali, a teraz się zastanawiają, czy nie wrócić. W internecie czytałem, że klimat wobec „obcych” ogólnie się pogarsza – mówi.

Gastronomia ma kłopoty

Jak na mniejszą ilość chętnych do pracy zareagowała gospodarka? Z zapowiedzi przed Brexitem wynikało, że to właśnie nadmierna imigracja jest jednym z głównych powodów, dla których głosowano za wyjściem z Unii. Również po głosowaniu, wraz z rosnącą ilością ataków na Polaków, dało się odczuć, że część Brytyjczyków nie życzy sobie towarzystwa osób z innych części Europy. Jednak gdy część z nas faktycznie wyjechała, wielu szefów nagle zaczęło za polskimi pracownikami… tęsknić. Szczególnie w branży hotelowej, gastronomicznej czy produkcyjnej. Ta pierwsza dzięki niskiemu funtowi i obawom, że już niedługo weekend w Londynie będzie trudniejszy do zorganizowania, przeżywała w zeszłym roku boom. Kraj odwiedziła rekordowa liczba turystów, ale wiele hoteli, restauracji i barów miało w tym czasie kłopoty ze znalezieniem rąk do pracy. Jak podaje „The Independent”, z powodu kursu funta do euro czy złotego pracownicy z innych krajów Unii dostają dziś o 15 proc. mniejszą pensję niż przed rokiem. Ufi Ibrahim z brytyjskiego Związku Hotelarskiego dodawał na łamach pisma, że brak jasności co do losu tych pracowników w przyszłości, dodatkowo zniechęca ich do podjęcia pracy na dłużej niż kilka miesięcy. Z danych Związku wynika, że nie tylko kelnerzy czy barmani wolą dziś podjąć pracę na Ibizie lub w Berlinie, niż ryzykować na Wyspach. Również managerom czy znanym szefom kuchni z zagranicy zdarza się odrzucać ofertę pracy w Londynie, bo nie wiedzą, co ich tu czeka w najbliższej przyszłości.

Brak chętnych na truskawki

Jeszcze gorzej jest w rolnictwie. Hops Labour Solutions to firma, która zapewnia rolnikom rocznie ok. 12 tys. z 85 tys. potrzebnych w tej branży pracowników do pielęgnacji czy zbierania warzyw. Niemal wszyscy z nich pochodzą z Europy Wschodniej, w tym większość to Bułgarzy i Rumuni. W 2016 roku po raz pierwszy od 14 lat firmie zdarzyło się, że 400 stanowisk pozostało nieobsadzonych z powodu braku chętnych. W kończącym się właśnie sezonie zimowym było jeszcze gorzej. Ilość chętnych do pracy na polu przy ujemnych temperaturach zawsze była ograniczona, jednak dziś potencjalni kandydaci są szczególnie ostrożni, jeśli chodzi o oferty z Anglii czy Walii. Podobne głosy płyną z polskich agencji pracy. – Kiedyś chętnych było mnóstwo. Teraz wiele osób dzwoni i pyta o to, co z pracą w obliczu ostatnich zmian, czy jeśli wyjadą w kwietniu, to nie okaże się, że za dwa miesiące muszą wracać, bo zmieniły się przepisy? A my nie możemy nic obiecać, bo nic nie wiadomo. Niektórzy się zniechęcają. Dla nas to też jest bardzo trudna sytuacja, bo mamy przecież zobowiązania wobec firm, z którymi współpracujemy – opowiada 40-letnia Małgorzata, która pracuje w dużej warszawskiej agencji rekrutującej do pracy w ogrodnictwie i rolnictwie. Pracownicy innej agencji tłumaczą, że chętni, z którymi współpracowali od lat przestają odbierać telefony czy w ogóle przestają pojawiać się w biurze. – Większość osób jest solidna i współpracuje z nami nawet od kilkunastu lat. Ci sami ludzie zwykle wracali co rok, bo taki model jest najkorzystniejszy zarówno z ich, jak i z naszego punktu widzenia. Teraz nie wiedzą, czy za rok będzie jeszcze dla nich praca, więc wolą zawczasu poszukać czegoś w Holandii, Niemczech czy Norwegii – tłumaczą.

Pracownik na wagę złota

Być może rząd planował przed Brexitem, by stanowiska zwolnione przez Litwinów, Polaków czy Czechów zostały obsadzone brytyjską siłą roboczą. Póki co tak się nie dzieje. Szczególnie tam, gdzie bezrobocie jest najniższe, trudno oczekiwać, by ktokolwiek zrezygnował ze stałej pracy na rzecz tymczasowej na polu czy w gastronomii. Możliwe, że największymi wygranymi tej sytuacji będą Rumuni i Bułgarzy. Od czerwca zeszłego roku ich ilość na Wyspach nie zmniejszyła się, a wręcz przeciwnie – jest ich dziś tu o 16 tys. więcej. Niemal co trzecia osoba, która w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy przyjechała do pracy, pochodzi właśnie z tych dwóch krajów. Mimo to pracodawcy są zgodni, że to za mało i że rząd będzie musiał zrobić coś, by pomóc im zapełnić wolne stanowiska. Najprostszy sposób? Przekonać do pozostania Polaków, którzy są dziś największą grupą narodową w kraju.

Lepszy tutejszy chaos niż…

Przed referendum 831 tys. osób z Polski na stałe mieszkało na Wyspach. Do tego co roku kilkadziesiąt tysięcy przyjeżdżało do pracy sezonowej. Brytyjskie firmy z branży rolnej ogłaszały się w polskich urzędach pracy, oferty dla kelnerek można było znaleźć w gazetach codziennych nad Wisłą, a w branży medycznej istniały osobne agencje, które zajmowały się wyłącznie pozyskiwaniem pracowników z polskich szpitali. O ile Brytania nie zmusi ich do wyjazdu, większość z tych, którzy już zdążyli zapuścić tu korzenie, prawdopodobnie będzie chciała pozostać. Choć w Polsce ostatni rok przyniósł duże zmiany mające poprawić los przeciętnych obywateli (zasiłek na dzieci, podwyżka płac, reformy), towarzyszy im spore zamieszanie, lub jak nazywają to mniej życzliwi – chaos. Zmiany w prawie pojawiają się i są wycofywane z dnia na dzień i wciąż nie wiadomo, jak będzie tam wyglądało życie za rok czy pięć lat. Pod tym względem nasz ojczysty kraj ma coś wspólnego z Wielką Brytanią czasów post-Brexitu. Duża część rodaków woli poczekać, co przyniesie zamieszanie tu, niż jechać „w ciemno” do Polski, która jeszcze długo nie dogoni pod wieloma względami Zjednoczonego Królestwa.

Sonia Grodek