Start Poradniki Jak podróżować z dzieckiem samolotem

Jak podróżować z dzieckiem samolotem

3003
0
PODZIEL SIĘ

Bywa koszmarem dla nas, a czasem także dla naszych współpasażerów. Czy to powód, by z dzieckiem nie podróżować? Zdecydowanie nie. Trzeba tylko dobrze się przygotować do lotu.

Nasz syn pierwszy raz ruszył w podróż, gdy miał równo miesiąc. Wydawało nam się, że to szczyt odwagi, dopóki nie spotkaliśmy pary, która leciała z dziesięciodniowym maluchem. A i to jest być może rekord do pobicia, bo jak twierdzą lekarze, nie ma przeciwwskazań, by lecieć z dzieckiem tygodniowym, czyli właściwie tuż po wyjściu ze szpitala. Taki maluch jest często pasażerem idealnym.

Większość czasu przesypia. Trzeba tylko pamiętać o tym, by podczas startu i lądowania podawać mu coś do picia (najlepiej mleko mamy). Liczy się to, by często przełykał i w ten sposób wyrównywał ciśnienie. Z nieco starszymi podróżnikami jest więcej zachodu. Dlatego przygotowania do drogi należy zacząć dużo wcześniej. Zazwyczaj na początku zastanawiamy się ile nas to będzie kosztować?

Bilet dla niemowlaka

Jeśli latamy zwykłymi liniami lotniczymi, to za dziecko do dwóch lat nie płacimy, a jedynie musimy uregulować opłaty lotniskowe (10-20 proc. ceny biletu). Bonusem jest to, że dziecko ma prawo do własnego bagażu. W tanich liniach obowiązuje zazwyczaj jedna stała opłata za bilet dla niemowlaka. W Wizzair to jest 19 funtów, w Ryanair – 17. Niestety wszystkie rzeczy dziecka musimy zmieścić do naszego bagażu. Za to za darmo przewieziemy wózek, fotelik, albo łóżeczko turystyczne.

Dziecko do dwóch lat nie będzie miało swojego własnego miejsca. Teoretycznie musi siedzieć na kolanach mamy lub taty, przypięty specjalnym pasem. Praktyka, na szczęście jest taka, że  jeśli tylko samolot nie jest wypełniony w stu procentach, rodzice zajmują cały rząd trzech siedzeń. Niektóre miejsca są przystosowane do tego, by przed nimi zamontować specjalną „kołyskę”. Najczęściej takie udogodnienia spotkamy na dłuższych trasach. Warto jest poprosić o to wcześniej, przed wejściem na pokład. W takiej kołysce zmieści się maluch, który ma mniej niż 83 centymetry wzrostu i waży nie więcej niż 14 kilogramów.

Co i gdzie zapakować?

Na podróż musimy spakować się inteligentnie, żeby nie okazało się, że najistotniejsze akcesoria znajdują się w luku bagażowym lub na dnie torby podręcznej. Nasze dziecko, by zniosło podróż w dobrej formie, musi mieć co jeść, pić, powinno być mu ciepło i nie może się nudzić.

Bez problemu weźmiemy na pokład samolotu mleko, soki, wodę, a nawet słoiczki z jedzeniem i lekarstwa (dalej wyjaśnimy jak to zrobić). Na wierzch do bagażu podręcznego włóżmy pieluszki, mokre chusteczki higieniczne i ubranie dla dziecka na zmianę. Warto też pamiętać o bułce lub obwarzanku, żeby maluch miał co gryźć. Niezwykle praktyczny jest lekki, polarowy kocyk. Wbrew pozorom, na pokładzie może być naprawdę przenikliwy ziąb, a klimatyzacja mało komu dobrze służy na zdrowie. Lepiej będzie przykryć dziecko, szczególnie podczas snu. Nie zapomnijmy o rozrywce. Książeczki czy przytulanki to „zestaw obowiązkowy”. Tak jak paracetamol w syropie czy krople do czyszczenia noska.

Na lotnisku

Życie podróżujących rodziców jest i tak wystarczająco trudne, więc korzystajmy gdzie się da ze specjalnych, przeznaczonych dla nas udogodnień. Przede wszystkim z „fast tracków” przy odprawie i specjalnie dedykowanych stanowisk kontroli. Nawet, jeśli nie jest to nigdzie oficjalnie napisane, to większość pracowników linii lotniczych pomaga rodzinom z małymi dziećmi ominąć kolejkę i odprawić się razem z uprzywilejowanymi pasażerami klasy biznes. Każdy, kto próbował stać w kolejce z rozdokazywanym dwulatkiem, czym prędzej przepuści taką rodzinę przed siebie. Jeśli nie mamy śmiałości iść samemu na skróty, można poprosić o pomoc pracownika linii lotniczych. Pomoże nam przejść szybko do odpowiedniego stanowiska odprawy.

Największe kolejki tworzą się zawsze przed skanerami przy wejściu do hali odlotów. Dla rodzin z dziećmi i osób przyjmujących lekarstwa na stałe, jest zazwyczaj przeznaczone jedno ze stanowisk (na lotnisku Chopina w Warszawie, to skaner nr 1). Musimy wyjąć z bagażu podręcznego wszystkie butelki z soczkami, słoiki z jedzeniem itd., położyć je na specjalnych tackach i czekać na wyniki badań laboratoryjnych. Na szczęście niedługo, bo małe laboratorium jest tuż obok skanera. Pracownik ochrony pobierze małą próbkę z każdego słoiczka czy butelki, wrzuci probówki do maszyny i po kilkunastu sekundach jest wynik testu. Czasem dłużej mocujemy się z wózkiem, żeby go złożyć i przepuścić przez skaner. Na niektórych lotniskach duże wózki nie mieszczą się w urządzeniach do kontroli (nam się to zdarzyło w Budapeszcie) i wtedy przechodzimy z nimi przez zwykłą bramkę i są „badane” osobno przez specjalistę od materiałów wybuchowych.

Po przejściu kontroli warto jak najszybciej udać się do gate’u. Znów – jako rodziny z dziećmi mamy przywilej wcześniejszego wejścia na pokład. W tanich liniach, bywa rozmaicie. W Wizzair, gdy jesteśmy z dzieckiem, to „z automatu” zostajemy VIP-ami i mamy możliwość wyboru miejsca. W Ryanairze wszystko zależy od pracowników obsługi, bo Irlandczycy wiążą duże nadzieje ze sprzedażą usług, takich jak „pierwszeństwo wejścia na pokład”, więc rozdawanie przywilejów słabo mieści się w filozofii firmy.

W samolocie

Podczas startu niemowlak musi być przypięty specjalnymi szelkami, do pasa swojej mamy lub taty. Powinniśmy podać dziecku do picia butelkę z wodą lub sokiem, by wyrównać różnicę ciśnień. Idealnie (zdarza się taka sytuacja zbyt rzadko, ale się zdarza), gdyby brzmienie silnika wpłynęło kojąco na nasze dziecko i skłoniło do dłuższej drzemki. Ale lepiej przygotować się na kilka godzin hiperaktywności, usiąść z dzieckiem przy oknie i opowiedzieć o tym, co widzimy, jakie kraje mijamy, jakie żyją tam zwierzęta. Pobudzić wyobraźnię. Kilkulatki mogą liczyć na kolorowanki i małe zabawki, które powinna nam przynieść stewardessa. Warto zapytać, bo czasami dzieci mogą dostać zaproszenie do kabiny pilota (Wizzair ma nawet specjalny program dla najmłodszych – zbiera się pieczątki w lotniczym „paszporcie”).

Współpasażerowie oczywiście marzą o tym, by nasze dziecko całą drogę słodko spało, lub milcząc siedziało na swoim miejscu. To raczej nierealne, a podczas dłuższych przelotów nawet niebezpieczne. Maluch powinien się ruszać, więc jeśli tylko stewardessy nie jeżdżą wózkami z napojami, nie wydają posiłków, ani nie prowadzą sprzedaży towarów z samolotowego sklepiku, możemy wybrać się z dzieckiem na krótki spacer od kabiny pilotów do ogona.

Przewijanie niemowlaków w samolocie też nie powinno nam sprawić kłopotów, o ile jesteśmy w miarę sprawni fizycznie. W toaletach, nad sedesami, są zamontowane składane przewijaki. Korzystanie z nich wymaga pewnej ekwilibrystyki, bo przestrzeni na wszelkie operacje higieniczne jest mało, ale taka jest specyfika wszystkich samolotowych łazienek.

Gdy wszystko zawiedzie

Każdy to kiedyś przeżył. Zamknięta przestrzeń na 10 tys. metrów, dwie godziny do lądowania i drące się w niebogłosy dziecko tuż obok. Nie ma niestety uniwersalnej recepty jak reagować, gdy to nasza pociecha jest koszmarem dla współpasażerów. Ale można próbować takiej sytuacji zaradzić.

Dziecko płacze w samolocie najczęściej ze zmęczenia lub gdy je coś boli. Długi czas oczekiwania w hali odlotów, kontrole, kolejki… To rozdrażnia i męczy. Spróbujmy je wyciszyć przed lotem. Picie przy starcie pozwoli uniknąć bólu uszu, jednak jeśli podejrzewamy, że maluch może cierpieć – pomoże dawka paracetamolu w syropie. Nie zapomnijmy o ulubionym jedzeniu dziecka. Lot, to nie jest dobry moment na kulinarne eksperymenty. Sprawdzają się proste przekąski: bułka, obwarzanek, biszkopt. Łatwiej sprzątnąć okruszki, niż wtartą w fotel czekoladę.

A przede wszystkim poświęćmy dziecku czas i swoją uwagę. Pamiętajmy, że nasz spokój i dobre samopoczucie wpłynie też na nastrój malucha. Warto się postarać, bo gdy już dziecko polubi latanie, będziemy mogli wreszcie się rozluźnić i cieszyć urokami wspólnych podniebnych podróży.