Start Polecane Krajobraz po Brexicie

Krajobraz po Brexicie

740
0
PODZIEL SIĘ

Dzień po czwartkowym referendum, w którym większość głosujących opowiedziała się za wyjściem ze struktur unijnych, wielu pisało, że urodziło się w nowej Europie. Że szli spać spokojnie – głosy pokazywały jeszcze wtedy przewagę zwolenników pozostania w strukturach UE – a obudzili się, nie wiedząc co może ich spotkać. Czy Polacy mieszkający w UK mają się czego bać? Czy Brexit znacząco wpłynie na stan światowej gospodarki? I czy naprawdę Unia jest na tyle silna, by przyspieszyć wyjście Wielkiej Brytanii z jej struktur? Dziś spekulacji nie brakuje.

Wątpliwości jest jednak znacznie więcej. Nie zabrakło nawet wypowiedzi, że głosowanie nie ma mocy prawnej albo że można je powtórzyć (w sieci można znaleźć odpowiednią petycję). Pojawiają się też opinie, że na drodze do Brexitu może stanąć Szkocja. A także i takie, że żadnego Brexitu nie będzie.

Od strony prawnej

– Ze względów formalno-prawnych referendum rzeczywiście nie ma mocy wiążącej – tłumaczy dr Małgorzata Kaczorowska z Instytutu Nauk Politycznych UW. – Nie oznacza to jednak, że rząd może przejść nad tym do porządku dziennego, bowiem decyzja społeczeństwa podjęta w referendum stanowi zobowiązanie wobec polityków. Jednak bez formalnego wniosku rządu w sprawie wystąpienia Zjednoczonego Królestwa z UK, takie wystąpienie nie dokona się. To jednak nie oznacza, że rząd czy parlament może odciąć się od woli wyborców – w krajach takich jak Wielka Brytania, o demokracji dojrzałej, gdzie polityczna odpowiedzialność za swoje słowa jest realizowana, jest to praktycznie niemożliwe. Teraz nad decyzją Brytyjczyków musi pochylić się rząd i parlament, który po odpowiednich przygotowaniach i głosowaniu poinformuje Unię Europejską (Radę Europejską, art. 50 ust. 2 TUE) na temat tego, jak ich zdaniem ma przebiegać proces wyjścia z UE. To są procedury zawarte w art. 50 Traktatu o UE. Dopiero po złożeniu takiego wniosku może ruszyć cały proces wyjścia z UE. Tak więc czysto teoretycznie – nie mamy jeszcze „Brexitu”, ale to nie oznacza, że politycy zignorują głosy swoich wyborców – dodaje.

– Można pochylić się jeszcze nad jednym scenariuszem – do Brexitu mogłoby nie dojść np. w przypadku zagrożenia dla jedności całego UK, czyli np. wtedy, gdy od Zjednoczonego Królestwa chciałaby się odłączyć Szkocja czy Irlandia Północna (coraz częściej mówi się o drugim szkockim referendum niepodległościowym, a w dniu ogłoszenia wyników również w Irlandii Północnej pojawiły się głosy na rzecz przeprowadzenia podobnego głosowania). Teoretycznie jest to możliwe, ale mimo wszystko mało prawdopodobne – dodaje ekspertka.

Podział głosów

51,9-proc. i 48,1-proc. – te liczby pewnie przejdą do historii. Choć jeszcze dzień przed referendum sondaże wskazywały na przewagę zwolenników pozostania w strukturach Unii, okazało się, że i tym razem badania opinii publicznej zawiodły. Zdziwienia nie kryli ani europejscy przywódcy, ani sam Cameron, który – już po podaniu oficjalnych wyników – podał się do dymisji, wskazując przy tym, że szanuje wolę Brytyjczyków. W przypadku takiego wyniku można się było tego spodziewać – nie zabrakło głosów, że polityk, który przyszłym pokoleniom miał być stawiany za wzór, może okazać się człowiekiem, który ostatecznie doprowadzi do rozpadu UE w takiej formie, w jakiej ją znamy. Wszystko dzięki jednemu głosowaniu.

Teraz polityczna kariera Camerona prawdopodobnie dobiegnie końca, bo to właśnie on okazał się najsłabszym ogniwem brytyjskiego referendum – premier, stosując głosowanie jako swoisty straszak w kierunku UE i chcąc doprowadzić do jeszcze większych ustępstw na rzecz Wysp, w konsekwencji przyczynił się do tego, by o dalszej przynależności do Unii zadecydowali sami obywatele.

– Referendum pokazało, że nie wszyscy do końca wiedzieli w jakiej sprawie się wypowiadają – dzień po wynikach w wyszukiwarce Google jednym z najczęściej zadawanych pytań przez Brytyjczyków było: „Czym jest UE”. To pokazuje, że choć często władze w państwie oddają głos obywatelom w sprawach związanych z Unią (jak choćby w Polsce, gdzie mieliśmy referendum przed wejściem do UE), to niestety takie „szastanie” tą instytucją nie jest korzystne dla obywateli. To doskonale sprawdziło się w przypadku Camerona, który „wygrał” referenda w 2011 i 2014, ale przegrał trzecie – w 2016 – podkreśla dr Kaczorowska.

Błędy premiera

– Przed głosowaniem spory nacisk położono na apel do starszych wyborców, nie zawsze dobrze zorientowanych w sprawach międzynarodowych, ale przesiąkniętych brytyjską dumą narodową. W ten sposób zignorowano głosy młodych, głosy naszych międzynarodowych przyjaciół. Nie będę rozwodzić się nad samym procesem, który doprowadził do takiego wyniku, ale trzeba przyznać, że nie uwzględniał on rzeczywistości międzynarodowej. Przede wszystkim brakowało tu też szacunku dla ciężko pracujących ludzi z innych krajów na całym świecie, którzy mają ogromny wkład w brytyjską gospodarkę – bo tu żyją i płacą podatki – mówi Martin Oxley, były dyrektor UK Trade &Investment w Ambasadzie Brytyjskiej w Warszawie.

Premier, który początkowo ostrzegał unijnych przywódców, że UK opuści sojusz, po ustępstwach ze strony europejskich przywódców zmienił zdanie. Może zmieniliby je nawet i Brytyjczycy gdyby nie fakt, że Cameron nie okazał się zbyt dobrym strategiem – nie wziął pod uwagę ani nastrojów społeczeństwa i niezadowolenia pewnych warstw społecznych z powodu napływu imigrantów do ich krajów, ani zmieniającej się sytuacji międzynarodowej i możliwości napływy uchodźców na Wyspy, ani – co niemniej ważne – swoich politycznych przeciwników. Możliwe, że nie trafił i z terminem wyborów. Jeszcze pod koniec ubiegłego roku mówiło się, że referendum odbędzie się w 2017 r. Może wtedy rezultat okazałby się inny?

– Można krytykować Davida Camerona – że w ogóle dopuścił do tego, ale trzeba zdawać sobie sprawę, że tu politycy są obarczeni ogromną odpowiedzialnością. I gdy już w styczniu 2013 roku zapowiedział przeprowadzenie referendum w sprawie ewentualnego wystąpienia UK z UE, jeśli Partia Konserwatywna wygra kolejne wybory parlamentarne (w 2015 r.), wówczas już było wiadomo, że prędzej czy później do takiego głosowania dojdzie. Możliwe, że nie byłoby tego, gdyby premier pokazał, że ma siłę i charyzmę, której tu mu zabrakło, i twardo przeciwstawił się i swoim oponentom w Partii Konserwatywnej, eurosceptykom, jak i nie przestraszył się rosnącej w sile partii UKIP – mówi dr Kaczorowska.

Nowy premier

Gdy w lutym doszło do porozumienia na linii Cameron – Unia, Europa odetchnęła z ulgą. Wkrótce po tym ustalono termin głosowania na 23 czerwca – wtedy jednak chyba mało kto spodziewał się, że Brexit może stać się faktem. Coraz wyraźniej było jednak widać, że i w partii następuje rozłam w tej sprawie. Jednym z oponentów premiera Camerona został Boris Johnson, ówczesny burmistrz Londynu, który bez ogródek mówił co myśli o Unii. Teraz wymienia się go jako jednego z kandydatów na nowego premiera. Możliwe jednak, że i jego zaskoczył wynik głosowania.

– Przed referendum wszyscy obstawiali Borisa Johnsona, jednak widząc strach w jego oczach po wygranym referendum, nie jestem pewien czy ktokolwiek z „Brexitowców” zostanie nowym premierem. Boris wspólnie z Nigelem (Farage’m – przypis red.) nawarzyli piwa, którego nie będą w stanie wypić. Już spuścili z tonu i wycofują się rakiem z obietnic jakie w czasie kampanii przedstawili elektoratowi. Najprawdopodobniej pałeczkę po Davidzie Cameronie przejmie ktoś z proeuropejskich ministrów w obecnym rządzie. Może Osborne, ale podczas debaty w ITV całkiem przyzwoicie obok Nicoli Sturgeon wypadła Amber Rudd. Pytanie tylko czy ona sama ma takie aspiracje – mówi Maciej Wiczyński, członek Szkockiej Partii Narodowej.

Szybki rozwód

„Proszę powiedzcie mi, że śpię, a to wszystko jest sennym koszmarem” – napisał były premier Finlandii Alexander Stubb. „Cholera! To zły dzień dla Europy” – to z kolei komentarz wicekanclerz Niemiec z lewicowej SPD Sigmar Gabriel. – To historyczna chwila, ale nie czas na histeryczne reakcje. Chcę zapewnić wszystkich, że jesteśmy przygotowani na negatywny scenariusz. Unia to nie tylko projekt na lepsze chwile – podkreślił Donald Tusk, przewodniczący Rady Europejskiej. – Brexit musi być bodźcem dla szerszych reform w UE – oświadczył natomiast premier Holandii Mark Rutte.

Poreferendalne komentarze niedowierzania i wieszczące przyszłość Europy w czarnych barwach to tylko niektóre z opinii. Zupełnie w innym tonie wypowiadał się Nigel Farage, lider brytyjskiej partii UKIP i zagorzały przeciwnik Unii. – Teraz mam odwagę marzyć, że nadszedł świt niepodległości Wielkiej Brytanii – napisał na Twitterze. To o nim mówi się też, że jest jednym ze zwycięzców referendum.

Na razie nie wiadomo, kiedy ruszy procedura wyjścia z UE, ale bardzo prawdopodobne, że Unia zrobi co może, by cały ten proces przyspieszyć. – Oczekujemy, że rząd Zjednoczonego Królestwa wprowadzi w życie decyzję swoich obywateli tak szybko jak to możliwe, niezależnie od tego, jak bolesny ten proces miałby być – ogłosili w piątek we wspólnym oświadczeniu przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker, szef Rady Europejskiej Donald Tusk, szef Parlamentu Europejskiego Martin Schulz oraz premier Holandii Mark Rutte. Zastrzeżono jednak przy tym, że dopóki proces wychodzenia się nie zakończy, Wyspy pozostaną pełnoprawnym członkiem UE.

O Brexicie wypowiedział się także Barack Obama, prezydent USA. – Naród Zjednoczonego Królestwa wypowiedział się i szanujemy jego decyzję. Specjalne stosunki między naszymi krajami są trwałe i członkostwo Zjednoczonego Królestwa w NATO pozostaje kamieniem węgielnym polityki zagranicznej, polityki bezpieczeństwa i polityki gospodarczej USA – powiedział. Warto przypomnieć, że jeszcze przed referendum Obama zachęcał Brytyjczyków do pozostania w strukturach Unii.

Joanna Szmatuła

Współpraca:
Anna Paprzycka, M. Bugaj-Martynowska