Start Wiadomości Brytyjska żywność lepszej jakości niż polska?

Brytyjska żywność lepszej jakości niż polska?

558
0
PODZIEL SIĘ

Chwalimy polskie jedzenie i narzekamy na marną jakość brytyjskich produktów. Tymczasem – według oficjalnych danych – to właśnie w Wielkiej Brytanii żywność jest lepszej jakości.

W Unii Europejskiej trwa szał na zdrową żywność. Norwegia właśnie wycofała się z używania tłuszczów trans i już 16 krajów w części lub całości odeszło od wykorzystywania upraw modyfikowanych genetycznie. Również wśród Polaków rośnie moda na zdrową żywność i świadome wybieranie produktów podczas zakupów. 81 proc. konsumentów w ostatnich badaniach CBOS twierdziło, że odżywia się zdrowo.

– Na śniadanie kefir czy chleb graham, na obiad domowa zupa, a do tego kasza z warzywami. Dla Brytyjczyków zdrowe jedzenie to pizza z supermarketu i chleb z bekonem – uważa 40-letni Paweł, budowlaniec z Londynu. Podobnie sądzi wielu z nas. Jesteśmy dumni z naszej kuchni i polskich produktów i głośno narzekamy na brytyjskie jedzenie, które naszym zdaniem jest sztuczne, niedobre i złej jakości. Trudno się dziwić, bo Brytyjczycy jedzą najmniej warzyw w Europie, a prawie połowa posiłków zjadanych przez nich poza domem to fast foody.

Niedobre i nie polskie

„Najlepsze polskie pieczywo”, „kiełbasa wędzona w prawdziwym dymie”, „szynka jak u mamy”, „naturalne nalewki”, „zdrowe i smaczne wypieki” – takie napisy ozdabiają niemal każdy polski market w Wielkiej Brytanii. Chwalimy się naszymi mięsami, owocami, ciastami i chlebem, ale rzeczywistość pokazuje, że coraz częściej nie mamy czym się szczycić. W zeszłym roku Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych wzięła pod lupę m.in. miód gryczany reklamowany jako „produkt polski”, który nie był ani gryczany, ani z Polski; kapustę kiszoną wiejską z beczki, która nigdy nie leżała w beczce i była zakonserwowana szkodliwym sorbinianem potasu czy pełen sztucznych dodatków napój o smaku kiwi z napisem Eko na etykiecie, którego producent tłumaczył, że eko to… nazwa firmy.

– To nie jest to samo, co kiedyś. Pamiętam piekarnię, w której najlepszy chleb co rano można było kupować z zamkniętymi oczami. Dawno już zbankrutowała. Dziś wszystkim trzeba patrzeć na ręce, bo chleb razowy może być białą bułką zabarwioną karmelem, która po kilku dniach zamiast czerstwieć, pleśnieje i gnije – wzdycha 75-letnia Jagoda, emerytka z Warszawy, która nie wierzy już w jakość produktów i tak często jak może, stara się je przygotowywać sama w domu.

Domowe, ale z marketu

Problemem jest też „wolna amerykanka” jaka często nieprzerwanie trwa na bazarach, gdzie wciąż wielu z nas kupuje żywność. – Wiadomo, że na bazarze jedzenie jest najlepsze. Można porozmawiać z panem, który robi nalewki, dowiedzieć się, skąd pochodzi mięso i mieć pewność, że warzywa są nasze, polskie, z przydomowego ogródka – wyjaśnia 48-letnia Julita, dziennikarka z Warszawy, która większość zakupów robi na lokalnym targu na Saskiej Kępie. Niestety, coraz częściej rzeczywistość jest inna.

– Kiedyś wstawało się o czwartej rano i kupowało warzywa na giełdzie rolnej. Bo gdzie było kupować? Dziś można pospać, bo działa 24-godzinne TESCO. Myślę, że większość sprzedawców na naszym bazarze tam kupuje – powiedziała nam anonimowo właścicielka stoiska z warzywami w tej samej okolicy. Robiąc zakupy na polskim targowisku wierzymy, że dostajemy miód z pasieki i ogórki prosto z pola; tymczasem zdarza się, że zamiast „prosto od chłopa”, kupujemy produkty z… Chin czy Argentyny.

Eko nieoficjalne

Nic dziwnego, że Polska jest dopiero na 19. miejscu, jeśli chodzi o jakość żywności w Unii Europejskiej. – Niemożliwe! Przecież jedzenie w Austrii czy Wielkiej Brytanii nie umywa się do naszego! Może po prostu tam rolnicy czy producenci na wszystko mają certyfikat, a naszych na to nie stać? – zastanawia się 55-letnia Tamara, sprzedawczyni w sklepie warzywnym z Warki.

– Dostaję od koleżanki za darmo jabłka z sadu, najlepsze i ekologiczne, ale skarżyła się, że aby je jako takie sprzedawać musiałaby poświęcić kilkadziesiąt tysięcy złotych na testy i certyfikaty. Mój syn też nie może sprzedawać piwa, które robi, bo to za duże koszty. Myślę, że wielu producentów w Polsce może mieć towary świetnej jakości, ale po prostu nie starają się o dyplomy czy zaświadczenia – zauważa i pomstuje na unijną biurokrację. Choć liczba gospodarstw ekologicznych wzrosła u nas w ciągu ostatnich lat z 3,8 tysięcy do 26,5 tysięcy, wciąż jesteśmy daleko w tyle za Wielką Brytanią, gdzie 83 proc. kupuje ekologiczne produkty od lokalnych dostawców. W Polsce to wciąż fanaberia nielicznych.

Ekologiczny fast food

Tak jak polska żywność ma dobrą renomę, która nie zawsze jest zasłużona, tak i wśród polskich mieszkańców Londynu od zawsze słychać tradycyjne narzekanie na brytyjskie jedzenie. – Słodki, gumowaty chleb tostowy, a zamiast razowego twardy pumpernikiel. Praktycznie nie da się kupić normalnego chleba – denerwuje się 39-letni Karol, mechanik samochodowy z Liverpoolu. – Owoce nie mają tu smaku. To za truskawkami i pomidorami tęsknię najbardziej – dorzuca 23-letnia Klaudia, recepcjonistka z Londynu. Narzekamy też na kiepskie kiełbasy, marne dania gotowe, niedobre piwo i niesmaczne wypieki.

Wydaje się jednak, że ich smak to kwestia gustu, a do jakości nie można się przyczepić, co potwierdzają oficjalne dane: rynek zdrowej żywności jest warty w Wielkiej Brytanii 1,86 miliarda funtów (dane Soil Association), podczas gdy w Polsce to tylko 700 mln złotych. Nawet McDonald’s kilka lat temu ugiął się pod presją Brytyjczyków i dziś sprzedaje w swoich restauracjach na Wyspach organiczne mleko i warzywa. To również zasługa Food Standards Agency, która kontroluje, by restauratorzy nie mamili klientów. Kontrolerom zdarza się wlepiać kary za to, że lokal w menu opisuje dania jako „swojskie”, „lokalne” i „z domowego ogródka”, podczas gdy w rzeczywistości stosuje półprodukty i warzywa z marketu. W Polsce tymczasem, przydrożne bary serwujące zupę z kubka mogą bezkarnie pisać o „obiedzie jak u mamy” i „wiejskim rosołku”.

Herbata bez herbaty

Nie znaczy to, że produktom żywnościowym z Wielkiej Brytanii nie można nic zarzucić. Pod koniec 2014 roku na północy kraju przeprowadzono kontrolę ponad 700 próbek herbaty, słodyczy, mięsa, serów i innych produktów spożywczych, sprzedawanych w sklepach osiedlowych, barach szybkiej obsługi i marketach. Na półkach znaleziono m.in. szynkę parmeńską z kurczaka, mrożone krewetki w połowie składające się z wody czy herbatkę odchudzającą, która zamiast herbaty czy ziół zawierała wycofany z rynku lek odchudzający w uderzeniowej dawce. Łącznie ponad 30 proc. badanych produktów była zafałszowana.

– No i jak tu ufać sklepom? Wszyscy radzą, żeby sprawdzać składy, a co jeśli skład kłamie? No, ale przynajmniej ktoś to kontroluje i możemy się dowiedzieć, których produktów unikać… – zauważa 29-letnia Katarzyna, menadżerka z Leeds. W ostatnich latach po raz pierwszy spadła też liczba producentów organicznej żywności. Jak tłumaczył na łamach „The Guardian” jeden z nich, powody są prozaiczne. Organiczne uprawy i certyfikaty to wysokie nakłady, które miesięcznie kosztowały jego gospodarstwo 1800 funtów. Być może to właśnie finanse stały dotychczas na przeszkodzie w ulepszeniu jakości polskiej żywności? Miejmy nadzieję, że właśnie zaczyna się to zmieniać.