Start Polecane Obraźliwe ulotki, podpalenie, pobicie – czy Polacy w UK mają się czego...

Obraźliwe ulotki, podpalenie, pobicie – czy Polacy w UK mają się czego bać?

973
0

Jadł pizzę, kiedy został zaatakowany przez grupę napastników. Brutalnie pobity zmarł dwa dni później. Śmierć mieszkającego w Harlow Arkadiusza J. wstrząsnęła opinią publiczną. Ale wrogie zachowania wobec Polaków w Wielkiej Brytanii to nie nowość.

Sznur ludzi, wymowna cisza. Kilka tysięcy osób, Polaków i Brytyjczyków, w tym przedstawiciele lokalnych władz, przeszło ulicami Harlow w marszu milczenia. – Wierzę, że wspólne upamiętnienie ofiar zrodzi więcej zrozumienia między naszymi społecznościami – powiedział dziennikarzom biorący udział w tym wydarzeniu Ambasador RP w Londynie, Arkady Rzegocki.

Ławka na placu handlowym The Stow tonęła w kwiatach, wokół paliły się znicze. To tu, tydzień wcześniej doszło do tragedii. 27 sierpnia, tuż przed północą, do dwóch Polaków jedzących pizzę podeszła grupa miejscowych nastolatków. I zaczęła się jatka. Przybyli na miejsce policjanci znaleźli 40-letniego Arkadiusza J. i jego starszego o trzy lata kolegę nieprzytomnych, w kałuży krwi, leżących bezwładnie na chodniku. Mężczyźni zostali przewiezieni do szpitala, niestety 40-latka nie udało się uratować – zmarł w poniedziałek wieczorem w Addenbrooke Hospital w Cambridge na skutek ciężkich obrażeń głowy. Jego kolega po krótkiej hospitalizacji doszedł do siebie, ale tego, co stało się feralnej nocy, nie pamięta.

Według ustaleń śledczych, Polacy zostali zaatakowani przez gang składający się z ponad dwudziestu kilkunastoletnich chłopaków i dziewczyn. Co było przyczyną agresji? Póki co, nie wiadomo, dochodzenie w tej sprawie trwa. Policja nie wyklucza jednak, że mógł to być atak na tle rasistowskim, a „wina” ofiar polegała na tym, że byli Polakami.

Tymczasem kilkanaście godzin po marszu milczenia, w pobliżu miejsca poprzedniego ataku, dwaj kolejni Polacy znaleźli się na celowniku chuliganów – zostali zaatakowani przed pubem William Aymler. Jeden ma złamany nos, a drugi rozciętą głowę. Obaj trafili do szpitala. Warto dodać, że już wcześniej mieszkający w 80-tysięcznym Harlow imigranci znad Wisły, którzy stanowią najliczniejszą mniejszość narodową w tym mieście, byli celem agresji – słownej i fizycznej. Niedawno dwaj z nich zostali pobici i w poważnym stanie trafili do szpitala.

Tu jest Anglia

Ponad trzy tysiące. Tyle aktów wrogości wobec imigrantów odnotowano na Wyspach od czasu ogłoszenia wyników referendum w sprawie Brexitu. Najwięcej tego typu zdarzeń miało miejsce zaraz po 23 czerwca, kiedy okazało się, że Wielka Brytania opuści struktury Europejskiej Wspólnoty. Wśród poszkodowanych znaleźli się przedstawiciele różnych nacji, w tym również przybysze znad Wisły.

„Wychodzimy z Unii, koniec z polskim robactwem”, „Wracajcie do domu polskie szumowiny” – hasła tej treści na zalaminowanych kartkach pojawiły się w 20-tysięcznym mieście Huntingdon, w hrabstwie Cambridgeshire – w pobliżu lokalnej szkoły oraz domów polskich imigrantów. – Traktujemy sprawę bardzo poważnie. Produkcja i dystrybucja tego typu materiałów to przestępstwo na tle rasowym, za co grozi do siedmiu lat więzienia – mówił Martin Brunning, szef policji w Cambridgeshire.

Również w wielokulturowym i zróżnicowanym etnicznie Londynie nie obyło się bez antypolskich ekscesów. Przy drzwiach wejściowych do znajdującego się w dzielnicy Hammersmith Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego nieznani sprawcy namalowali wulgarny napis „F… you OMP”.
Powyższe wydarzenia odbiły się szerokim echem, a rzesze Brytyjczyków, w tym posłowie, samorządowcy oraz okoliczni mieszkańcy składali wyrazy ubolewania z powodu tego, co się stało, zapewniając o swojej przyjaźni i wsparciu. Sprawa została poruszona w brytyjskim parlamencie, odniósł się do niej również premier David Cameron.

Zdaniem obserwatorów, Brexit wyzwolił w części Brytyjczyków zachowania i emocje, które tłumili przez lata, a teraz w końcu mogli dać im upust. Co było widoczne w różnych regionach Anglii. Przedstawiciele Frontu Narodowego wyszli na ulice Newcastle z banerem „Stop imigracji, początek repatriacji”, a do wzrostu ksenofobicznych nastrojów doszło w Manchesterze i innych miastach.

Jak relacjonował dla dziennika „The Guradian” 34-letni Polak Max Fras, kiedy stał w kolejce do kasy w markecie Tesco w miejscowości Gloucester, nagle jeden z klientów zaczął krzyczeć na cały głos: „Tu jest Anglia, obcokrajowcy mają 48 godzin, żeby wyp…ać. Jest tu jakiś obcokrajowiec?”. Z kolei na początku lipca w Plymouth spłonęła altanka przylegająca do domu polskich imigrantów, w którym znajdowało się dwoje osób dorosłych i czworo dzieci. Zapewne ci sami napastnicy, którzy podłożyli ogień, wysłali do rodziny list z pogróżkami, „zachęcając” ją do powrotu nad Wisłę.

Do bicia…

Zabierają pracę, zaniżają zarobki, wyłudzają zasiłki. A w efekcie przyczyniają się do problemów brytyjskiej gospodarki. Taki obraz imigrantów, kreowany w ostatnich latach przez część mediów, zbierał swoje owoce. Brexit był tego kulminacją, ale już znacznie wcześniej Polacy występowali w roli kozłów ofiarnych, na których politycy różnych partii chcieli zdobywać głosy w kolejnych wyborach. W retorykę narzuconą przez Nigela Farage’a i jego UK Independence Party wpisywali się przywódcy innych formacji.

W lutym 2014 roku polscy motocykliści przejechali ulicami Londynu pod siedzibę brytyjskiego premiera na Downing Street, gdzie demonstrowali przeciwko dyskryminacji rodaków. Do Davida Camerona został skierowany list, podpisany przez liderów polonijnych organizacji, w którym apelowano o zaprzestanie traktowania Polaków jak chłopców do bicia w przedwyborczej walce.

Bezpośrednim impulsem tej akcji był atak na motocyklistę, Damiana C., do którego doszło miesiąc wcześniej. Przed jednym z pubów w brytyjskiej stolicy 39-latek został zaatakowany przez kilkunastu napastników, bo miał na głowie kask z polską flagą. Mężczyzna był kopany i bity pięściami, a towarzyszyły temu okrzyki: „Wracaj do Polski!”. Damian C. trafił do szpitala, ale niebawem został z niego wypisany. Poważniejszych obrażeń uniknął dzięki kaskowi i grubemu kombinezonowi, który miał na sobie.

Ten przejaw agresji nie był odosobniony, wpisywał się w ówczesny klimat społeczno-polityczny i zmieniające się nastroje brytyjskiego społeczeństwa, jeszcze do niedawna uchodzącego za ostoję tolerancji. Badania przeprowadzone przez agencję NatCen wykazały, że masowy napływ imigrantów sprawił, iż prawie 1/3 Brytyjczyków przyznaje się do uprzedzeń na tle rasowym, a rdzenni mieszkańcy Wysp coraz bardziej marzą o powrocie do dawnych, jednolitych kulturowo i narodowościowo czasów.

Nóż w plecy

Był czerwiec 2013 roku, Dover. Piotr L. rozmawiał z kolegą, kiedy podeszła do nich para Anglików. Dziewczyna poprosiła o ogień, a kiedy Polak zaczął szukać zapalniczki nieoczekiwanie uderzyła go pięścią w twarz. Chwilę potem do akcji wkroczył jej kompan Charlie Bowers – najpierw obrzucił L. stekiem wyzwisk, po czym pobiegł do pobliskiego domu, skąd wybiegł bez koszuli z nożem w ręku. Na widok rozjuszonego mężczyzny Polacy salwowali się ucieczką, ale ten ruszył za nimi i po krótkiej pogoni ugodził nożem w plecy Piotra L. Polaka z ranami kłutymi przewieziono do szpitala, a napastnika, który podczas aresztowania wygłaszał rasistowskie uwagi pod adresem swojej ofiary, zatrzymała policja. – To był tchórzliwy atak – orzekł sędzia w Dover, który dwa miesiące później skazał Anglika na cztery lata więzienia.

Nie udało się natomiast złapać bandytów, którzy w kwietniu tego samego roku pobili dwóch Polaków w Jedburgh w Szkocji. Było dobrze po północy, kiedy 41-latek i jego o sześć lat młodszy kolega wracali z pubu do domu. W pewnym momencie drogę zastąpiło im dwóch mężczyzn – jeden z nich bez powodu zadał starszemu Polakowi cios pięścią w twarz, po którym ten osunął się na ziemię. Kiedy towarzysz napadniętego rzucił mu się na pomoc, sam został kopnięty w głowę przez drugiego napastnika. Obaj pokrzywdzeni, którzy podczas zajścia usłyszeli pod swoim adresem ksenofobiczne komentarze, w poważnym stanie trafili do szpitala.

„Działania chuligańskie, o podłożu rasistowskim” – tak z kolei policja w Bradford sklasyfikowała to, czego doświadczyła Paulina Sz. i jej rodzina. W domu, w którym mieszkali, kilkakrotnie wybijano szyby, pojawiły się też groźby i żądania haraczu. W lutym 2013 roku wystraszona kobieta zdecydowała się wywieźć trójkę swoich dzieci, w wieku 2-3 lat, do Polski i zostawić je tam pod opieką dziadków. – Nie mogę narażać ich na niebezpieczeństwo, przynajmniej do czasu, kiedy sytuacja się unormuje. A tu jest coraz gorzej – tłumaczyła roztrzęsiona Paulina Sz.

Czarne zgłoski

Przybierają różne formy, rozmiary i natężenie. Do antypolskich wystąpień w ostatnich latach dochodziło we wszystkich krajach wchodzących w skład Wielkiej Brytanii, jednak – w skali procentowej – zdecydowanie na tej liście dominowała licząca 1,8 miliona mieszkańców Irlandia Północna. Według policyjnych danych, w okresie od marca 2014 do marca 2015 roku odnotowano tam 150 ataków na tle narodowościowym na przybyszów z Polski. To o 39 więcej w stosunku do poprzednich 12 miesięcy.

Te statystyki zapaliły czerwone, ostrzegawcze światło, ale – jak się okazało – to nie był koniec, a kolejne tygodnie zapisały się nie mniej czarnymi zgłoskami. W kwietniu, zaledwie w ciągu jednego weekendu w Belfaście doszło do trzech ataków na imigrantów znad Wisły. W dwóch domach napastnicy zaopatrzeni w cegłówki i kilof wybili szyby w oknach, a na murach innego pojawiły się antypolskie napisy. W tym samym miesiącu, w tym samym mieście, para Polaków została zaatakowana w autobusie, a nieznani sprawcy podłożyli ogień pod salonem piękności, który w wyniku pożaru został poważnie zniszczony. Kilka dni przed podpaleniem pojawiły się na nim napisy „Polacy, wynocha!”.

Z kolei w czerwcu 11-letni Igor T. z miejscowości Warrenpoint, w hrabstwie Down, wracając do domu ze swoim irlandzkim kolegą został napadnięty przez grupę innych dzieci. Po niewybrednych wulgaryzmach, jakie usłyszał z ich ust, został dotkliwie pobity. Jego zakrwawiona twarz ukazała się w wielu brytyjskich mediach ponownie wywołując dyskusję na temat wzrastającej fali agresji. – Sytuacja jest poważna, władze muszą podjąć zdecydowane działania, żeby skutecznie stawić czoła tego typu zdarzeniom – mówił konsul honorowy w Belfaście Jerome Mullen. Północnoirlandzką stolicę odwiedził również ambasador Witold Sobków, który otrzymał zapewnienie tamtejszych władz o rychłym wdrożeniu w życie nowej strategii w walce z przestępczością. – W Irlandii Północnej osiedliło się około 20-30 tysięcy Polaków, którzy czują się tu jak w domu. Ataki na nich to nie tylko zło wyrządzone polskiej społeczności, ale także irlandzkiej – mówił Sobków…

Paulina Basa, specjalistka ds. rekrutacji w firmie West Riding Recruitment w Wakefield:

– Osobiście nie spotkałam się z agresją czy niechęcią po ogłoszeniu wyników referendum w sprawie Brexitu. Wręcz przeciwnie, angielscy szefowie mojej firmy dzień po głosowaniu, widząc że jest mi przykro, przynieśli do pracy czekoladki i kwiaty, żeby mnie pocieszyć. Miałam za to sporo telefonów od Polaków, którzy stracili pracę i szukali nowego zatrudnienia. W Anglii mieszkam od 2007 roku i tylko raz, niedługo po przyjeździe, miałam do czynienia z werbalną napaścią. Kiedy jechałam autobusem i rozmawiałam przez telefon młody mężczyzna zaczął machać rękami i krzyczeć, żebym wracała tam, skąd przybyłam. Później takie przypadki już się nie zdarzały. Teraz mam chłopaka Anglika, a jego mama bardzo mnie chwali wśród swoich znajomych, stawiając za wzór pracowitości i zaradności.

Aleksandra Jastrzębska, dyrektor Hull Polish Community w Hull:

– Klienci prowadzonego przez nas biura mówią, że odczuwają większą niechęć ze strony Anglików po decyzji o Brexicie. Zdarzały się na przykład sytuacje, że po ogłoszeniu wyników referendum Anglicy śmiali się, mówiąc swoim polskim współpracownikom, żeby pakowali manatki i szykowali się do wyjazdu. Myślę, że było to pokłosie kampanii przedreferendalnej, podczas której zwolennicy Brexitu powtarzali, że imigranci zabierają Brytyjczykom pracę i są przyczyną całego zła. To był ich najważniejszy argument za opuszczeniem Unii. Ja osobiście w Hull nie odczuwam niechęci, ale doświadczyłam tego, będąc niedawno z rodziną nad morzem. Trzech chłopców w wieku około 8-14 lat zaczęło rzucać w nas piłką, ich matka nie reagowała. Kiedy zwróciliśmy jej uwagę, z oburzeniem zaczęła krzyczeć, że są u siebie i mogą robić co chcą, a jak nam się nie podoba, to powinniśmy wracać do domu. Mieszkam na Wyspach od dekady, mój 8-letni syn się tu urodził, tu mieszka i traktuje ten kraj jak swój. W czym on jest gorszy od rodowitego Anglika?

Dariusz Dzikowski