Start Wiadomości Jak mieszkańcy miast szukają kontaktu z przyrodą?

Jak mieszkańcy miast szukają kontaktu z przyrodą?

244
0
PODZIEL SIĘ

Miejskie ule, karmniki, łąki i działki to dziś codzienność zarówno nad Wisłą, jak i w Londynie. Mieszkańcy dużych miast potrzebują kontaktu z przyrodą i robią, co mogą, by zyskać do niej dostęp.

35-letni programista Marcin mieszka w nowym apartamentowcu blisko centrum Warszawy. Od jakiegoś czasu jego balkon zaczęły regularnie odwiedzać pszczoły, co zdziwiło go, bo mieszka na ósmym piętrze. Zagadka wyjaśniła się, gdy skrzynkę na dachu sąsiedniego budynku zidentyfikował jako… ul. – Pomyślałem, że ktoś musiał oszaleć, żeby coś takiego robić w centrum miasta. Chciałem złożyć skargę, bo nie mogę normalnie wyjść na balkon i zapalić, gdyż boję się o użądlenie – tłumaczy.

Jednak gdy przypadkowo wpadł mu w ręce artykuł o masowym wymieraniu pszczół, zmieniło się jego nastawienie. – Już od co najmniej kilkunastu lat w różnych regionach świata, w tym w Polsce, ubywa o kilkanaście procent pszczół rocznie. Są różne teorie co do przyczyn, ale główna jest taka, że odpowiadamy za to właśnie my, trując środowisko naturalne i stosując pestycydy – wyjaśnia nasz rozmówca.

Organizacja Uratuj Pszczołę podaje, że bez tych owadów szybko wyginęłyby liczne gatunki roślin i zwierząt, i musielibyśmy zapomnieć o 76 proc. znanych nam warzyw czy owoców, które „żyją” dzięki zapylaniu.

Zajęcie na lata

Temat wciągnął Marcina na tyle, że wiosną zaczął kompletować własny ul, do którego wprowadziły się pierwsze pszczele rodziny. Nie zaryzykował wprawdzie postawienia go na balkonie, ale „uszczęśliwił” w ten sposób rodziców, którzy mają dom na obrzeżach miasta. Jednocześnie odkrył, że nieznajomemu, który zakładając ul na dachu nieświadomie zaraził go pasją, mogło chodzić nie tylko o naprawę ludzkości.

– Praca przy ulu sprawia ogromny relaks. Na co dzień siedzę przy komputerze i brakowało mi takiego manualnego zajęcia. Cały czas się uczę i już widzę, że to będzie zajęcie na długie lata – śmieje się. Inni doszli już do wyższego poziomu zaawansowania i produkują w mieście własny… miód. Warszawskie Pszczelarium produkuje m.in. miód Żoliborski, Ursynowski i Śródmiejski. Regularnie bada swoje wyroby na obecność zanieczyszczeń, ale póki co miody są czyste – okazuje się, że kwiaty żyjące przez zaledwie kilka dni nie są w stanie wchłonąć spalin. Co ciekawe, miejski miód może być lepszy od tego z pasieki położonej w lesie. Pszczoły mają do dyspozycji tyle ciekawych gatunków różnorodnych roślin, że powstają zupełnie nowe kombinacje smaków.

Ule miejskie najlepsze

Na Wyspach zapaleńców, którzy zajmują się miejskimi pszczołami, są już setki. Idzie im świetnie, bo ostatnie badania pokazują, że dzięki dostępowi do różnorodnych kwiatów i braku pestycydów, to właśnie w ulach miejskich w Wielkiej Brytanii zaobserwować można najmniejsze straty w pszczołach. Ule, doświadczonych pszczelarzy i kursy dla osób zainteresowanych tą tematyką, można już znaleźć w każdym większym mieście. Z londyńskich uli można kupić miód ekologiczny, plastry czy świecie woskowe. Działa tu też Bee Rescue – organizacja, która przyjedzie, jeśli dostanie wezwanie o dzikim roju lub o ulu, któremu grozi zniszczenie.

Jak się zaangażować w pomoc pszczołom? Dysponując choćby skrawkiem wolnej przestrzeni, można oczywiście pod okiem jednej z organizacji postawić własny ul. Jednak aktywiści podają też inne pomysły na to, by poprawić los pszczół: można „zaadoptować” ul wpłacając konkretną kwotę lub posadzić na balkonie czy podwórku miododajne kwiaty, by pszczoły miały co jeść.

Galeria przyszłości

To nie jedyna inicjatywa, dzięki której młodzi z dużych miast starają się powrócić do korzeni i zyskać kontakt z naturą. W większości z tych działań Wyspy przodują. Przykład? The Howard Centre w Welwyn Garden City położonym ok. 20 km na północ od centrum Londynu. Zwykle galerie handlowe kojarzą się z zamkniętą przestrzenią i wielkimi sklepami, więc nie są chętnie wybierane przez miłośników refleksji na łonie przyrody.

Sieci handlowe od jakiegoś czasu zaczynają zdawać sobie z tego sprawę i starają się przyciągnąć mieszczuchów spragnionych kontaktu z naturą.

W Azji powstają w ostatnich latach kolejne centra handlowe z wiszącymi ogrodami lub parkami na dachach, a w galerii w Welwyn wiosną otwarto natomiast ogród ziołowy. Można w nim po prostu odpocząć wśród zapachu lawendy czy mięty lub przyjść z rodziną na darmowe warsztaty z uprawy i pielęgnacji ziół, gotowania czy produkcji ziołowych kosmetyków.

Liche roślinki z marketu

To kolejny krok w kierunku mody, która kilka lat temu zaczęła się od doniczek z bazylią, które można było za kilka funtów kupić w każdym markecie. To od nich zaczynała 37-letnia Gabrysia, manicurzystka ze Stoke-on-Trent. – Takie roślinki z marketu zawsze mi więdły po kilku dniach. Po zajściu w ciążę i przeprowadzce do domu z tarasem miałam więcej czasu, więc zaczęłam eksperymentować na własną rękę – opowiada.

Zaczęła od sadzenia tego co… zostało jej w kuchni po obiedzie. – Korzeń imbiru szybko rośnie i pięknie pachnie, trochę jak trawa cytrynowa. Mam też chilli, cytrynę i avocado z pestek, no i zioła – miętę, bazylię, szałwię – wylicza. – Ale już nie te liche roślinki ze sklepu, tylko moje własne krzewy – mówi z dumą.

Receptura babci

W dobie coraz bardziej zunifikowanej oferty dyskontów własne, „niepryskane” zioła dają możliwość eksperymentowania i próbowania nowych smaków. Nie bez znaczenia są też właściwości aromaterapeutyczne lawendy czy rumianku, o których wiedziały nasze babcie, a do których dziś zestresowani mieszkańcy miast chętnie wracają. – Lawendę dodaję do kąpieli, wkładam między ubrania. Zaczęłam też doceniać zioła, które mamy w Polsce.

Ostatnio sama zerwałam i przywiozłam czarny bez i teraz podaję dziecku w czasie przeziębienia. Działa lepiej, niż herbatki ze sklepu – opowiada Gabrysia. Odwiedzając sklepy w Londynie czy Warszawie, można się przekonać, że nie jest jedyną osobą, którą ten temat fascynuje. Pesto z czosnku niedźwiedziego, przyprawa z podlaskich ziół, ser z czarnuszką – to typowa oferta delikatesów z wyższej półki nad Wisłą. W Londynie częściej można spotkać herbatę z jeżówką czy wspomniany już miód z miejskich kwiatów.

Powrót zupy pokrzywowej

Ostatnie badania Britain’s Royal Botanic Gardens podają, że istnieje ponad 28 tys. gatunków roślin leczniczych, które rosną na Wyspach. Przeciętny mieszkaniec zna co najwyżej kilka z nich, dlatego coraz popularniejsze stają się warsztaty, na których można dowiedzieć się o właściwościach tych najpopularniejszych. Istnieje nawet grupa Radical Herbalism przekonująca, że każdy powinien choć trochę znać się na ziołach, bo dzięki temu będzie w stanie w darmowy sposób poradzić sobie z wieloma przypadłościami, a nawet się wyżywić.

Większość fanów tego trendu nie jest aż tak radykalna, ale zainteresowanie ziołami nie maleje, o czym świadczy olbrzymia popularność przewodników i książek kucharskich, które podpowiadają, jakie łąkowe rośliny można bezpiecznie dodać do zupy czy sałatki. Na londyńskim targu w New Covennt Garden można kupić lokalne zioła uprawiane w byłym schronie znajdującym się pod Clapham. Olbrzymie zainteresowanie sprawiło, że od kilku miesięcy pomysłodawcy oferują też dowóz do domu klienta. Tymczasem w warszawskich restauracjach kwitnie moda na zupę pokrzywową czy torty z jadalnymi kwiatami.

Powrót miejskiej łąki

Badania udowadniają, że kontakt z naturą relaksuje, pomaga uporać się ze stresem, nabrać dystansu do codziennych kłopotów. Może to zresztą potwierdzić każdy, kto po kilku dniach na łonie dzikiej przyrody wraca do wielkiego miasta i już w godzinę po powrocie czuje rosnące napięcie i niepokój. Chodzi zresztą nie tylko o psychikę, bo kolor zielony relaksuje też wzrok i pomaga zachować go w dobrej kondycji, a olejki eteryczne zawarte w ziołach oczyszczają płuca i mogą mieć działanie terapeutyczne.

Nic dziwnego, że kolejnym trendem stało się zakładanie… miejskich łąk. Chodzi o wydzielony obszar zieleni, na którym zasiane zostaną lokalne gatunki kwiatów. Nie będzie on koszony ani spryskiwany środkami chemicznymi; będzie za to można podziwiać na nim przyrodę w takiej formie, jak chciała tego natura.

Jak przekonać urzędnika

Pomysł jak zwykle narodził się tu, a konkretnie w Bristolu, gdzie w 2009 roku po raz pierwszy padł termin „miejska łąka”. Pomysłodawca, Nigel Dunnett tłumaczył wówczas, że dzika przyroda jest potrzebna pszczołom i poprawia samopoczucie mieszkańców, ale lokalni politycy byli sceptyczni. Wszystko zmieniło się, gdy samorząd musiał znaleźć oszczędności w budżecie lokalnym i okazało się, że pozostawienie trawników w stanie dzikim lub ograniczenie koszenia to oszczędność. Od tej pory miejskie łąki pełne słoneczników, maków i chabrów rozprzestrzeniły się na Wyspach, a wkrótce dotarły także do Polski. Dziś to już naprawdę powszechny widok.

– Dzieci nie wiedzą, jak wyglądają typowo polskie kwiaty. Dla nich to róże i kaktusy, bo rosną w domu w doniczce. Dlatego to jest ważne, by pokazać im – tak wygląda łąka, stąd bierze się mak, a stąd rumianek do szamponu – tłumaczy 24-letnia Monika, przedszkolanka z przedszkola na warszawskim Grochowie, obok którego w zeszłym roku powstał kilkumetrowy fragment takiego trawnika.

Łąki już były

W internecie można znaleźć już poradniki dotyczące gatunków, gotowe mieszanki odtwarzające kwiaty dziko rosnące w Polsce czy na Wyspach, a także inne akcesoria czy gadżety, dzięki którym uprawa się uda. Należą do nich też budki dla ptaków czy owadów, które mają pomóc zapylać łąkę, a dzięki temu przedłużyć jej życie i zapewnić rozwój. Kosztują już od kilku funtów. Dodatkowo stworzenie karmnika czy domku dla owadów może być projektem dla spragnionych robót ręcznych mieszczuchów na długie, jesienne wieczory. I choć większości sam pomysł się podoba, niektórzy krytykują wykonanie. – Kiedyś Wilanów to była jedna wielka łąka maków – przypomina sobie emerytowany ogrodnik, 69-letni Bogdan, mieszkaniec niedalekiego Konstancina.

– Wszystko to oczywiście zniszczono, by postawić osiedle, a dziś robi się jakieś dwumetrowe „łąki kwietne”. Dla mnie to jest śmieszne – wystarczy zostawić trawniki w spokoju, a łąki powstaną same. To widać tam, gdzie kwiaty mogą rosnąć, jak chcą – denerwuje się.

Mak mamy w kuchni

Rzeczywiście – łąka kwietna założona w zeszłym roku w Wilanowie kosztowała ponad 4 tys. złotych i można zastanawiać się, czy wysianie nasion i postawienie drewnianego płotka rzeczywiście musi kosztować aż tyle. Szczególnie, jeśli tworząc łąkę, miasto przestaje ponosić koszty koszenia trawnika. A to nie najdroższa realizacja tego typu, bo kilkadziesiąt metrów kwietnego trawnika przy ul. Saskiej na Saskiej Kępie kosztowało już 13.225 zł. Zdaniem Bogdana taka łąka własnej roboty nic nie kosztuje. – Wystarczy przesadzić rośliny z pola lub wyhodować sadzonki, co oczywiście wymaga pewnej wiedzy i czasu. Można też wysiać z torebek, które kosztują grosze.

A najlepszy sposób na łąkę kwietną? Zostawić zieleń w spokoju i dać jej rosnąć – uważa. Zwraca uwagę, że nasiona części roślin i tak mamy już w kuchni, jak choćby mak, który jest gotowy do wysiania. To pomysł podobny do popularnej na Wyspach inicjatywy guerilla gardening. – Miasto nie chce zasadzić kwiatów lub mnoży koszty? Zajmiemy się tym sami – głosi hasło pomysłodawców.

Pomysł jest prosty: wystarczy czekając na przystanku, czy spacerując wzdłuż zapuszczonego ogrodu wyjąć torebkę nasion i… zasadzić. W ten sposób w szczelinach chodników czy na budowach w Londynie wyrosły już róże, słoneczniki czy truskawki. Wszystko to bez konieczności występowania o pozwolenia i minimalnym kosztem. Powstają też opakowania z tektury wzbogacone o nasiona. Osoba, która śmieci, przy okazji miałaby wysiewać kwiaty.

Nowy działkowicz

Najwięksi szczęściarze nie muszą jednak odwiedzać ogrodów ziołowych ani zadowalać się widokiem łąki kwietnej, bo mają własną zieloną przestrzeń w mieście. Działkowicze kiedyś kojarzyli się ze starszymi panami, którzy między blokami hodują gołębie. Dziś młodsze pokolenie odkrywa działki na nowo. Dziennikarka „Wysokich Obcasów” Paulina Reiter opisywała ostatnio radość z zakupu działki.

– Po pracy w ciepłe dni jeżdżę tam. Siedzę w hamaku i patrzę, co mi wyrośnie. Przyglądam się kwitnieniu wiśni i śliwy. Obserwuję ptaki. Pielę. Czytam. Nie można być niecierpliwym – wszystko ma swój sezon. To, co wyrosło z ziemi, może do niej wrócić – więc kompostuję. Myślę, że spokojnej emerytury nie zaznam. Dlatego już teraz funduję sobie przy każdej okazji taką małą emeryturkę – podsumowuje.

W miastach pojawiają się też ogrody społeczne, a przy braku miejsca – skrzynki z ziemią, które można wynająć od urzędu gminy czy osiedla i samemu sadzić w nich pomidory. Opłata za taką przyjemność to najwyżej kilkanaście funtów rocznie. Satysfakcja z pracy w ziemi i smak warzyw z własnego ogródka są jednak bezcenne.

Sonia Grodek