Start Wiadomości Dlaczego warto studiować w Wielkiej Brytanii?

Dlaczego warto studiować w Wielkiej Brytanii?

1398
0
PODZIEL SIĘ

Najpopularniejszym kierunkiem migracji studentów z Polski, i nie tylko, jest Wielka Brytania. Na tutejszych uniwersyteckich kampusach można spotkać niemal każdą narodowość. Dlaczego wybierają brytyjskie uczelnie?

Magda Wolf rok temu dostała się na mechatronikę na Politechnice Warszawskiej. Prestiżowy kierunek, przyszłość po nim zapewniona – praca w każdej gałęzi przemysłu, od nowoczesnych zabawek przez sterowanie pojazdami aż po aparaturę medyczną. A jednak nie studiuje. W czasie wakacji przyjechała do Londynu, aby zobaczyć inny świat, a dodatkowo dorobić. Została.

– Gdy zorientowałam się, jak tu wyglądają studia, to nie mogłam uwierzyć. Partnerskie układy z wykładowcami, ciekawe zajęcia, dużo praktycznych ćwiczeń i projektów, mało godzin na uczelni. Mogą uczyć się, pracować i jeszcze mieć czas na życie towarzyskie. Po co mi polska uczelnia – pyta retorycznie 20-latka. Wybrała byłą Polytechnic of West London, czyli Thames Valley University.

Kilka powodów

Język angielski jest najbardziej znaczącym językiem na świecie. Po angielsku porozumiewa się również świat nauki, dzięki czemu ośrodki badawcze mogą korzystać wzajemnie ze swoich osiągnięć, polemizować, weryfikować badania, czyli rozwijać się. Oprócz tego, brytyjskie uczelnie od lat przodują w europejskich rankingach. Według Times Higher Education World University Rankings brytyjskie uniwersytety cieszą się uznaniem, popularnością i szacunkiem. Ze względu na niezmiennie wysoki poziom edukacyjny, uniwersytety: Oksfordzki, Cambridge oraz London Imperial College znajdują się stale w światowej czołówce. Warto też dodać, że choć mieszkańcy Wielkiej Brytanii stanowią zaledwie 1 proc. światowej populacji, to ich osiągnięcia naukowe i badania to aż 5 proc. tego rodzaju przedsięwzięć na świecie.

Co więcej, to właśnie stąd pochodzi 14 proc. ważnych i przełomowych publikacji naukowych – jak raportuje jeden z polskich tygodników. Podczas studiów w Wielkiej Brytanii nabywa się również inne umiejętności: elastyczność, niezależność, otwartość na nowe doświadczenia, łatwość przystosowania się do nowych warunków, możliwość poznania innych kultur. Każda z tych predyspozycji dobrze wygląda w życiorysie. – Na moim kierunku (BA Management with French) miałam wiele projektów pozwalających mi odkryć własny potencjał, ponieważ zmuszały mnie one do refleksji nad moimi umiejętnościami i zdolnościami – tłumaczy Aga Gajownik, absolwentka Middlesex University w Londynie.

Aby otrzymać dyplom brytyjskiej uczelni, wystarczą cztery lata nauki (w zależności od tego, jaki tytuł chcemy zdobyć: licencjata można uzyskać po trzech latach, magisterium – po czterech). W Polsce ten okres jest dłuższy o jeszcze jeden rok. Tyle że dyplom uznanej brytyjskiej uczelni da nam dużo więcej niż polskiej. Każdy kojarzy Londyn, ale już nie każdy – uczelnię w Olsztynie…

Ale to kosztuje…

Kilka lat temu Aga płaciła 1.000 funtów za rok nauki. Kornelia, MA in Bilingual Translation (2005-2007) – 2.000 za studia part time. Full time kosztowałyby ją 4.000. Dziś jest to 9.000 i więcej, w zależności od uczelni i kierunku studiów. Tylko Szkocja oferuje bezpłatną naukę. Co w takim razie zrobić, gdy nas nie stać na opłaty? Warto postarać się o studencki kredyt. Zwracamy go po skończeniu nauki i podjęciu pracy. A co z utrzymaniem? – Niby jest drogo, ale po kilku miesiącach człowiek orientuje się na czym może zaoszczędzić, gdzie tanio jeść, przeprowadza się do tańszej strefy. I nagle okazuje się, że wystarczy miesięcznie 1.200 funtów na utrzymanie, a nie 1.500 – podsumowuje 24-letni Tomek, który drugi rok studiuje na Univeristy of the Arts w Londynie. – Wystarczy part time w jakimś coffee shopie albo weekend na basenie (Tomek jest instruktorem pływania) i można spokojnie żyć – dodaje.

Na stronie UCAS.com wyliczono, że koszty utrzymania studenta w Londynie oscylują w granicach 8-11 tys. rocznie, co daje 670-920 miesięcznie. – Nie wiem, skąd oni biorą te liczby, ale naprawdę nie znam studenta, któremu wystarczyłoby 700 funtów miesięcznie w Londynie – dziwi się Tomasz. Za to w Edynburgu jest to już możliwe ze względu na bezpłatną naukę i różnice w cenach – chociażby samego czynszu. Studenckie serwisy internetowe doradzają, by praca studentowi nie zajmowała więcej niż 15 godzin tygodniowo, aby uniknął przemęczenia i mógł skoncentrować się na nauce.

Dużo pracy?

– Spędzałam na uczelni 10-15 godzin tygodniowo – wspomina Aga Gajownik. – Podczas studiów mogłam robić wszystko. Pracowałam na pełny etat i miałam czas na życie towarzyskie – opowiada.
Kornelia studiująca na part time miała jeszcze mniej zajęć – ok. osiem godzin tygodniowo.

– Moja koleżanka, Beata, studiująca włókiennictwo na Politechnice Łódzkiej miała blisko 40 godzin zajęć tygodniowo, a w weekendy pracowała. Ja na pedagogice miałam 23 godziny, zwykle poniedziałek lub piątek wolny – wspomina 43-letnia Ewa Zajączkowska, absolwentka UMK w Toruniu. – Zawsze podziwiałam Beatę, skąd bierze siłę, bo ja, mając o połowę zajęć mniej, często byłam wykończona – przyznaje.
Katarzyna, absolwentka filologii polskiej UŁ z 1999 r. wspomina: – Co roku z każdego przedmiotu mieliśmy po kilkadziesiąt lektur do przeczytania, oprócz podręczników, opracowań teoretycznych czy historycznych. Nie byliśmy w stanie tego zrobić, więc dzieliliśmy się materiałem i omawialiśmy go wspólnie. Albo każdy pisał po kilka prac ze swojego „kawałka”. Inaczej nie sposób byłoby zdać egzaminy czy zaliczyć ćwiczenia – opowiada.

– Wydaje się, że studenci w Polsce mają więcej zajęć, choć to zależy od konkretnej uczelni – podkreśla dr Stanley Bill, kierownik Department of Slavonic Studies Faculty of Modern and Medieval Languages na Uniwersytecie w Cambridge. – W Cambridge trymestry są bardzo krótkie, nauka trwa właściwie pół roku, więc studenci spędzają całe dnie, od rana do wieczora, na uczelni. Ale trzeba wziąć pod uwagę, że jakość tej nauki jest inna – zauważa.

Teoria kontra praktyka

Karol Modzelewski – historyk, profesor nauk humanistycznych, wiceprezes Polskiej Akademii Nauk – zwraca uwagę na problem dewaluacji wyższego wykształcenia. – Po 1989 r. namnożyło się w Polsce marnych uczelni prywatnych i równie marnych uczelni publicznych. Szkolnictwo wyższe zyskało masowy zasięg kosztem znacznego obniżenia poziomu nauczania – zaznacza.

– Różnica polega na tym, że polski student ma wszystko zapamiętać, musi mieć ogromną wiedzę. Czasem aż jestem pod wrażeniem tej wiedzy. Tylko nasuwa się pytanie, co on jest w stanie z nią zrobić – pyta dr Stanley Bill. – I w tym uczelnie w USA oraz w UK mają przewagę. Tam studenci mają kreować własne pomysły, mają stworzyć coś od siebie. Mniej presji kładzie się na daty i fakty, a więcej na interpretację. W dzisiejszym świecie, gdzie dostęp do informacji, do wiedzy jest tak łatwy, wydaje się, że zastosowanie zdobytej wiedzy jest bardziej potrzebne. Choć z drugiej strony, gdy porównuję studentów z USA, to czasem chciałbym, by ich wiedza była bardziej osadzona w faktach, a nie była tylko i wyłącznie interpretacją. No cóż – idealny byłby złoty środek… Za to w Polsce króluje nauka na pamięć. I do tego często oczekiwania prowadzących zajęcia są po prostu nierealne. Stąd ściąganie i plagiaty – tłumaczy wykładowca.

Aga Gajownik podkreśla: – W Anglii nacisk stawia się zdecydowanie na samodzielność i działania praktyczne. Trochę pracy indywidualnej, czasem wręcz kreatywnej i dużo projektów grupowych. Jeśli chodzi o wiedzę ogólną to raczej nie wygrałabym turnieju „1 z 10”, ale nigdy mi to nie przeszkadzało. W Anglii nie uczyliśmy się faktów, ale tego, jak je wyszukać, gdy są potrzebne. Mój uniwersytet silny nacisk kładł na wiedzę praktyczną w wybranej przez nas dziedzinie – przyznaje.

– Wszystkie zajęcia na moich studiach były zajęciami praktycznymi. Tłumaczyliśmy teksty i dyskutowaliśmy o nich. Oczywiście, trzeba było czytać o tłumaczeniu, lingwistyce etc., żeby wiedzieć, co robić i dlaczego – wspomina Kornelia.

Czy to oznacza, że absolwenci brytyjskich uczelni są kiepsko wyedukowani ogólnie? – Zależy czego oczekujemy np. od lekarza. Czy wolimy, by umiał interpretować wyniki badań i rozmawiać z pacjentem, czy, żeby znał teorię i nie wiedział co z nią zrobić – zadaje retoryczne pytanie Dariusz, absolwent Peninsula Medical School. Poza tym brytyjscy lekarze mają możliwość się douczyć. – Istnieje coś takiego jak  Intercalated Degree, co oznacza, że przerywamy studia medyczne po to, by podjąć się innych, ale tylko na rok.

Można dokształcić się np. w dziedzinie biotechnologii lub farmakologii – zaznacza Dariusz.
Zofia, lekarka weterynarii, absolwentka Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie tłumaczy: – Co z tego, że wiedziałam teoretycznie, jak dokonać sterylizacji kota, skoro nie miałam możliwości nawet dobrze obejrzeć tego zabiegu. Jeśli przy stole operacyjnym zgromadzi się 20 osób, to zamiast pola operacyjnego będę widziała najwyżej koniec ogona – przekonuje. Dlatego potem absolwenci uczą się na błędach, zaczynając praktycznie od zera. Dla porównania: w UK każdy student ma swój stół i swojego pacjenta.

Student też pan

– Na Wyspach nigdy do nikogo nie zwracałam się „profesorze”. Na zajęciach byliśmy traktowani jak dorośli – podkreśla Kornelia. – A na uczelni w Polsce czułam się jak w liceum. Nawet dwa lata po studiach wciąż byłam traktowana jak uczennica, gdy pojechałam odebrać z dziekanatu dyplom licencjacki. Myślałam, że pani w dziekanacie wyjdzie z siebie… – wspomina.

– Ale z drugiej strony czasem sami studenci nie dają powodów, by ich szanować – podkreśla 30-letni Paweł z Bydgoszczy. – Prowadziłem zajęcia na prywatnej uczelni z zakresu PR w turystyce: dwa pierwsze rzędy spały, trzeciemu przeszkadzałem w rozmowie, a 4. i 5. oglądały film na laptopie. Na moje pytanie, czy ich nudzę zareagowali wzruszeniem ramion – wspomina.

– Myślę, że różnica jest przede wszystkim w podejściu. W Polsce młodzi ludzie idą na studia, bo nie bardzo wiedzą co ze sobą zrobić, bo czują presję rodziców, bo chcą mieć „kwitek”, że coś robili przez pięć lat swojego życia. Nudzą się na zajęciach, wkuwają, zaliczają. Nie mają pojęcia, po co to robią. W Anglii nie ma przymusu. Na studia idą ci naprawdę zainteresowani konkretnym wycinkiem rzeczywistości i go po prostu zgłębiają. Poznają dokładnie to, co potem będą w życiu zawodowym wykonywać, a nie uczą się o tym z książek i zdają egzamin, płaszcząc się przed profesorem – podsumowuje Dorota, absolwentka poznańskiej Akademii Ekonomicznej oraz London School of Economics.

– W Wielkiej Brytanii relacja wykładowca-student jest o wiele mniej formalna. Studenci mówią do mnie po imieniu i to nie jest rzadkość – podkreśla Stanley Bill. Potwierdza to Aga Gajownik: – Układy na brytyjskiej uczelni są bardzo partnerskie i często wdawałam się z profesorami w bardzo ciekawe dyskusje. Ogólnie rozmowy na temat zarządzania podczas zajęć czy wręcz debaty były w Anglii bardzo mile widziane. Trochę mi tego brakowało po powrocie do Polski – przyznaje.

Pewnie ma to też związek z tym, że zawód profesora, wykładowcy akademickiego jest w Polsce bardzo ceniony i naukowcy sami stwarzają dystans. – Co prawda, w porównaniu do kolegów w Wielkiej Brytanii czy USA wykładowcy w Polsce zarabiają dużo mniej, ale mają więcej kapitału społecznego, szacunku i prestiżu. I może dlatego go czasem nadużywają, choć wiadomo, że nie wszyscy – zaznacza Stanley Bill. – Niestety, zetknąłem się też z sytuacjami, gdzie grupa studentów czeka na profesora godzinami, nie mając pewności, że zjawi się on na dyżurze albo przeprowadzi egzamin w obiecanym terminie. Taki brak szacunku dla studentów byłby nie do pomyślenia w Anglii czy w Stanach Zjednoczonych.

Zwłaszcza w USA, gdzie w pewnym sensie role zostały odwrócone: to nauczyciel zabiega o studenta. Student jest przecież klientem: płaci, więc wymaga. To wykładowca stara się bardziej niż student, bo podlega ocenie i musi zadbać o swoją przydatność na uczelni. W Polsce student nadal jest petentem czy intruzem. Widzę jednak, że nowe pokolenie wykładowców, naukowców i studentów w Polsce jest już zupełnie inne. Zdobywają oni doświadczenie za granicą i dzięki temu zmieniają oblicze polskiej nauki. O jej przyszłość jestem spokojny – dodaje.

Wśród 30 najlepszych uczelni w Europie, 8 czyli 27 proc. z nich znajduje się w Wielkiej Brytanii. Wszystkie plasują się w pierwszej 10.

1(2). University of Cambridge
1(2). University of Oxford
3. University of St Andrews
4. Imperial College London
5. London School of Economics
6. Durham University
7. University of Exeter
8. University of Warwick
9. Univeristy College London
10. Univeristy of Bath
11. Univeristy of Surrey
12. Lancaster University
13. Loughborough University
14. University of East Anglia
15. University of Birmingham