Start Poradniki Dług, który wraca po latach

Dług, który wraca po latach

742
0
PODZIEL SIĘ

Kara za jazdę bez biletu lub mandat od brytyjskiej policji? Spokojnie, w Polsce nas nie znajdą. Czy na pewno? Coraz częściej brytyjskie należności są ściągane również za granicą.

Trzydziestodwuletni Marcin z Kutna pierwszy raz na Wyspy przyjechał tuż po maturze. – Byłem wtedy młody i głupi. Dorabiałem to tu, to tam, mieszkało się a to na squacie, a to u znajomych. Zebrałem od policji kilka kar za picie w miejscu publicznym czy śmiecenie. Zjeździłem pociągami kraj wzdłuż i wszerz, oczywiście bez biletu, bo wtedy wiecznie nie miało się pieniędzy – opowiada. Po kilku miesiącach wrócił do kraju. W końcu się ustatkował.

Skończył studia, zaczął pracę w finansach, a później dostał od kolegi propozycję wejścia w dochodowy biznes związany z eksportem na Wyspy. Wrócił do Londynu, tym razem już jako stateczny 30-letni biznesmen. – Założyliśmy firmę i jakoś zaczęło się kręcić – mówi. Do czasu, aż dały o sobie znać stare długi. Gdy dostał od policji mandat za drobne wykroczenie, okazało się, że to w policyjnych kartotekach nie pierwsze wezwanie do zapłaty na jego nazwisko. Długo miał problemy z założeniem w domu internetu i dostaniem kredytu na rozruch firmy, aż ktoś poradził mu, by sprawdził swój credit score. Okazało się, że jest winien tysiące funtów m.in. kolejom. – Musiałem wziąć adwokata. Niektóre rzeczy dało się odkręcić. Na razie przeniosłem się do Irlandii, bo jeszcze dużo czasu minie, aż będę miał na Wyspach „czyste konto” – wzdycha.

Niskie mandaty umarzają

Takich historii jest oczywiście więcej. Tuż po wejściu Polski do Unii Europejskiej wydawało się, że brytyjskie kary nigdy nie „dościgną” nas w ojczyźnie. Często rzeczywiście tak było, bo polskie prawo jazdy czy dowód były dla policjantów i funkcjonariuszy nowością. Bywało, że mandaty nigdy nie dochodziły do adresata. Teraz jednak wygląda to inaczej, bo od 2015 roku działa już system ogólnoeuropejskiej wymiany danych drogowych. W zeszłym roku zagraniczna drogówka 125 tys. razy kierowała do władz pytanie o dane polskich kierowców. Jak podaje „Fakt”, 70 proc. tych kar udało się wyegzekwować.

Mandaty, które są najczęściej umarzane, to te do wysokości 70 euro (ok. 60 funtów). W takim przypadku wysyłka czy tłumaczenie dokumentów opłaca się policji najmniej, więc zdarza się, że kierowcy wykroczenie ujdzie na sucho. Dla osób poruszających się po Wielkiej Brytanii to jednak mała pociecha, bo tu minimalna kara za przekroczenie prędkości to 100 funtów. Nawet jeśli taki mandat nie trafi do adresata, przy najbliższej kontroli pojazdu można mieć kłopoty. Zamiast upomnienia kierowca, który już ma jedną niezapłaconą karę, może dostać wyższy mandat.

Przedawnienie w Europie w przypadku mandatów następuje zależnie od kraju po 2-5 latach. Jeśli w tym czasie policja nie wystawiła wezwania do zapłaty, to można spać spokojnie. Jeśli jednak mandat został już wystawiony, raczej z opresji nie wybawi nas wspomniane przedawnienie. I nie ma co liczyć na to, że przeprowadzka sprawi, że policja zaniecha ściągania należności od pirata drogowego. Zdarza się, że gdy nie da się ustalić adresu, kara zostaje umarzana. Częściej jednak mandat przychodzi na podany adres i rusza machina sądowa, a organów ścigania nie interesuje, że kierowca nie dostał wezwania do zapłaty. Jedynym pocieszeniem może być fakt, że zagraniczne punkty nie sumują się na polskim prawie jazdy, a więc nie mogą być podstawą do odebrania dokumentu.

Kara dla „Mateisza”

Zdarza się jednak, że policjant nie jest w stanie poprawnie zapisać na mandacie polskiego nazwiska czy adresu. Czy to unieważnia karę? Zwykle nie. Jak podaje The Drivers Defence Service, sam mandat nie jest podstawą, na której opiera się oskarżenie – jeśli go nie przyjmiemy, policjant wypełni wniosek, na podstawie którego sprawa trafi do sądu.

Dane przepisze wówczas ze swojego notesu lub ze sfotografowanego prawa jazdy i być może nie popełni już tego samego błędu. – Dostałem mandat za jazdę na czerwonym świetle, ale jest na nim napisane „Mateisz” zamiast „Mateusz”. Do tego z polskiego adresu zapisano tylko numer domu, a nie mieszkania. Czy uda mi się uniknąć mandatu – pyta kierowca na jednym z forów. W takiej sytuacji rzeczywiście polski urząd może nie odnaleźć osoby, o którą chodzi, choć jeśli policjanci zapisali PESEL czy numer prawa jazdy, nawet błędne imię i nazwisko nie zawsze chroni przed karą.

Gapowicze muszą płacić

Niektórzy z lekceważeniem podchodzą do funkcjonariuszy wypisujących mandat, bo wiedzą, że nie uda im się ich znaleźć (np. dlatego, że nie mieszkają już pod adresem podanym w dokumentach). Warto jednak wiedzieć, że policjant, który ma podejrzenie, że wezwanie do zapłaty nie dotrze do adresata, może zażądać od niego depozytu w wysokości 100-300 funtów. W ten sposób policja upewnia się, że należność zostanie ściągnięta.

Coraz trudniej jest też unikać należności za jazdę bez ważnego biletu. Osoby, które na Wyspach są na dłużej, raczej nie wywiną się od kary w pociągu, podając zły adres, o czym przekonał się 33-letni Paweł, pracownik piekarni w Essex. Na początku często się przeprowadzał i myślał, że nie zostanie na Wyspach na stałe, więc gdy kontroler w pociągu First Capital Connect złapał go na jeździe bez biletu, podał nieprawdziwy adres.

– Jakież było moje zdziwienie, gdy dostałem potem list z sądu. Do kilkudziesięciu funtów za bilet doliczono 100 funtów opłat manipulacyjnych, 130 funtów grzywny i karę 160 funtów za podanie fałszywych danych. Razem prawie 500 funtów. I co ja mam teraz robić – denerwuje się Polak. W takiej sytuacji zawsze najlepiej jest współpracować z organami ścigania. Jeśli nie stać nas na płacenie kar, możemy napisać o tym urzędnikom, załączając dokumenty poświadczające trudną sytuację – np. umowę o pracę czy dowód pobierania zasiłku. Zdarza się, że kary są rozkładane na raty wynoszące nawet kilka funtów miesięcznie. W przeciwnym razie kara będzie rosła.

Komornik albo bilet

A transport miejski? W Londynie na miejscu lub w ciągu kilku dni od momentu, gdy zostaniemy przyłapani na jeździe bez biletu, powinniśmy otrzymać informację o czasie i miejscu zdarzenia, a także należnej karze. To okazja, by zapłacić lub wytłumaczyć się (np. wtedy, gdy kontroler popełnił błąd lub ukradziono nam portfel z dokumentami). Do listu dołączona jest koperta, która umożliwia darmowe złożenie wyjaśnień. Miejskie przedsiębiorstwo autobusowe ma pół roku, by skierować sprawę do sądu lub ją umorzyć.

Lepiej więc odbierać takie listy, bo w przeciwnym razie następną przesyłką może być już wezwanie na rozprawę. Najlepiej, jeśli zapłacimy w ciągu pierwszego miesiąca po otrzymaniu wezwania. Przykładowo w Oxfordshire po 28 dniach kara za nieopłacone parkowanie lub jazdę autobusem bez biletu wzrasta o połowę, a następnie o 7 funtów, jakie urząd musi zapłacić za rejestrację długu (Penalty Charge Notice, PCN) w Traffic Enforcement Centre. Jeśli gapowicz nadal nie zapłaci, do akcji może wkroczyć komornik.

Potrzebny bilet

Opłat jest też coraz trudniej uniknąć w Transport for London. Służby długo borykały się z obcokrajowcami, którzy jeździli bez biletu, wiedząc, że ryzyko kary jest niewielkie. Teraz więcej niż przed laty jest oficerów „w cywilu”, którzy wyłuskują z tłumu gapowiczów i mogą im wlepić karę do 1000 funtów i wpis do kartotek policyjnych. Dla wielu Polaków taki ślad w dokumentach nie jest uciążliwy, jednak w przypadku osób, które w przyszłej pracy będą musiały wykazać świadectwo niekaralności, może to być już poważny problem. A 1000 funtów to przecież nie najwięcej, ile może zapłacić gapowicz. Jeszcze więcej musiała wyłożyć 25-letnia Colette Southern z Wolverhampton, która w 2015 roku jechała autobusem w Birmingham bez biletu.

Tego dnia do pracy miała ją podwieźć znajoma, ale zachorowała, więc Colette po raz pierwszy od lat musiała skorzystać z transportu publicznego. Nie miała biletu za 2,20 funta, więc powinna otrzymać karę 35 funtów. Dostała jednak wezwanie na 450 funtów, a gdy je zignorowała, opłata wzrosła do 1300 funtów. Powód? Colette miała przy sobie nieważną kartę miejską sprzed dwóch lat. Kontroler wyliczył (i miał do tego prawo), że od tego czasu codziennie jeździła bez biletu i wystawił jej wezwanie do zapłaty kary za cały ten okres.

Kosztowna książka

O tym, że nie warto pozostawiać niespłaconych nawet symbolicznych kwot, przekonała się 27-letnia Monika. Przez kilka lat korzystała z biblioteki miejskiej w Leeds, gdzie pracowała do 2011 roku jako kelnerka. W końcu dostała lepszą pracę w Londynie i się wyprowadziła. Okazało się, że wśród spakowanych książek zawieruszyły się dwie należące do biblioteki. – Mówiąc szczerze, to się tym nie przejęłam. Takie rzeczy się przecież zdarzają – wzrusza ramionami Monika. Zmieniła zdanie, dopiero gdy przy okazji ubiegania się o kredyt mieszkaniowy kolejny bank odesłał ją z kwitkiem, tłumacząc, że ma zły rating.

– Okazało się, że to przez te głupie kary! Dostawałam listy na poprzedni adres. Nowi lokatorzy je wyrzucali i nic do mnie nigdy nie dotarło. Karę już dawno zapłaciłam, ale okazało się, że w „papierach” informacja o długu będzie figurować przez sześć lat – opowiada. Jest niewielka szansa, że kary z biblioteki będą nam o sobie przypominać w Polsce. Jednak warto takie zobowiązania regulować na bieżąco, by w przyszłości nie było problemów, jeśli kiedykolwiek dłużnik będzie chciał wrócić na Wyspy i jeszcze raz spróbować ułożyć tu sobie życie.

Na credit score mogą wpływać też inne zobowiązania, takie jak nieregularnie płacony czynsz czy niespłacone karty kredytowe. To jeden z najczęściej „zapominanych” przez imigrantów długów. Świadomość, że można wydać kilkaset funtów i nigdy się z nich nie rozliczyć, może być kusząca. 34-letni Kuba, który po roku w Anglii wrócił do domu latem 2009 roku, wypłacił wówczas 1000 funtów z karty kredytowej banku Lloyds, bo znalazł się w trudnej sytuacji finansowej. Miał zamiar szybko uregulować należność, ale w końcu o sprawie zapomniał, bo urodziło mu się dziecko i miał ważniejsze wydatki.

Kilka lat później szwagier założył na Wyspach firmę budowlaną. Zaproponował, że zatrudni go do sprzątania i drobnych prac remontowych. Wtedy Kuba przypomniał sobie o długu. – Boję się jechać na Wyspy, choć praca by mi się przydała. Nie wiem, co robić. Chciałbym to spłacić, ale myślę, że jeśli się zgłoszę do banku, to od razu mnie wsadzą do więzienia. Widziałem, że są firmy pomagające wyjść z zagranicznych długów, ale boję się, że jak cokolwiek zrobię, to tylko pogorszę sprawę – tłumaczy.

Fiskus zawsze pamięta

W jego przypadku możliwe, że gdyby nigdy nie wracał na Wyspy, bank faktycznie zapomniałby o jego długu. Gorzej mają ci, którzy pozostawili niespłacone zadłużenie podatkowe czy nie uregulowali kary na rzecz HMRC. O ile tacy dłużnicy nie znikną z polskiego systemu podatkowego, muszą się liczyć, że któregoś dnia zapuka do nich komornik lub dług zostanie ściągnięty ze zwrotu podatku.

Jeszcze kilka lat temu wystarczyło często wyjechać za granicę, by dług zniknął. Dziś mandaty z policji, kary za jazdę bez biletu czy opłaty bankowe coraz częściej dościgają dłużników za granicą i mogą poważnie zaszkodzić nawet po wielu latach. Osoby, które słabo znają język lub nie rozumieją tutejszego systemu, powinny poprosić o pomoc w czytaniu urzędowych listów i wypełnianiu formularzy, by nie mieć problemów i po prostu nie narażać się na nieprzyjemności.

Sonia Grodek