Start Wiadomości Nie znamy własnych sąsiadów?

Nie znamy własnych sąsiadów?

704
0

70 proc. Brytyjczyków nie poznaje swoich sąsiadów, a 30 proc. nie zamieniło z nimi nigdy ani jednego słowa. Przez lata stosunki sąsiedzkie bardzo się zmieniły.

Ogólnie o sobie jako o sąsiadach mamy dobre zdanie. Uważamy, że jesteśmy pomocni i otwarci. Przekonał się o tym pod koniec listopada Nissar Hussain z Bradford. Gdy mężczyznę zaatakowała grupa bandytów, na ratunek przybiegli mu polscy sąsiedzi. Gdyby nie oni, mogłoby skończyć się tragicznie.

Cukru nie pożyczysz

Taka postawa polskich sąsiadów nie dziwi, bo przez ostatnie stulecie od tego, jacy byli nasi sąsiedzi wiele zależało. W czasie okupacji sąsiedzi wydawali mieszkania, w których ktoś się ukrywał, w PRL-u mogli donieść na właścicieli lokum i zniszczyć im karierę. Ostatnie dekady to już rzadziej sprawy życia i śmierci, ale wciąż bez pomocy sąsiada trudno nam wyobrazić sobie życie. – Mama często zostawiała mnie u jednej czy drugiej sąsiadki. To było coś naturalnego. Zdarzało nam się spędzać razem z sąsiadami sylwestra. Nie mówiąc o pożyczaniu cukru czy dotrzymywaniu sobie towarzystwa przy jednej świeczce, gdy wysiadł prąd – opowiada Kamila, kosmetyczka i mama 2-letniej Marty z Liverpoolu.

Tu nie wyobraża sobie takiej sąsiedzkiej zażyłości. – Wszyscy są raczej mili, ale nie śmiałabym zostawić im dziecka pod opieką. Przede wszystkim dlatego, że ich w ogóle nie znam – wyjaśnia. Dlatego marzy, by przeprowadzić się do dzielnicy zamieszkanej przez Polaków. – Mieszka tam moja znajoma i bardzo jej zazdroszczę, bo panuje tam klimat znany mi z Polski. Każdy pracuje i nie ma czasu na pogaduchy, ale dziewczyny sobie pomagają przy dzieciach, czasem umawiają się na grille czy seriale, a panowie oglądają razem mecze. Brakuje mi tego – dodaje.

Sąsiedzi donoszą

Obserwacje Kamili potwierdzają zeszłoroczne badania firmy ubezpieczeniowej Churchill. Okazuje się, że 70 proc. Brytyjczyków… nie rozpoznałoby swojego sąsiada na ulicy. Według innych danych firmy ubezpieczeniowej CPP, co trzeci nigdy nawet nie zamienił z sąsiadami słowa.

– Rozumiem, że można nie mieć pamięci do twarzy, gdy się mieszka przez kilka miesięcy w bloku w dużym mieście. Ale po roku mieszkania ścianę w ścianę chyba każdy by zapamiętał, jak wygląda sąsiad. No, przynajmniej mniej się o sąsiadach plotkuje, bo i jak, jeśli się ich zupełnie nie zna – przypuszcza 25-letni Marcin, budowlaniec z Scheffield. Coś w tym jest, bo w Polsce 80 proc. donosów do nadzoru budowlanego i niewiele mniej anonimów do urzędu skarbowego pochodzi właśnie od „życzliwych” sąsiadów, którzy nie mogli znieść widoku dobrobytu za płotem.

Nie wszędzie tak samo

Wróćmy jednak na Wyspy. W radiu BBC Jim Madden, szef organizacji sąsiedzkiej Neighbourhood & Home Watch Network przekonywał, że gdy tylko ktoś się wprowadza do jego okolicy, puka do drzwi, przedstawia się i służy radą. – Dobrze jest mieć zaufanie do sąsiadów. To poprawia jakość życia wszystkich, a także bezpieczeństwo w całej okolicy – mówił. Starsi Brytyjczycy pamiętają czasy, w których stosunki dobrosąsiedzkie były zażyłe.

Wiele zmieniło się po masowym napływie imigrantów – siłą rzeczy przestaliśmy znać ciągle zmieniających się sąsiadów, których zwyczajów i języka często nie rozumiemy. Kilka lat temu badania Experian Consumer Service pokazały, że wciąż są regiony, gdzie do sąsiada puka się nie tylko, gdy listonosz omyłkowo dostarczy nam jego list. Prawie każdy mieszkaniec Northamptonshire i 94 proc. osób mieszkających w Elbridge (Surrey) twierdzi, że zna i przyjaźni się z ludźmi mieszkającymi w okolicznych domach. Najgorzej pod tym względem było we wschodnim Londynie.

Niestety bywa też i tak, że to nasi sąsiedzi mają do nas zastrzeżenia. – Moi polscy sąsiedzi są strasznie głośni. I ciągle się kłócą! Próbowałam zwracać im uwagę i albo nie rozumieją, albo udają… – zauważa 60-letnia Mathilde, która bliźniak na przedmieściach Londynu dzieli z polskim małżeństwem. Na forach internetowych można znaleźć więcej takich zastrzeżeń: zdaniem sąsiadów często bywamy niegrzeczni, głośni i kłótliwi. W większości ma to związek z różnicami kulturowymi.

– Dopiero teraz rozumiem, jakim ciężarem, ja i koledzy, musieliśmy być dla brytyjskich sąsiadów przez pierwsze miesiące w Anglii. Nie znaliśmy języka, więc na ich uprzejme próby nawiązania kontaktu odpowiadaliśmy milczeniem – śmieje się. Podobnie jest z głośnością i tonem naszych rozmów – są one dla nas tym samym, co niewinne rozmowy Włochów dla nas, czyli wielką awanturą. – Ten język brzmi tak nieprzyjemnie. Z mojej perspektywy małżeństwo za ścianą wciąż się na siebie drze – uważa Mathilde.

Uwaga, będzie głośno!

Kolejny problem to imprezy. – Sąsiadka doniosła na nas, że wiecznie imprezujemy. Lubimy latem zrobić grilla w ogródku ze znajomymi, a w piątek i sobotę obejrzeć film przy piwku czy wyprawić urodziny, ale chyba każdy tak robi – dziwi się Andżelika, 28-letnia kasjerka z Blackpool. Okazuje się, że tu znów w grę wchodzą różnice kulturowe. Brytyjczycy z okazji imienin, meczu czy ładnego, letniego wieczoru, chętnie chodzą do pubu. My natomiast częściej wybieramy domowe pielesze i nie lubimy, gdy ktoś miesza się w to, co robimy we własnych czterech ścianach. – Gdy planuję urodziny, to idę do sąsiadów i grzecznie uprzedzam, że będzie głośno. Wkurza mnie, gdy potem nasyłają na mnie policję. Przecież uprzedzałam – denerwuje się Andżelika. Z badań wynika, że mieszkańcom Wysp, poza hałasem, najbardziej przeszkadzają kłótnie sąsiadów o miejsce parkingowe i wieczne remonty. Pięć proc. z nich nie wytrzymało i z powodu uciążliwego sąsiedztwa musiało się wyprowadzić.

Dania polskie i afrykańskie

A jakich sąsiadów my uważamy za najgorszych? Obok hałasu i wiecznych imprez przeszkadzają nam zapachy kuchenne. Okazuje się bowiem, że nie tylko my potrafimy poszczycić się tak aromatycznymi daniami, jak gotowana kapusta. – Mieszkałem kiedyś w budynku, w którym większość mieszkań zajmowali Afrykanie. Całe dnie gotowali, a zapachy z ich kuchni dosłownie zwalały z nóg – opisuje 30-letni Andrzej, pracownik fabryki aut z Oxfordu.

Bywa, że drażni nas też aromatyczna kuchnia indyjska. Jednak aromat to nie jedyne, na co narzekał Andrzej. – Pewnego dnia na korytarzu włączył się alarm przeciwpożarowy. Nie wiem, czy ktoś palił na klatce schodowej, czy może to przez dym z kuchni. Pisk alarmu wwiercał mi się w uszy tak, że zaczęła mnie boleć głowa, ale przez kilka godzin… nikt nie zareagował – opowiada. Andrzej poszedł do pracy i myślał, że to koniec kłopotów. Gdy następnego dnia wrócił… alarm wciąż piszczał. – Okazało się, że nikt tego nie zgłosił, bo akurat na moim piętrze większość mieszkała nielegalnie, po kilka osób w jednym pokoju – wyjaśnia. Następnego dnia zaczął szukać nowego mieszkania.