Czwartek, 9 Wrzesień 2010
Waluta: funt brytyjski (GBP): 4,74/4,84

Dziewczyny Pierwszej Pary



dodano: 2010-05-31
źródło: goniec.com

Gdy tylko brytyjskie media wystygły trochę po wyborach, zaraz zaczęły się żarty z koalicjantów. Mówi się na przykład, że nową Pierwszą Parą Wielkiej Brytanii jest teraz Dave Cameron i Nick Clegg. Nie bardzo tylko wiadomo, który z nich w tym związku nosi spodnie. Gdy bliżej się przyjrzeć okazuje się, że żaden. Portki noszą ich kobiety.

Blogi, kolorowe home stories na łamach gazet, konta na portalach społecznościowych i wreszcie pierwsza w historii brytyjskiej polityki telewizyjna debata między liderami głównych partii to na Wyspach taka sama nowość, jak i koalicyjny rząd. Wygląda na to, że brytyjska scena polityczna próbuje wyrównać do poziomu, jaki od dawna powszechny jest w Europie i USA. Tam wyborów nie wygrywa ten, kto ma więcej do zaoferowania wyborcom, ale ten, który bardziej im się podoba. I choć kandydaci zarzekali się, że nie biorą udziału w konkursie piękności, efekt każdy widzi - podstarzały, nieco neurotyczny i wyglądający na przemęczonego Gordon Brown przepadł w nich z kretesem.
Kto wygrał? Dwaj mili, uśmiechnięci i przystojni "wieczni chłopcy". Na fali tego procesu swoje role na politycznej scenie coraz wyraźniej zaczynają tez odgrywać ich drugie i piękniejsze połówki.

Sam, tajna broń Dave'a
- Ona jest świetnym barometrem społecznym, który mocno stąpa po ziemi - mówi o żonie nowego brytyjskiego premiera wieloletni przyjaciel Pierwszej Pary Andrew Feldman. - Sam ma rewelacyjne wyczucie tego, co jest w danej chwili ważne, a co nie i stanowi dla Dave'a pomost między światem polityki, w którym on funkcjonuje, a światem zwykłych ludzi, których polityka kompletnie nie interesuje, ale którzy mają prawa wyborcze - dodaje.
Inne źródło zbliżone do Partii Konserwatywnej dodaje, że Sam od dawna jest głównym i surowym recenzentem publicznych wystąpień swego męża. Zdaniem współpracowników to właśnie ona przekonała Camerona, żeby ubiegał się o stanowisko lidera torysów w 2005 roku, bo on sam uważał, że nie jest do tego jeszcze gotowy. Została wtedy jego nieoficjalnym szkoleniowcem, uczyła go publicznych wystąpień, zachowania na politycznej scenie... słowem luzu. - Za bardzo się puszysz, nie nadymaj się tak - powtarzała mu ponoć raz po raz. Kiedy Cameron zszedł z mównicy po swoim przemówieniu, po którym miało odbyć się głosowanie, miał niepewnym głosem powiedzieć do żony: - Cóż, to chyba powinno chwycić...- Ona zaś z absolutnym spokojem odparła: - To już chwyciło. I miała rację.
Jak twierdzą ludzie z otoczenia nowego premiera, jej zasługą było też to, że głównym punktem wyborczego programu Camerona stały się zagadnienia związane z pomocą społeczną i NHS. - Sam, jako matka trójki dzieci, w tym jednego z padaczką i porażeniem mózgowym, była stałym klientem publicznych służb i doskonale wiedziała, czego oczekują od nich klienci - donoszą źródła z kręgu nowego premiera.

Dziewczynka z dobrego domu
Kiedy przed kilkoma laty państwo Cameron wprowadzali się do swojego nowego domu w północnym Kensington, a Samantha niosła z ciężarówki jakieś rzeczy, zaczepił ją jeden z nowych sąsiadów, chcąc nawiązać zwyczajową w takich sytuacjach pogawędkę. - Następna przeprowadzka to będzie już pewnie na Downing Street? - zagadnął wesoło. - Mam k... nadzieję, że nie - odpowiedziała mu z uśmiechem przyszła Pierwsza Dama, zostawiając go osłupiałego przed drzwiami. No bo któż by się spodziewał tak "ulicznych" i luzackich odzywek po błękitnokrwistej dziewczynie z dobrego domu?
Samantha Sheffield rzeczywiście wywodzi się ze starej angielskiej arystokracji, takiej która jeździ konno, hoduje rasowe psy, strzela do rzutek i z byle kim nie gada. W tym przypadku jednak jabłko padło dość daleko od jabłoni. - Ja wtedy obrabiałem chaty i sklepy, handlowałem trawką, ale przy okazji dobrze grałem w bilard - mówi gwiazda muzyki o dźwięcznym pseudonimie Tricky, z którym Samanthę łączy długoletnia przyjaźń. - Sam też lubiła zagrać w moim ulubionym pubie "Montpelier", więc zacząłem ją uczyć, pokazałem jej kilka trików - przyznaje muzyk.
Ich znajomość rozpoczęła się, gdy Samantha studiowała sztukę na uniwersytecie w Bristolu i była członkiem dosyć "odjazdowego" towarzystwa. Znajomi z tamtych czasów mówią, że nikt w nim nie stronił od narkotyków i przekraczania obyczajowych granic. W tym lewicującym towarzystwie, gdzie polityczne dysputy trwały czasem całymi nocami, bycie konserwatystą uchodziło za niedorzeczność. Tam na topie był Che Guevara, nie Churchill.

Dave, chłopak z samochodem
Mniej więcej w tym właśnie czasie, w 1992 roku, 21-letnia wtedy Samantha zaprzyjaźniła się z Clare Cameron, również wywodzącą się z arystokratycznego środowiska studentką. To ona zaprosiła ją na rodzinny wypad do Kalabrii, gdzie obecny był starszy brat Clare, David - rozpoznawalny już wtedy w kręgach westminsterskich polityk torysów i asystent ówczesnego sekretarza skarbu w rządzie Johna Majora, Normana Larmonta. Wkrótce, potwierdzając zasadę przyciągających się przeciwieństw, Sam i Dave zostali parą, wprawiając w osłupienie jej lewackich znajomych w Bristolu. David był pierwszym chłopakiem Samanthy, który miał własny samochód.
Po hippisowskich czasach Samancie został tatuaż na kostce, swoboda w dobieraniu sobie garderoby i zamiłowanie do wyrażania tego, co myśli. Jedna z anegdot z tamtych czasów mówi o romantycznym weekendzie, na który w ustronne miejsce wybrali się wówczas kochankowie. Gdy zadzwonił telefon Dave'a, niesforna Sam krzyknęła z drugiego pokoju: - Jeśli to Norman Larmont, powiedz mu, żeby się od...lił!! Jak na złość to rzeczywiście był Larmont, a David odebrał telefon, zanim zdążyła to powiedzieć.

"Polityka mnie nie obchodzi"
Dziś Sam Cam - jak życzliwie nazywają ją media - jest już bardziej zrównoważona w opiniach, choć pozostała szczera do bólu. Kilka lat temu w jednym z publicznych wystąpień wyszło na jaw, że Sam nie rozumie pewnego popularnego w politycznych kręgach sformułowania. - Może nie przykładałam się do lekcji na studiach, ale wiem o polityce mniej więcej tyle samo, co większość ludzi w tym kraju i niewiele mnie ona obchodzi - powiedziała bez cienia skrępowania, czym z miejsca zaskarbiła sobie sympatię i mediów, i - o dziwo - samych polityków. "Ludzie z otoczenia Camerona to w większości zawodowi politycy, którzy do tej pracy trafili świeżo po studiach i nigdy nie mieli szansy zetknąć się z prawdziwym światem i prawdziwymi ludźmi - tłumaczy ten fenomen jeden z politycznych komentatorów na łamach "Belfast Telegraph". - Samantha, choć arystokratka z urodzenia, jest dla nich takim właśnie zwykłym człowiekiem, ma normalną pracę, wychowuje dzieci. To nieocenione źródło wiedzy o wyborczych preferencjach" - czytamy.
I coś w tym jest. Dziś Samantha, matka dwójki dzieci i jednego zmarłego syna, z czwartym dzieckiem w drodze, wciąż pracuje zawodowo jako dyrektor kreatywny w Smythson, sieci luksusowych sklepów z galanterią. Rodzinne i zawodowe koneksje pewnie jej pomogły, ale zaczynała tam kiedyś jako dekorator sklepowych witryn i zdążyła zaliczyć wszystkie szczeble kariery. Jej zarobki kilkakrotnie przewyższają pensję męża, mimo to Sam stara się nie kłuć bogactwem w oczy. Nosi obcisłe dżinsy, trampki i mówi publicznie, że nie ma na zbyciu fortuny, żeby wydawać na markowe ciuchy. David Cameron zapytany kiedyś o sytuację finansową mruknął coś o tym, że "żona ma kawałek pola w Scunthorpe". Dziennikarze sprawdzili, że owo pole to pokaźny majątek ziemski o całkiem sporej wartości rynkowej.
Na czas kampanii Samantha wzięła jednak urlop z pracy, aby wspierać męża w boju o najważniejszy urząd w państwie. Jak się okazało, w tym co powiedziała do sąsiada na Kensington, było jednak trochę kokieterii.

Mam pracę, mam dzieci
Pierwszą - choć właściwie chyba Drugą - damą w zupełnie innym stylu jest Miriam Gonzalez Durantez, 42-letnia żona wicepremiera brytyjskiego gabinetu, Nicka Clegga. Podobnie jak Samantha Cameron, Miriam także zarabia więcej niż mąż, jednak na tym podobieństwa się kończą. Pani Clegg nie prowadzi blogów ani nawet konta na Twitterze, jak lwica broni przed mediami dostępu do dzieci, a o kampanii wyborczej z udziałem rodziny mówiła wprost: - Chcę, żeby mój mąż wygrał, ale nie rozumiem tego zamieszania wokół żon polityków. Chciałabym, żeby ludzie wybierali ich, nie nas, bo państwo to poważna sprawa, a nie konkurs piękności.
Miriam Gonzalez Durantez urodziła się w hiszpańskim Olmedo i do czasu, gdy spotkała swego przyszłego męża, nie mówiła prawie wcale po angielsku. Obydwoje jej rodzice byli nauczycielami, choć ojciec piastował również funkcję burmistrza Olmedo i senatora tamtejszego okręgu. Miriam skończyła studia prawnicze na University of Valladolid, gdzie wygrała także stypendium naukowe w College of Europe we francuskiej miejscowości Bruges. Tam też spotkała Nicka Clegga, z którym - jak głosi anegdota - przez długi czas nie mogła się porozumieć ze względu na barierę językową. Jakoś się jednak w końcu dogadali i w 2000 roku Miriam stała się panią Clegg. Wtedy przeniosła się do Wielkiej Brytanii, gdzie rozpoczęła pracę dla DLA Piper, międzynarodowej korporacji prawniczej. Miriam specjalizuje się w europejskim i międzynarodowym prawie handlowym i swoją pracę traktuje bardzo serio. W przeciwieństwie do Samanthy, Miriam nie wzięła urlopu, aby wspierać męża w kampanii. - Nie mam tego luksusu, żeby rzucić wszystko z dnia na dzień - powiedziała. - Mam wymagającą pracę i trójkę dzieci, które chcą mieć czasem matkę w domu. Politykiem jest mój mąż, a ja jestem tylko jego żoną - dodała.
Sporo kontrowersji wzbudziła też inna jej wypowiedź. Kiedy dziennikarze drążyli temat i pytali dlaczego nie angażuje się tak mocno w polityczny PR swego męża, jak żony liderów laburzystów i torysów, odpowiedziała: - Chciałabym, aby w polityce liczył się przede wszystkim profesjonalizm, nie zaś to, gdzie się kto ubiera i jakie nosi ciuchy - powiedziała, mając pewnie na myśli Cameronów, którzy z noszenia "ubrań zwykłych ludzi" zrobili swój główny obyczajowy atut.

Piękna Madresita
Pani Clegg, z charakterystycznym dla prawników dystansem do rozrywki, pozostaje więc z boku politycznej zawieruchy, realizując to, co sama uważa za słuszne. Media kładą to na karb jej katolicyzmu i przywiązania do wartości rodzinnych. Mimo sprzeciwów ich ojca, cała trójka dzieci Cleggów otrzymała hiszpańskie imiona i jest wychowywana w ściśle katolickim obrządku.
- Skoro muszą nosić tak szpetnie krótkie, anglosaskie nazwisko, niech przynajmniej mają porządne imiona - powiedziała Miriam w jednym z prasowych wywiadów. Ich synowie nazywają się więc: Antonio, Alberto i Miguel, a ich madresita z uporem broni do nich dostępu mediom, które chciały z bliska przyjrzeć się rodzinnemu życiu lidera liberalnych demokratów. Gdy jednak dziennikarze spytali czy wie, że opinia publiczna uważa ją za inteligentną i seksowną, Miriam uśmiechnęła się lekko... - Z tym się zgadzam, niech tak mówią... - odparła.