Start Polecane Czarne chmury nad polskim pracownikiem

Czarne chmury nad polskim pracownikiem

1203
0

W lipcu w życie weszły przepisy, nakazujące dodatkowe rozliczanie się w Polsce osobom, które dorabiają na Wyspach. To nie jedyna zmiana, która może sprawić, że polskim pracownikom delegowanym i tymczasowym na europejskim rynku będzie trudniej, niż zwykle.

Zainteresowanie polskiego fiskusa takimi pracownikami to efekt uboczny walki z wyłudzeniami. Skończyć ma się płacenie podatków przez celebrytów czy duże przedsiębiorstwa tylko za granicą. Każdy, kto osiąga dochody za granicą, ale ma „ośrodek interesów życiowych” w Polsce, będzie musiał wykazać swoje zagraniczne dochody również tu. Pomoże to rozdzielić tych, którzy faktycznie część dochodów osiągają w Polsce, a część za granicą od tych, którzy stosują tylko optymalizację podatkową, tak naprawdę nie mając żadnych interesów w innym kraju. Dotyczyć będzie to też zwykłych ludzi, którzy przez kilka miesięcy w roku pracują w innym kraju. Dziś chodzi o Słowenię, Austrię, Wyspę Man i Jersey a od października również całą Wielką Brytanię, Nową Zelandię czy Szwecję.  W pierwszych latach działania zasad, gdy nie wszystkie kraje będą jeszcze brane pod uwagę, rozliczenie może być nieco skomplikowane dla osób, które osiągają dochody z różnych krajów. Artysta, który miewa koncerty w Wielkiej Brytanii, Austrii i w Norwegii, będzie musiał najpierw rozliczyć tylko dochody tylko z tych dwóch krajów, a o norweskich nie musi wspominać. Obecnie osoby, które pracują tylko za granicą, a nad Wisłą nie mają żadnej pracy, nie muszą się w Polsce w ogóle rozliczać.

Skomplikowany przypadek emerytów

– Po zmianie metody z wyłączenia z progresją na zaliczenie proporcjonalne przy rozliczaniu dochodów osób pracujących w Zjednoczonym Królestwie, znajdzie zastosowanie ulga abolicyjna zrównująca obciążenia wynikające ze zmiany metody unikania podwójnego opodatkowania. – dowiadujemy się od rzecznika prasowego Ministerstwa Finansów. Obowiązek złożenia takiego dłuższego niż zwykle zeznania podatkowego będzie obowiązywał dopiero w przyszłym roku. Dotykać ma osób, które pracują w Anglii, ale w Polsce zostawiły dzieci czy małżonka. Księgowi prognozują, że może to rodzić spore wątpliwości w przypadku tych, którzy w żadnym kraju nie są na stałe lub na przykład par w separacji, które nie mają już wspólnych spraw, ale technicznie pozostają małżeństwem. Ciekawy jest też przypadek emerytów. Ulga abolicyjna zapobiega podwójnemu opodatkowaniu pracy zagranicznej, ale nie dotyczy świadczeń emerytalnych. Jeśli więc nie pojawi się korekta przepisów, możliwe że emeryci pobierający świadczenia z Wysp i płacący tam od nich podatek, będą musieli później uiścić go ponownie w Polsce.

Ministerstwo wycofa się z biurokracji?

Dokładne zasady obowiązujące osoby w takich szczególnych sytuacjach możemy poznać dopiero… za trzy lata. Dlaczego tak późno? Obowiązek rozliczania zacznie się w 2019 roku, a więc wyjaśnianie skomplikowanych przypadków czy kontrole składania zeznań pojawią się rok później. Minie kolejne kilka miesięcy, zanim pojawią się pierwsze interpretacje czy wyroki, rozjaśniające sporne kwestie. Na razie nie wiadomo, co z zaliczkami na podatek dochodowy. Zanosi się na to, że osoby, które nie pracują w Polsce, aby uniknąć konieczności składania wyjaśnień w urzędzie skarbowym, będą musiały składać przed końcem stycznia 2019 wniosek o ograniczenie poboru zaliczek. Jednak już samo Ministerstwo Finansów dostrzegło, że to tylko niepotrzebna biurokracja i zapowiada, że zniesie w ich przypadku ten obowiązek. Jedynym pocieszeniem może być fakt, że w związku z zadeklarowaniem nowych dochodów nie wzrosną podatki, jakie trzeba będzie zapłacić w Polsce. Poza tym osoby, które do kraju przodków przyjeżdżają rzadko, mogą docenić, że deklarację można składać również przez internet lub wysłać ją pocztą.

Pomoc po powrocie

Od stycznia ma też wejść w życie zmiana odczuwalna dla osób, które planują wrócić z emigracji. – Obecnie jest inna sytuacja na rynku pracy niż przed laty, stąd propozycja nowych rozwiązań. Mamy rekordowo niski poziom bezrobocia. Ze wstępnych danych za czerwiec 2018 r. wynika, że liczba bezrobotnych spadła poniżej 1 mln osób, a stopa bezrobocia rejestrowanego wynosi 5,9 proc. – mówiła na konferencji w tej sprawie minister Elżbieta Rafalska. Poziom bezrobocia w Wielkiej Brytanii to 4,1 proc. Oba kraje znajdują się nisko pod unijną średnią.

Zmiany to m.in. zwiększenie dostępności polskiego rynku pracy dla obcokrajowców czy większa elastyczność urzędów pracy w kontaktach z bezrobotnymi. Ale to nie wszystko. – Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej zaprezentowało propozycje zmian w ustawie o rynku pracy. Projekt ten przewiduje również przyznawanie pożyczek na otwarcie własnej działalności, osobom powracającym z zagranicy. – tłumaczy  Agnieszka Juźwiuk, specjalista z Zielonej Linii, agencji ułatwiającym orientację na rynku pracy po powrocie. Co ciekawe, to wyraźny ukłon właśnie w stronę Polaków z Wysp. – Wprowadzenie projektowanych zmian dotyczących pożyczek na rozpoczęcie własnej działalności gospodarczej ma na celu ułatwienie obywatelom polskim powrotu do kraju z zagranicy, m.in. w związku z wystąpieniem Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej z Unii Europejskiej. – czytamy na stronie MPIPS. Na razie wiadomo, że o pożyczkę będzie można się ubiegać nie będąc zarejestrowanym w urzędzie pracy. Najłatwiej będzie ją dostać tym, którzy prowadzili już za granicą firmę. Nie trzeba będzie składać potwierdzających to dokumentów, a jedynie oświadczenie.

Zmiany pozornie korzystne

Same pożyczki dla osób powracających czy niewielkie niedogodności związane ze składaniem dodatkowych PIT-ów nie sprawią pewnie, że ktokolwiek zdecyduje się porzucić pracę na Wyspach na rzecz Polski. Są jednak elementami większej układanki, która może w efekcie być mocnym argumentem dla niezdecydowanych. Poza oczywistą niewiadomą związaną z Brexitem jest coś jeszcze. W maju Parlament Europejski zatwierdził zmiany dotyczące pracowników delegowanych. Każdy kraj, również Wielka Brytania, musi wcielić je w życie w ciągu najbliższych dwóch lat. Pozornie zmiany mogą być korzystne dla polskich kierowców jeżdżących po brytyjskich drogach czy opiekunek osób starszych, którzy na zlecenie polskiej firmy opiekują się seniorami lub pomagają w szpitalu w Londynie.

Wyższe pensje? Tak, ale…

Po 1-1,5 roku pracy dla polskiej firmy za granicą, pracownik będzie musiał zostać zatrudniony na takich samych zasadach, jak jego brytyjscy czy szwedzcy koledzy. Dziś szef musi płacić polskiemu pracownikowi co najmniej minimalną stawkę obowiązującą w danym kraju. W praktyce jednak przedsiębiorstwa mogą na nim sporo zaoszczędzić, bo nie dostaje niektórych dodatków czy premii. Teraz będzie musiał mieć takie same prawa pracy, jak brytyjski kolega, a co więcej, składki emerytalne czy ubezpieczeniowe też będzie miał opłacone na Wyspach, zamiast w Polsce. Zamiast odejmować z pensji koszty wyżywienia czy zakwaterowania, polski szef będzie je musiał dodatkowo opłacić.

Opiekunki mogą spać spokojnie

Zmiana może wydawać się korzystna, ale jest tak tylko pozornie. W rzeczywistości firmy budowlane czy transportowe z Polski często dostają lukratywne zlecenia na Zachodzie, bo mogą konkurować z lokalnymi przedsiębiorstwami ceną. Gdy ten atut zniknie, trudno będzie znaleźć francuskiemu czy brytyjskiemu przedsiębiorstwu powód, by szukać pracowników w innym kraju. Skala problemów, jakie to wywoła, zależy od branży. W opiece nad osobami starszymi i szpitalach polskie pracownice raczej nadal pozostaną w cenie, bo ich przyuczenie jest łatwiejsze, niż osób z Azji czy Afryki, gdzie regulacje czy studia medyczne są zupełnie odmienne od europejskich. Poza tym nie przestanie brakować rąk do pracy.

Co dalej z polskimi ciężarówkami?

Jednak już branża transportowa alarmuje, że z zatrudnieniem pożegnać się może nawet 100 tys. polskich kierowców, z którymi będą mogli konkurować kierowcy z całej Europy, a do tego nasi tańsi sąsiedzi ze wschodu. Nawet, gdyby polska firma transportowa dostała kontrakt na przewóz towarów na drugi koniec Europy, będzie miała mocno utrudnione rozliczanie wynagrodzeń. Nie wystarczy, że pracownik, który niemal cały rok jest w trasie, dostanie stałą stawkę – musi otrzymać stosowną stawkę godzinową, dodatki i bonusy za każdym razem, gdy z Polski wjeżdża do Niemiec, a następnie kolejną, gdy z Niemiec przemieszcza się do Danii, i dalej do Szwecji czy Norwegii. Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, gdy polskie ciężarówki zaczną jeździć wolniej tam, gdzie stawki są korzystne i omijać kraje, gdzie niewiele różnią się one od polskich.

Eliminowanie polskiego usługodawcy

Gazeta Wyborcza, która przecież nie jest znana z sympatii do obecnej ekipy rządzącej Polską, podaje z uznaniem, że „do ostatniej chwili trwała walka minister pracy Elżbiety Rafalskiej o wyłączenie z tych przepisów branży transportowej i kierowców ciężarówek. „ Niestety, mimo tego zaangażowania, nie udało się wygrać z silnym lobby bogatszych krajów Unii, które chcą w ten sposób chronić swoich pracowników. Zdaniem Stefana Shwarza z Inicjatywy Mobilności Pracy, takie rozwiązanie służy powolnemu eliminowaniu polskiego usługodawcy z unijnego rynku.

Polaków pracujących na takich zasadach za granicą jest dziś w Unii pół miliona, i to najwyższy wynik ze wszystkich europejskich krajów. To oni więc najmocniej odczują skutki regulacji. Co więcej, nie mogą liczyć na podobne zasady u siebie. Nad Wisłą jako kierowcy czy budowlańcy coraz częściej pracują już nie tylko Ukraińcy czy Białorusini, ale też pracownicy z Azji. Ich kraje ojczyste nie należą jednak do Unii Europejskiej, więc nadal będą oni mogli być zatrudniani na konkurencyjnych z punktu widzenia polskich firm warunkach.

Sonia Grodek