Start Wiadomości Internetowa sprzedaż – hobby czy zarabianie?

Internetowa sprzedaż – hobby czy zarabianie?

669
0

Sprzedajesz na eBayu, zarabiasz na Uberze? Rząd wypowiada wojnę nieopodatkowanym dochodom z sieci.

35-letnia Kasia z Przemyśla od lat, przy okazji każdej wizyty w Polsce, odwiedza wszystkie lumpeksy w okolicy. – Mam talent do wyszukiwania markowych, ładnych ubrań. Kupuję je za kilka złotych. Ostatnio np. szorty Calvina Kleina. Po powrocie na Wyspy wstawiam na eBay, czasem jakieś wyjątkowo dobre znalezisko oddaję do komisu – opowiada i dodaje, że robi to głównie dla przyjemności, ale też dla pieniędzy, bo przebicie na jednej rzeczy może być nawet dwudziestokrotne.

Na swoim hobby zarabia miesięcznie najwyżej 150 funtów, ale to dla niej i tak dużo, bo pracuje na pół etatu jako kasjerka. Z kolei 24-letnia Kamila z Portsmouth ze sprzedaży bibelotów i makatek własnej roboty na Etsy zarabia w dobrym miesiącu nawet kilkaset funtów. W gorszym – najwyżej kilkadziesiąt. – Chciałabym z tym wiązać moją przyszłość, to moja pasja. Ale nie chcę zakładać firmy. Nigdy nie myślałam o podatkach. Boję się zobowiązań i tego, że jakby mi coś nie wyszło, zostałabym z długami – przyznaje.

To nie ich sprawa?

To „The Telegraph” ujawnił ostatnio, że fiskus wziął się za dochody uzyskiwane poprzez portale takie jak Etsy, eBay, Gumtree czy Amazon. Już wcześniej miała miejsce podobna akcja, której efekty pozytywnie zaskoczyły urzędników. W 2012 roku po kampanii na ten temat zebrano 9 milionów funtów. Rekordzista nie zapłacił 1,4 mln podatku w ciągu sześciu lat i trafił na dwa lata do więzienia. Inny sprzedający „zapomniał” rozliczyć podatek za 500 tys. sprzedanych filmów, płyt i gier. Sprzedawcy nie mogą już czuć się anonimowi. Urząd podatkowy ma dostęp do nazwisk, adresów e-mail i szczegółów transakcji tych kupujących, którzy wzbudzają podejrzenia.

Zaniżają ceny

Tegoroczna akcja uderza nie tylko w „grube ryby”, bo wśród 14 tys. osób, które dostały listy z HMRC, niektóre zarobiły na handlu zaledwie 100 funtów. Tysiąc listów trafiło do osób, co do których urząd miał pewność, że uniknęły płacenia podatków. Są jednak i tacy, którzy od początku swej „działalności” rozliczają się z fiskusem, jak 26-letni Konrad z Manchesteru, który sprzedaje na aukcjach części komputerowe. – Rzeczy, które sprzedaję do tanich nie należą, a ja chcę mieć dobrą reputację, więc od początku wystawiałem rachunki. Dla mnie to nawet lepiej, żeby zaczęli ścigać tych, co handlują „na lewo”, bo ci zaniżają ceny – tłumaczy. Z punktu widzenia klientów może to oznaczać podwyżkę cen płyt, kosmetyków czy ubrań kupowanych na portalach aukcyjnych.

Nie wiedzą, że oszukują

Sprzedających martwi jednak raczej to, czy to do nich „przyczepi się” fiskus. Niektórzy mają powody do obaw. „Firma zajmująca się sprzedażą internetową zatrudni na pełen etat osobę do obsługi aukcji Allegro, eBay oraz do sprawdzania towaru“, „Zatrudnimy pracownicę do wystawiania aukcji w internecie, minimum 50 aukcji dziennie” – takie ogłoszenia pokazują, że granica pomiędzy wielką firmą z działem sprzedaży a amatorami wystawiającymi okazyjnie stare sprzęty, się zaciera. – Wiele osób nie oszukuje świadomie, po prostu nie wiedzą, czy przekroczyli granicę „firmy”, czy nie – wyjaśnia 31-letnia Patrycja, doradca podatkowy z Londynu. – Ktoś może wystawić na takim portalu kilka książek ze starego księgozbioru i nie liczyć na wiele. Jeśli pojawi się zainteresowanie, wystawi ich już kilkanaście, a potem kilkadziesiąt miesięcznie. Może to trwać parę miesięcy. Taka osoba technicznie podpada pod kategorię „dużej firmy”, ale praktycznie wciąż może mieć wytłumaczenie, że tylko pozbywa się rupieci z piwnicy – zwraca uwagę Patrycja.

Dla zysku czy zabawy?

Jak więc poznać, że to może nas dotyczyć? Po pierwsze musimy zyskiwać na sprzedaży. – Niby oczywistość, ale przecież wiele osób sprzedaje po to, żeby zrobić miejsce w domu i nie liczy na zyski – tłumaczy Patrycja. Obawiać się powinny te osoby, które kupują taniej, żeby sprzedać drożej – takie działanie wyraźnie daje do zrozumienia, że robimy to dla zarobku. Kwota musi być na tyle znaczna, by przekraczała próg wolny od podatku – w tym roku prawie 11 tys. funtów. Jeśli więc zarabiamy tylko na aukcjach w internecie, musielibyśmy miesięcznie zyskiwać ponad 900 funtów. Jeśli jednak poza internetową działalnością chodzimy też do „zwykłej” pracy, prawdopodobnie jakakolwiek transakcja będzie powyżej kwoty wolnej od podatku. Po drugie, działalność musi być stała, a więc nie dotyczy to osób, które wyprzedają rzeczy np. tylko raz w roku, przed świętami. Co zrobić, jeśli podpadamy pod te kategorie? Musimy pamiętać o tym, ile zarabiamy i wpisywać to w zeznaniu podatkowym. A jeśli jeszcze tego nie zrobiliśmy, najpierw należy zarejestrować jednoosobową działalność gospodarczą.

Uberowcy nielegalni

Pod obstrzałem są też popularne ostatnio dzielone przewozy, takie jak Uber, Lyft czy Blablacar, gdzie indywidualni kierowcy jadący w danym kierunku mogą zabrać chętnych pasażerów, którzy zgłoszą się do nich za pośrednictwem aplikacji. Takie sposoby od początku nie cieszyły się entuzjazmem taksówkarzy i firm przewozowych, których zdaniem stanowiły nieuczciwą konkurencję, nie posiadającą wiedzy, zezwoleń czy ubezpieczenia od przewozu osób. Dla pasażerów liczyło się co innego – nawet o połowę tańsze przewozy.

Problemy Ubera zaczęły się w krajach, gdzie działają prężne związki zawodowe kierowców, które dbają, by każdy z nich zarabiał co najmniej pensję minimalną. Rząd Francji nałożył na Uber karę 625 tys. funtów, a we Frankfurcie i innych niemieckich miastach zabroniono mu korzystać z usług kierowców, którzy nie mają licencji przewozowej. We Włoszech i Hiszpanii aplikacja jest nielegalna. To, co najbardziej zniechęca rządy do takiego systemu przewozów, to właśnie unikanie płacenia podatków przez kierowców i przejście całej branży do szarej strefy. Dla osób, które w ten sposób dorabiają, sygnał jest jasny: jak najszybciej zacznij płacić legalnie podatki.

Wakacje się zwracają

Podobne są perypetie serwisu Airbnb, które pozwalają wystawić na wynajem nieużywany pokój czy dom na czas urlopu. – To fantastyczny sposób na poznanie danego miasta. Już nigdy nie zamieszkam w hotelu. Zamiast chodzić do restauracji, można sobie gotować samemu. Jak w domu – mówi 23-letnia Monika z Warszawy, która była w ten sposób w Paryżu i Mediolanie. Zachwyceni są też wynajmujący. Wśród nich 28-letnia Dalia ze stolicy Polski, która wyjechała na wymarzoną podróż do Iranu. Na parę tygodni wyjazdu postanowiła wynająć swoją świeżo odnowioną kawalerkę na Mokotowie. – Miałam zajęte dwa tygodnie za ok. 130 zł dziennie. Koszty wyjazdu zwróciły mi się z nawiązką – mówi.

Wynajem bez podatku

To niepokoi rządzących nie tylko w Wielkiej Brytanii. Poza obawami o bezpieczeństwo korzystających i skargami sąsiadów, główny zarzut to właśnie unikanie podatków. To dlatego w centrum Berlina nie można już wynajmować całych mieszkań – miasto traciło setki tysięcy euro na niezapłaconym podatku hotelowym w wysokości 10-15 proc. opłaty za nocleg. Według „The Independent” w Londynie Airbnb pokazało swoje drugie, gorsze oblicze. W centrum tego miasta mieszkań nie mają zwyczajni ludzie, tylko firmy deweloperskie. I to zdaniem gazety one dominują wśród ogłoszeniodawców. Zamiast obniżać ceny, jeszcze je podwyższają. Według śledztwa dziennika to czysty biznes – w City of London prawie 60 proc. domów i mieszkań jest wynajmowana przez cały rok i taki sam odsetek wystawiających ma więcej niż jedną nieruchomość na wynajem. 45 proc. mieszkań jest wynajmowana na ponad trzy miesiące naraz, a żadna ze stron nie płaci przy tym podatków.

Fiskus też czyta bloga

W Wielkiej Brytanii póki co korzystanie z portalu większości użytkowników jeszcze nie przynosi problemów, ale na świecie już zaczyna się to, co HMRC robi ostatnio z „zawodowymi” sprzedawcami z eBaya czy Gumtree. Boleśnie przekonał się o tym Dany Papineau z Kanady, który przez wiele lat był szczęśliwym wynajmującym w ramach Airbnb, a później założył stronę, na której dzielił się poradami z tymi, którzy dopiero zaczynają wynajmować mieszkania. Z detalami opisywał tam trudnych gości, sekrety sprzątania czy sposoby, by zwiększyć zysk. Miał pecha – na bloga natknął się jeden z fiskusów z Quebecu. Wkrótce w skrzynce pocztowej, Papinaeu znalazł rachunek wzywający do opłacenia podatku hotelowego i sprzedażowego za trzy lata wstecz. Opiewał na 62 tysiące dolarów.

Szare plamy

Co dalej? Na pewno przed nami zacieśnianie regulacji, bo póki co e-rynek wciąż częściowo przypomina Dziki Zachód. – Załóżmy na przykład, że ktoś stworzył aplikację do liczenia kalorii i umożliwia użytkownikom zrobienie dotacji w zamian za pobranie programu. Przypuśćmy, że taka osoba żyje z tej aplikacji, czyli z dotacji. Z drugiej strony można powiedzieć, że po prostu żyje ze sprzedaży swojego programu. Czy powinien płacić podatki – zastanawia się Patrycja. Na WhatsApp i Instagramie kwitnie w tym czasie handel zdjęciami i czasem poświęconym na rozmowę pomiędzy pięknymi, młodymi ludźmi a ich sponsorami, a na Skype i podobnych aplikacjach odbywają się lekcje językowe. Mamy też portale takie, jak Gumtree, gdzie często usługa jest tylko reklamowana, a przekazanie gotówki i towaru odbywa się już w świecie realnym. Jak widać wciąż jest jeszcze wiele szarych plam, jeśli chodzi o świadczenie usług w internecie. Jedno jest pewne – rząd traci na tym rocznie miliardy funtów i nie spocznie, póki nie odzyska tych pieniędzy.
HMRC traci na nieopodatkowanych dochodach z sieci 5,9 miliarda funtów rocznie.

Kiedy powinieneś płacić podatki za to, co sprzedajesz w sieci?

  • robisz to dla zysku
  • poświęcasz temu dużo czasu (np. 7 miesięcy w roku; 6 godzin dziennie)
  • przekraczasz próg kwoty wolnej od podatku

Sonia Grodek