Start Polecane Epidemia otyłości na Wyspach

Epidemia otyłości na Wyspach

316
0
PODZIEL SIĘ

Jeden na czterech mieszkańców Wysp jest otyły. To wynik najwyższy w Europie i jeden z najbardziej imponujących na całym świecie.

Wystarczy poczytać nagłówki lokalnych gazet, by się o tym przekonać. „NHS musi inwestować w karetki dla otyłych”, „Więcej interwencji strażaków u osób otyłych”, „Zmniejszenie rozmiarów słodyczy sposobem na otyłość?” – to tylko kilka z przykładów tematów, jakie poruszał w ostatnich dwóch latach „Goniec”. Okazuje się, że zamiłowanie do słodyczy czy niechęć do siłowni to nie tylko problem osobisty, ale też olbrzymie obciążenie dla wszystkich służb krajowych. Wystarczy wiedzieć, że palenie papierosów jest dopiero drugą, po objadaniu się niezdrowymi produktami, przyczyną zgonów i chorób w kraju.

Rachunek płacimy wszyscy, bo – na razie nielicznie – ale pojawiają się pierwsze osoby, które z powodu otyłości zostały uznane za inwalidów. Nie byłoby w tym nic złego z punktu widzenia przeciętnego podatnika, gdyby nie fakt, że z powodu swojej niepełnosprawności część z nich jest uznawana za osoby niezdolne do pracy, a przez to muszą one utrzymywać się z zasiłku.

Najgłośniej było o Janice Manzur z Kirkcaldy i jej córce. Obie panie mają do dyspozycji skutery i samochód dla osób niepełnosprawnych, a poza tym dostają ponad 33,5 tys. funtów zasiłków rocznie. A takich osób ma być coraz więcej.

Choroba czy nadużycie?

Co o tym myślimy? – Otyłość to też choroba. Myślę, że zasiłek się takim osobom należy, jeśli faktycznie nie mogą pracować – uważa 24-letnia Mariola, sprzedawczyni z Cardiff. Innego zdania jest 24-letni Piotrek, instruktor kulturystyki mieszkający w Birmingham. – Każdy może schudnąć, jeśli odpowiednio do tego podejdzie. Nie wiem, co o tym myśleć, że państwo „nagradza” te panie za lenistwo. No bo na to wychodzi! Nie taniej byłoby im „postawić” karnet na siłownię i dietetyka – zastanawia się. Statystycznie to właśnie w mieście, w którym mieszka Piotr, ludzie są najgrubsi w całym kraju.

Drugie miejsce zajmuje rozciągające się na północy Staffordshire. Mapy pokazujące ilość osób otyłych w ogólnej populacji nie pozostawiają złudzeń – na północy Anglii jest pod tym względem najgorzej. Piotr nie potrafi odpowiedzieć, dlaczego to właśnie jego miejsce zamieszkania otrzymało ten niechlubny tytuł.

Swoje przypuszczenia ma 40-letni Maciek, budowlaniec z Burton upon Trent, który mniej więcej dziesięć lat temu zaczął przybierać na wadze i dziś waży ok. 130 kg przy ok. 170 cm wzrostu. Jego zdaniem niezdrowe jedzenie jest po prostu najtańsze i najłatwiej dostępne. – Po pracy odgrzewam sobie pizzę z mrożonki, czasem kupuję kebaba. To najwyżej 2-3 funty. I jeszcze wystarczy na dwa piwka – wyjaśnia. Kiedyś stołówka z domowym obiadem i kompotem, dziś market z gotowymi daniami i niezdrowymi napojami – tak zmieniła się ulica.

Po co jemy?

A przecież jeszcze kilkadziesiąt lat temu, myśląc o Wyspach, większość z nas miała przed oczami obraz wysokiego, szczupłego dżentelmena, a nie kogoś chorobliwie otyłego. W ciągu ostatnich trzech dekad to się zmieniło. Ilość osób z problemami tego typu zwiększyła się trzykrotnie. Jeśli liczyć nie tylko tych chorobliwie otyłych, ale też po prostu zmagających się z nadwagą, to okaże się, że już prawie dwie trzecie mieszkańców kraju ma takie przypadłości. Profesor Terence Stephenson z Academy of Medical Royal Colleges alarmuje, że to już największy problem zdrowotny, z jakim musimy się mierzyć.

Jak to się stało, że jesteśmy statystycznie grubsi niż kochający jedzenie Francuzi, lubujący się w pizzy Włosi czy piwosze z Niemiec? – Na pewno sporym problemem jest dieta. We Francji czy na południu Europy jednak częściej je się po to, by się delektować pysznymi potrawami. Tu jedzenie często jest proste i tłuste. Jemy, żeby się „zapchać”, pocieszyć – zauważa Laura, 32-letnia pomocnica szefa kuchni, która od pięciu lat pracuje w londyńskich restauracjach, a wcześniej zdobywała praktykę we Francji i włoskiej pizzerii w Neapolu.  Rzeczywiście, nasze ulubione potrawy trudno uznać za dietetyczne.

Według portalu Deliveroo najczęściej zamawiamy na wynos hamburgery, jedzenie tajskie, burritos i pizzę. Ulubionym daniem Brytyjczyków od lat jest tłusta i ciężka tikka masala, a według organizacji Discover Cornwall, gdy już jemy coś tradycyjnego, to zwykle tłuste fish and chips, pełne brytyjskie śniadanie oparte na jajkach, fasoli i kiełbaskach lub kanapkę z grubym plastrem bekonu.

Kawa tłusta jak kotlet

Warto wziąć pod uwagę, że przygotowując potrawy w domu mamy kontrolę nad wielkością porcji i składnikami, których używamy, podczas gdy kupując gotowe danie czy zamawiając je na wynos, możemy się tylko domyślać wartości odżywczej produktów. O tym, że często się mylimy, świadczą przykłady niektórych chętnie wybieranych potraw czy napojów.

Choć producenci nie chwalą się zwykle ich wartością kaloryczną, to da się je odszukać na ich stronach internetowych, bo zgodnie z prawem producenci muszą podawać takie informacje. I tak, średnia pizza pepperoni na grubym cieście to ponad 1500 kalorii, burger Big Tasty z bekonem to prawie 900 kalorii, a duża kawa Mocha z białą czekoladą w popularnej sieciówce to ponad 600 kalorii. Łatwo też wpaść w pułapkę sięgania po produkty, które wydają się być zdrowe, choć wcale takie nie są. Na przykład na półkach w każdym markecie znajdziemy zupę pomidorową, która ma więcej cukru niż baton czy czekoladę „no sugar”, w której na pierwszym miejscu w składzie znajduje się niezdrowy tłuszcz palmowy.

Rosół z Ramsayem

Dietetycy nalegają, byśmy częściej gotowali w domu ze świeżych, nieprzetworzonych produktów. Dzięki temu również dzieci uczą się, jak wygląda zdrowa porcja, skąd biorą się produkty i które z nich są zdrowe. To pomoże im w przyszłości dokonywać dobrych wyborów. Własne kampanie na ten temat zapoczątkowali słynni kucharze i właściciele restauracji (którzy przecież nie powinni mieć nic przeciwko temu, byśmy jadali na mieście). Gordon Ramsay w programach i książkach, a nawet w kilkuminutowych filmikach umieszczanych w internecie, pokazuje jak zrobić podstawowe potrawy i udowadnia, że robienie rosołu jest tak samo proste, jak rozbieranie homara na części.

Jamie Oliver poszedł jeszcze dalej i poza opracowywaniem przepisów, które pozwalają zdrowo jeść w domu i prowadzeniem lekcji gotowania w szkołach, zakłada też z uczniami ogródki warzywne, dzięki czemu dzieci mają mieć lepszy dostęp do warzyw i większe pojęcie o tym, skąd one pochodzą i co można z nich robić. A do końca lata dzieci mogą jeść za darmo w jednej z jego włoskich restauracji. Przy okazji mogą poznać, co to prawdziwe, zdrowe jedzenie.

Operacja na otyłość

Patrząc na dane dotyczące najmłodszych trudno się dziwić, że właśnie do tej grupy swoje kampanie kierują gwiazdy kuchni. O ile dwadzieścia lat temu był tylko jeden przypadek małego mieszkańca Wielkiej Brytanii, który potrzebował operacji z powodu otyłości, obecnie to już kilkadziesiąt przypadków rocznie. Operacje musiały przechodzić nastolatki, z których najmłodszy miał 13 lat, ale kłopoty z wagą zaczynają się coraz wcześniej. W ciągu ostatnich kilku lat na świat w brytyjskich szpitalach przyszło ok. 1400 dzieci cierpiących na… kliniczną otyłość. Lekarze alarmują, że takiego dziecka nie wystarczy odchudzić, by zmagania z wagą się skończyły.

Po takim starcie maluchy będą bardziej podatne na tycie w późniejszym wieku. Mogą też częściej zapadać na poważne choroby, takiej jak cukrzyca czy miażdżyca. Dużym problemem jest rosnąca ilość czasu, jaką najmłodsi spędzają przed ekranem smartfona czy tabletu, zamiast na świeżym powietrzu.

Dorośli też żyją coraz wygodniej, do pracy dojeżdżając, ale już nie na rowerze, jak jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Potwierdzają to badania: o ile w roku 1976 rocznie trzeba było pokonać 255 mil tylko po to, by dostać się z domu do pracy, to w 2003 roku były to tylko 192 mile, a dziś jeszcze mniej. Winny jest też coraz sprytniejszy marketing produktów takich, jak herbaty, suplementy czy kremy. Łatwo odnieść wrażenie, że wystarczy sięgnąć po pigułkę lub posmarować brzuch, by błyskawicznie zrzucić wagę bez wyrzeczeń.

Petycja Jamiego

Jamie Oliver wraz z grupą dietetyków i lekarzy już dwa lata temu zaproponował konkretne działania, które według niego rząd powinien podjąć, by walczyć z problemem. Pod petycją podpisało się ponad 750 tys. osób i część postulatów już weszła lub właśnie wchodzi w życie. Na pierwszym miejscu znalazł się „podatek cukrowy”, oznaczający wyższe ceny niezdrowych napojów.

W teorii ma to zapobiec powszechnej dziś sytuacji, gdy butelka wody jest droższa niż słodki, gazowany napój. Dodatkowe 18-24 pensów za litr napoju zapłacimy już w kwietniu przyszłego roku. Dzięki temu mamy kupować mniej słodzonych napojów, a producenci mają zacząć je wycofywać z rynku. To rozwiązanie nie wszystkim rodzicom się jednak podoba. – Oczywiście, kolejna podwyżka – wzdycha 40-letnia Sandra, mama 8-letniego chłopca i blogerka kulinarna z Milton Keynes. – Dlaczego nigdy nikt nie wpadł na to, by obniżyć cenę zdrowych produktów, zamiast w kółko podnosić ceny tych gorszych?

Taki podatek można łatwo obejść, np. produkując rozpuszczane herbatki w proszku i syropy (technicznie to nie napoje) czy dodając słodzików. A chemiczne słodziki dla kilkuletniego dziecka przecież wcale nie są lepsze – denerwuje się. Pozostałe zalecenia nie budzą już większych kontrowersji: to regularna kontrola wagi uczniów przez lekarzy, wprowadzenie do szkół zdrowych potraw i wiedzy o tym, jak je przygotować, czy wycofanie ze sklepów etykiet, które wprowadzają dzieci i rodziców w błąd.

Polska w tyle, ale…

A jak jest na świecie? Wyspy znajdują się już na 33. miejscu w rankingu państw, w których największy odsetek osób jest otyłych. Przed nimi są, poza Stanami Zjednoczonymi i Australią, głównie niewielkie państwa Oceanii i bogate kraje arabskie. Polska jest przed 60. miejscem na świecie i na 5. miejscu w Europie. Jednak zamiast czuć satysfakcję z tak dobrego wyniku, warto pamiętać, że wszystkie problemy, z którymi zmaga się dziś brytyjski rynek, mogą już niedługo dotrzeć nad Wisłę. Rosnąca stopa życiowa to coraz więcej czasu spędzanego w pracy siedzącej czy w samochodzie, zamiast na aktywności fizycznej.

Mniej bazarków ze świeżymi warzywami prosto od rolnika, za to więcej supermarketów i dyskontów oferujących dużo taniego, niezbyt zdrowego jedzenia – to już rzeczywistość. Dlatego już dziś warto wziąć sprawy w swoje ręce i zacząć bardziej zwracać uwagę na dietę. Niestety, choć również witryny polskich sklepów i aptek pękają od preparatów hamujących apetyt, spalających kalorie i wyszczuplających, najlepsze efekty przynosi tylko trwała zmiana i długofalowe podejście do kwestii wagi. Dietetycy radzą, by nie starać się zrzucić więcej niż 0,5 – 1 kg tygodniowo i zacząć od małych zmian: wody zamiast napoju czy większej porcji sałatki do obiadu.

Z czasem nawyki powinny wejść w życie bez poczucia, że pościmy i że coś nas omija. Warto też znaleźć taki sport, który sprawia autentyczną radość. Wybór na Wyspach jest dziś ogromny. Zespół pieśni i tańca, wakeboarding na jeziorze, boks połączony z baletem, joga w saunie? Dlaczego nie! Ważne, byśmy na zajęcia szli z przyjemnością.

Sonia Grodek