Start Wiadomości Exodus z Polski trwa

Exodus z Polski trwa

1778
0
PODZIEL SIĘ

Nie tylko Mazury, Lublin, kujawsko-pomorskie czy Podhale. Także Warszawa, Kraków, Poznań. W Wielkiej Brytanii można spotkać Polaków z całej Polski. – Polska jest trudnym krajem. Nie da się z nią wiązać przyszłości – mówią. Exodus młodych trwa.

Natalia Nadolska ma 23 lata i ukończoną pedagogikę na UJ. Studiuje anglistykę, zna też trochę hiszpański i włoski. Dzięki czemu zawsze miała łatwo o pracę w mieście, w którym mieszka. W Krakowie najłatwiej znaleźć pracę w obsłudze branży turystycznej – duża rotacja, niskie stawki, sezonowość, zero kodeksu pracy. Natalia zna pracę kelnerki i barmanki, recepcjonistki i pokojówki. Oficjalne zarobki marne, ale to napiwki pozwalały jej żyć. – To zawsze była trzecia czy nawet czwarta pensja – podkreśla Polka.

Schody zaczęły się, gdy Natalia chciała podjąć stałą i legalną pracę, jako nauczycielka. Niż demograficzny zredukował nauczycielskie etaty, nawet w przedszkolach, choć podobno brakuje w nich miejsc dla dzieci. Mogła starać się tylko o posadę opiekunki do osoby starszej lub niepełnosprawnej. O umowie o pracę nie ma co marzyć. Po Nowym Roku więc Natalia wyjeżdża do Niemiec, tam praca opiekunki jest dobrze płatna, a Polki wyrobiły sobie renomę.

Staszek z Nowego Targu uciekł pół roku temu. – Turystów nie ma, bo brak atrakcji, powietrze brudne jak w Krakowie, sport leży, choć hokejem staliśmy. Totalna degrengolada, bezrobocie rośnie. Wolałem spróbować szczęścia za granicą. Jak mi się nie spodoba w Anglii, to do rodziny do Stanów wyjadę – mówi 25-latek.

Paulina Pietrzak z Lublina ukończyła policealne studium ekonomiczne. Po stażu została w banku spółdzielczym jako młodsza referentka. Ale po trzech latach dyrektor dokonał redukcji zatrudnienia. Oferty z pośredniaka? – Dla szwaczki, dla spawacza i dla opiekunek osób starszych w Niemczech – wymienia Paulina. Przyjechała do siostry w Bexley. Pracę w restauracji w niedalekim centrum handlowym w Bluewater znalazła w ciągu godziny. – Dodatkowo, na nocki chodziłam do drukarni, jak firma miała zlecenia – dodaje. Po pół roku koleżanka dała jej cynk, że lepiej płacą w Norwegii. – Można przez trzy miesiące pracować sprzątając mieszkania, a potem 2-3 mieszkać w Polsce – tłumaczy 25-latka. – Zdecydowałam się, bo mam pod opieką schorowanego ojca i chcę o niego zadbać – przyznaje.

Robert Adamiak jest po gastronomii, dobrej szkole z kujawsko-pomorskiego. Wybrał ją z pasji do gotowania. – Ale w Polsce mogę pracować najwyżej jako kelner. Żeby zostać managerem, musiałbym mieć znajomości. Oficjalne stawki mam tak niskie, że nikt nie udzieli mi kredytu. Dlatego przyjechałem do Londynu – wyjaśnia. 22-latek wymarzył sobie pracę u Jamiego Olivera. – Chcę mieć swoją restaurację. Wiem, że w Anglii mam szansę na rozwój. Nie boję się pracy, ale chcę wiedzieć, że czegoś się dorobię, że ktoś mnie doceni, że coś osiągnę – podkreśla.

Co musiałoby się zmienić?

– Gdyby w Polsce była szansa na pracę, zostałabym – twierdzi Paulina Nadolska. – Oczywiście szansa na pracę, która pozwala przetrwać bez proszenia rodziców o pomoc. Nie chcę liczyć na rentę ojca, chcę sama na siebie zapracować – przekonuje.

– Jeżeli w kraju, za moją pracę płacono by więcej i jako pracownika traktowano godnie – zostałabym – zaznacza Marta. – Nie musiałabym mieć luksusów, ale podstawowe prawa do urlopu, zwolnienia lekarskiego, wolnego weekendu choć raz w miesiącu – wymienia.

– Gdybym miała możliwość wychować dziecko, dostęp do przedszkola, elastyczny rynek pracy i pomoc socjalną, zostałabym w ojczyźnie – potwierdza Zofia, która od kilku lat mieszka w UK. – A tak wydaliśmy z mężem w kraju fortunę, by zostać rodzicami (zapłodnienie in vitro), a potem nie mieliśmy na utrzymanie rodziny. Anglia, nie dość że oferuje ulgi rodzicom, to wspiera rodzicielstwo w postaci darmowego zapłodnienia in vitro – zauważa.

– Gdybym mogła założyć firmę w Polsce na takich warunkach jak tu w Anglii, zostałabym – tłumaczy Katarzyna, która w Dagenham prowadzi wraz z partnerem firmę w branży motoryzacyjnej. – Niskie podatki, możliwość rozpoczęcia działalności na próbę, niewielkie składki, państwo przyjazne przedsiębiorcom – wylicza Polka.

– Jeżeli Polacy byliby bardziej prospołeczni – zostałabym – wyjaśnia Martyna Zbonikowska, która w wolnym czasie pracuje w sklepie RSPCA w północnym Londynie. Martyna wyjechała z Polski po tym, jak się okazało, że stowarzyszenie, w którym działała na rzecz dobra zwierząt, fundusze przeznaczone na poprawę losu bezdomnych psów i kotów przeznaczyło na wyjazd integracyjny na Teneryfę. – Wiem, że defraudacje zdarzają się wszędzie, ale w Polsce to chyba norma. Nawet Jerzemu Owsiakowi, który robi coś wielkiego dla społeczeństwa, wiecznie coś się zarzuca. W Anglii przynajmniej widzę, że te stowarzyszenia i organizacje działają. Widzę efekty tych działań. I chce mi się pracować – podkreśla.

Czy za granicą jest lepiej?

– W Polsce miałam umowę na 1/4 etatu, a pracowałam 50-60 godzin tygodniowo, znosząc humory szefa i błagając o należny mi urlop – wspomina Marta, która pracuje jako lekarka weterynarii w małej miejscowości niedaleko Londynu. – W Anglii po raz pierwszy wypłacono mi za wszystkie nadgodziny. Nie mogłam uwierzyć. Tutaj mam też średnio 1.000 funtów rocznie na samo dokształcanie się i ode mnie zależy, jak je wykorzystam – twierdzi specjalistka od chorób zwierząt. – Dzięki etatowej pracy stać mnie na utrzymanie rodziny i zagraniczne podróże. Kupiłam dom, mamy dwa samochody. W Polsce taka sytuacja byłaby możliwa, gdybym otworzyła własną lecznicę, ale najpierw musiałabym się mocno zadłużyć, bo zakup sprzętu to ogromny wydatek – mówi.

– W Polsce mieszkałem w kawalerce po dziadku. Swoboda i samodzielność – przyznaje Robert. – Tutaj mieszkam w dwuosobowym pokoju. Ale wiem, że to przejściowe, bo mam cel i czuję, że go osiągnę. W Polsce miałem związane ręce układami i układzikami – zaznacza.

– Wybrałam pracę okresową, ale mogłabym zostać w Norwegii na stałe i nawet pracując dla agencji bądź w fastfoodzie pozwolić sobie na godne życie – podkreśla Paulina Pietrzak. – Nie musiałabym nawet pracować w pełnym wymiarze godzin. Mogłabym zdecydować się na dziecko i dostałabym pomoc od państwa. Moi sąsiedzi – ona recepcjonistka w małym hotelu, on malarz pracujący dorywczo przy remontach, co rok kupują nowy samochód i wymieniają sprzęt grający w salonie. Bez wysiłku – zaznacza.

W rozmowie dla Financial Timesa profesor Krystyna Iglicka-Okólska, demograf, rektor Uczelni Łazarskiego podkreśliła, że młodzi ludzie, którzy zamierzają założyć rodziny, szukają pracy, która zapewni im stabilną przyszłość. W kraju nie mogą takiej znaleźć. Dochodzi do tego problem mieszkaniowy. Stąd masowe decyzje o wyjeździe.

Powstrzymać krwawienie

– Krwawimy ludźmi – przyznała wprost prof. Krystyna Iglicka-Okólska w wywiadzie dla popularnego polskiego dziennika. – Dane są zatrważające – zauważa.

Największą grupę (prawie 750 tys.) emigrantów stanowią Polacy w wieku 25-34 lata. Wg danych GUS, z Polski wyjechało 10 proc. ludzi urodzonych w latach 1977-1986. Odpływ młodej siły roboczej, na której można oprzeć system emerytalny, to jedno, natomiast fakt, że osoby w wieku produkcyjnym również są osobami w wieku rozrodczym powoduje, że Polska się wyludnia. Polska jest na przedostatnim miejscu w Europie, jeśli chodzi o liczbę urodzeń przypadających na jedną kobietę – 1,3.

Za nami tylko Portugalia z niewiele gorszym wynikiem 1,28. Kraje przodujące to Irlandia, Francja i UK z urodzeniami powyżej 2 dzieci, przy średniej europejskiej 1,58. Dane Eurostatu mówią, że dziś na jednego niepracującego Polaka pracuje trzech. Jednak do 2040 r. stosunek się zmieni na 1:1, co oznacza poważny problem. Drugim problemem jest nie tylko odpływ tzw. taniej siły roboczej, ale emigracja specjalistów, czyli wykształconych młodych ludzi.

W ciągu ostatniej dekady miejsce zamieszkania z powodu pracy zmieniło ponad ćwierć miliona europejskich specjalistów, czyli np. lekarzy. Najbardziej drenowanym krajem jest Polska. Warunki jakie zapewniają kraje „starej Unii” przyciągają dobrze wyszkolonych specjalistów z nowych państw Wspólnoty. Z Polski za chlebem wyjechało niemal 40 tys. wysoko wykwalifikowanej kadry, najwięcej do Wielkiej Brytanii, Niemiec i Belgii. Dlatego w ojczyźnie brakuje psychiatrów, anestezjologów, pulmonologów, pielęgniarek i położnych. – Nie pamiętam, by jakikolwiek lekarz odpowiedział na ogłoszenie o pracę zamieszczone u nas – komentuje pracownica Urzędu Pracy Łódź Bałuty.

Polska nieprędko będzie krajem docelowym dla specjalistów, m.in. lekarzy. – Tacy pracownicy, jeśli już wyjeżdżają za pracą, to do kraju, w którym zarobią najwięcej. Ukraiński czy rumuński lekarz zarobi w Polsce o 30-50 proc. więcej niż w swoim kraju, ale w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii jego zarobki będą już kilkakrotnie wyższe – mówi Mateusz, który od czterech lat pracuje jako lekarz w Londynie.

Działania rządu zmierzające do zmiany status quo, specjaliści oceniają jako kosmetyczne. Co prawda, rząd wycofał się z pomysłu płatności za drugi kierunek studiów i premier Ewa Kopacz obiecała studentom staże w urzędach, a od 2016 r. nawet finansowanie najzdolniejszym zagranicznych studiów, pod warunkiem, że każdy ze stypendystów będzie musiał co najmniej pięć lat po powrocie ze studiów przepracować w kraju. – Wciąż nie wiadomo, w jakich krajach i na jakich uczelniach finansowane miałyby być studia, i czy jako absolwentka po powrocie znajdę pracę w Polsce, a jeśli tak, to za jakie pieniądze. Żadna rewelacja – kwituje wzruszeniem ramion Dominika, studentka II roku turystyki na Uniwersytecie Łódzkim.

Nie wrócą…

– Po warmińskiej uczelni czuję się bardzo dobrze przygotowana teoretycznie do zawodu – przyznaje Marta. – Brakowało mi praktyki, w której Brytyjczycy są mistrzami. Ale dziś, po siedmiu latach zdobyłam doświadczenie, które uzupełnia wykuta w Polsce teoria, dzięki czemu koledzy i szefowie cenią moją pracę. Po co miałabym wracać? – zastanawia się.

38-letni Waldek Fic miał dobrą pracę w pruszkowskiej firmie jako informatyk, ale jego żona nie mogła znaleźć zatrudnienia. Irlandzka filia firmy zaproponowała Waldkowi kontrakt w Dublinie. Po trzech miesiącach Polak wrócił po żonę i 3-letnią córkę. – Nie chcieli bym odchodził, więc zaoferowali mi dopłatę do mieszkania oraz obiecali pracę dla żony i przedszkole dla córki – cieszy się Waldek. – Mam też zapewnione szkolenia i otwartą drogę awansu. Tu jest raj – dodaje.

Nawet jeśli działania brytyjskiego rządu skutecznie zniechęcą nowych emigrantów, nie powstrzyma to wypływu młodych Polaków. Po prostu zmienią kierunek migracji. Coraz więcej osób kupuje tani bilet do Oslo i zostaje w Norwegii, bo państwa skandynawskie oferują wyższy poziom opieki społecznej. – Młodzi Polacy znajdują tam miejsca pracy, a także sprzyjające warunki do zakładania i powiększania rodziny – czytamy w najnowszym raporcie GUS.

Nie tylko Polska

Ale odpływ młodych talentów dotyczy nie tylko Polski. Co ciekawe skarży się na niego również… Irlandia. Mimo że liczba osób migrujących z kraju z roku na rok spada (z 33.100 do 21.400 w 2013, ogółem jednak w latach 2009-2013 wyjechało ponad 228 tys. osób), to jednak większość z wyjeżdżających to osoby z wyższym wykształceniem (ponad 60 proc.). Padraig ma 26 lat i skończył Trinity College w Dublinie. – Jeszcze nie wiem, co będę robił, ale chciałem zobaczyć jak żyje się w Australii – przyznaje. Nie szuka pracy jako biolog i chemik, chce zarabiać muzyką, którą kocha. – Gram nietypowo, trochę rock, trochę folk. Zobaczę czy Australia polubi moje kawałki – śmieje się.

W Irlandii populacja osób w wieku 20-24 lata spadła w latach 2006-2011 o 13,2 proc.

– Wyjadę ja czy inni moi koledzy, ale na nasze miejsce wskoczy drugie tyle Polaków czy Litwinów – podsumowuje Padraig. – Nie martwię się, bo u nas ma kto pracować – dodaje.
Niestety, nie mamy co liczyć na to, że odpływ młodych Polaków uzupełnią cudzoziemcy.

Czy wiesz, że…

według danych GUS w 2013 roku poza Polską przebywało około 2 mln 196 tys. naszych rodaków. To o 66 tys. więcej niż rok wcześniej. Wyjeżdżają w poszukiwaniu pracy (70 proc.) i mają zwykle 25-29 lat. Najczęściej wybierają kraje UE: Wielką Brytanię (642 tys. osób), Niemcy (560 tys.), Irlandię (115 tys.) i Holandię (103 tys.).