Start Brexit Co dalej w sprawie Brexitu?

Co dalej w sprawie Brexitu?

418
0
PODZIEL SIĘ

Po referendum przewidywaliśmy, że Polakom może być trudniej osiedlać się w Wielkiej Brytanii, ale chyba nikt nie przypuszczał, że tak bardzo na niekorzyść zmieni się stosunek do naszych rodaków. Czy rok 2018 przyniesie pod tym względem ważne dla nas zmiany?

Od czasu głosowania nie tylko przybywa coraz mniej imigrantów, ale też ubywa tych, którzy na Wyspach mieszkali już od dawna – wynika z danych ONS. Przyjezdnych jest o 100 tys. mniej niż rok temu i to największy spadek, od kiedy biuro prowadzi takie statystyki. Główne kierunki wyjazdu osób z brytyjskim paszportem to z kolei Australia i Polska (25 tys. i 20 tys. przypadków). Zdaniem Maike Bohn, która działa w organizacji 3 Million zrzeszającej imigrantów z krajów Unii, to dopiero początek. – Przeniesienie rodziny do innego kraju i zamknięcie spraw zajmuje dużo czasu. Takiej decyzji nie podejmuje się od razu, dlatego da się tu raczej odczuć pewne opóźnienie – zauważyła na łamach „The Independent”, dodając, że każde wprowadzenie nowych obostrzeń będzie wiązało się z kolejnym odpływem mieszkańców z kraju.

Zmiana planów?

Pod koniec lata wydawało się, że ograniczenia mogą pojawić się szybko. Do dziennika „The Guardian” wyciekł wtedy dokument przygotowany przez Home Office, według którego imigracja miała być znacznie zmniejszona po Brexicie. Planowano wówczas, by uciąć ją gwałtownie, wprowadzając surowe ograniczenia dla wszystkich, poza pracownikami wykwalifikowanymi. Najlepiej wykształceni mieli dostawać pozwolenia na pobyt czasowy od 3 do 5 lat, a pozostali – na maksymalnie 2 lata. Nie wiadomo, czy wyciek dokumentu sprawił, że rządzący zmienią strategię, ale w styczniu pojawiły się projekty oficjalnych unijnych dokumentów w sprawie wyjścia ze wspólnoty, w którym zapisany jest swobodny przepływ obywateli aż do końca 2020 r. Z przecieków wynika, że Brytyjczycy życzyliby sobie, by imigracja ustała już po wyjściu z Unii na początku 2019 r., ale unijni urzędnicy wymusili dłuższy okres przejściowy.

Status osiedleńca

Ma on pozwolić osobom, które oczekiwały do ostatniej chwili na finalne decyzje, w spokoju dostosować się do nowych warunków, a jeśli trzeba, zamknąć czy przenieść firmę i zaplanować przeprowadzkę. Wiadomo, że po stronie brytyjskiej pojawiła się propozycja, by każdy pracownik z Unii, który od kwietnia 2019 r. przyjedzie na Wyspy, będzie musiał się rejestrować, a być może również występować o wizę i trzeba się nastawić na to, że raczej uda się to wynegocjować. Póki co nie słychać, by zmienił się pomysł przyznania statusu „osoby osiedlonej” każdemu Polakowi, który żyje tu od co najmniej pięciu lat. Biorąc pod uwagę długi okres przejściowy, może to oznaczać, że osoby, które przyjechały na Wyspy Brytyjskie jeszcze w 2014 czy 2015 roku będą miały prawo, by zostać. To ważne, albowiem większość z ponad 800 tys. naszych rodaków przybyła tu zdecydowanie wcześniej.

Wielka niewiadoma

Gorsza może być sytuacja tych, którzy pracowali tylko tymczasowo i okresy pobytu w Anglii przeplatali pracą w innych krajach czy pobytami w ojczyźnie. Niektórzy mają jeszcze szansę zbudować sobie historię pobytu na Wyspach, jeśli nieprzerwanie pozostaną tu już do końca okresu przejściowego. Możliwe zresztą, że osoby, którym brakuje niewiele, będą mogły ubiegać się o pobyt, a po jego przyznaniu „doczekać” do wymaganego okresu 5 lat, pozwalającego na przyznanie statusu osiedleńca, a później na uzyskanie paszportu. Takie rozwiązanie pozwoliłoby połączyć pragnienia większości Polaków pracujących na Wyspach, którzy nie chcą z dnia na dzień tracić praw, z oczekiwaniami rządu, który zamierza pozwolić na pobyt osobom pracującym, ale chce zahamować napływ nowych bezrobotnych. Sam proces przyznawania statusu ma według słów Theresy May zająć najwyżej kilka minut i kosztować nie więcej niż paszport (obecnie ok. 70 funtów). Wszystko to nie dotknie osób z irlandzkim paszportem, które jak wcześniej będą miały prawo tu mieszkać i pracować bez przeszkód.

Mowa (i bójka) nienawiści

Większość Polaków nie podejmuje żadnych decyzji, czekając na obrót spraw. Znaczenie ma też nastawienie Brytyjczyków do obcokrajowców, które po referendum znacznie się pogorszyło. – W roku 2016/2017 miało miejsce 80.393 zajść, w których zdaniem policji nienawiść na tle narodowościowym, religijnym czy rasowym była co najmniej jednym z czynników. To wzrost o 29 proc. w stosunku do roku 2015/2016, największy, od kiedy takie dane zaczęły być gromadzone w roku 2011/2012 – to fragment policyjnego raportu.

Największa fala ataków przypadła na miesiące tuż po głosowaniu. Można przypuszczać, że ciągła medialna dyskusja na ten temat, która często ukazywała imigrantów w kategorii obciążenia, mogła sprawić, że młodym Brytyjczykom łatwiej było zdobyć się na komentarze, które wcześniej byłyby uważane za niedopuszczalne. Dziś jest już nieco spokojniej, choć trudno mówić o zakończeniu ataków na Polaków. Wystarczy przytoczyć tytuły z gazet z samego stycznia: „Cambridgeshire: Zdemolowali samochody, bo myśleli, że atakują Polaków”; „Polak zginał w ataku na ulicy w West Yorkshire! 15-latek aresztowany pod zarzutem morderstwa”. Trudno uznać, że takie zdarzenia na przestrzeni zaledwie kilku tygodni to przypadek. Można się obawiać, że będą kolejne napaści.

Może być luźniej

Na najbliższy rok nie jest planowane wprowadzenie praw, które godziłyby w samych Polaków. Ustawodawcy na początek „wzięli się” za osoby spoza Unii. Od stycznia brytyjskie banki zaczęły sprawdzać, czy ich klienci nie są nielegalnymi imigrantami i zamrażać majątki osób, które nadużyły gościnności. Pomyślne zaliczenie sprawdzianu to nie koniec kłopotów, bo przyjezdni będą sprawdzani cztery razy do roku.

Od początku roku zaostrzono też nieco warunki wizowe dla osób spoza Unii (poza tymi wyjątkowo utalentowanymi, dla których zwiększono roczną liczbę specjalnych wiz z 1 do 2 tysięcy). Pozostali nie będą mogli otrzymać niektórych rodzajów wizy i pozwolenia na pobyt tak łatwo, jak wcześniej. To oznacza nieco mniejszą konkurencję w pracy.

Czy rząd skruszeje?

Właśnie sytuacja na rynku pracy może być wyzwaniem dla Polaków i mieć ogromny wpływ na podjęcie decyzji. Niektóre branże już wcześniej borykały się z niedoborem siły roboczej, inne zaczęły mieć problemy po głosowaniu, a kolejne mają do nich dołączyć po samym wyjściu z Unii. Według lokalnego rządu Kornwalii zeszłego lata do okolicy przybyło o 35 proc. mniej osób, niż zwykle w sezonie, przez co na niektórych polach zgniły plony. Z kolei problemy ze znalezieniem chętnych do ciężkiej pracy w opiece nad osobami starszymi zdarzały się już wcześniej, a po Brexicie ma brakować od 350 do nawet 750 tys. pracowników w tym sektorze, zależnie od tego, jak mocno Wielka Brytania przymknie drzwi przed sąsiadami.

Do niektórych branż dostęp może być dodatkowo utrudniony, bo ma obowiązywać polityka „Britain first”. To oznacza, że pozwolenie na pracę będzie można dostać dopiero wtedy, gdy nie uda się znaleźć brytyjskiego kandydata o takich samych kwalifikacjach. Chodzi tu jednak raczej o popularne zawody jak marketer, sprzedawca czy pracownik administracyjny, bo kandydatów na takie profesje, jak pielęgniarka, kierowca lub nauczyciel nadal będzie brakować.

Sonia Grodek