Start Polecane Brexit. Wciąż więcej pytań niż odpowiedzi

Brexit. Wciąż więcej pytań niż odpowiedzi

622
0

Ostatnie tygodnie to ważne rozstrzygnięcia w sprawie tego, co będzie działo się po Brexicie. Wciąż jednak wiele kwestii pozostaje niewyjaśnionych.

Gdy poznaliśmy wyniki głosowania w sprawie Brexitu wielu miało nadzieję, że do opuszczenia Unii Europejskiej jednak nie dojdzie. Spekulowano, że kolejne referendum czy też znalezienie błędów formalnych, czy kruczków prawnych, być może przyczyni się do pozostania w strukturach UE. Dziś już wiemy, że raczej tak się nie stanie. Lutowe głosowanie w parlamencie przyniosło zgodę większości posłów na rozpoczęcie procesu formalnego wychodzenia ze wspólnoty. Dodatkowo odrzucono propozycję drugiego referendum (tylko 33 posłów poparło ten projekt) i inne zmiany, takie jak np. pozostawienie w UE Gibraltaru, którego mieszkańcy głosowali w większości przeciwko Brexitowi.

Nie udało się przeprowadzić żadnej poprawki, która mogłaby osłodzić życie zwolennikom Unii Europejskiej w jej obecnym kształcie. Theresa May zapowiedziała też, że jeśli posłowie będą próbowali wstrzymać lub spowolniać prace poprzez proponowanie nieuzasadnionych uwag, to po prostu przestanie się z nimi konsultować i przeprowadzi wyjście z UE według pierwotnego projektu rządu. Wojna jednak nadal trwa – członkowie Izby Lordów, do której teraz trafił dokument, zapowiadają na łamach „The Independent”, że spróbują znaleźć sposób, by projekt „wrócił” do parlamentu i by wciąż można było zgłaszać do niego poprawki.

W jednym worku z…

Dla większości Polaków mieszkających na Wyspach bardziej niż zamieszanie parlamentarne, istotne jest to, czy będą mogli tu zostać. I na jakich zasadach. Posłowie próbowali przegłosować poprawkę, która gwarantowałaby niezmienione zasady dla wszystkich zagranicznych rezydentów z państw Unii, którzy otrzymali ten status przed czerwcem 2016 roku. Premier i większość parlamentarna odrzucili jednak (o włos – stosunkiem głosów 332 do 290) tę propozycję, argumentując, że dopóki Brytyjczycy we wszystkich krajach Unii nie dostaną takich samych praw, rząd nie może dać żadnych gwarancji. – Straszne. Cierpimy za to, że premier się nie może dogadać z Hiszpanią czy tego typu krajem. Przecież w Polsce nie ma jakiejś milionowej rzeszy Brytyjczyków, którzy martwiliby się teraz o swój los. Co my mamy z tym wspólnego – denerwuje się 34-letni Kacper, kucharz z Irvine, miasta położonego na wschód od Glasgow. Nadzieję może dawać fakt, że Theresa May zarówno w czasie styczniowego spotkania z Beatą Szydło, jak i po nim, zapewniała o trosce o los Polaków na Wyspach i sugerowała, że nie powinniśmy się obawiać problemów z pozwoleniami na pracę czy wydalenia z kraju. O ile oczywiście podobnymi swobodami będą cieszyli się Brytyjczycy w każdym z państw Unii, na co mamy ograniczony wpływ. Poza tym wciąż nie wiadomo, co z tymi, którzy statusu rezydenta nigdy nie mieli lub dostali go dopiero po referendum.

Rezydent drugiej kategorii

Jedną z takich osób jest 25-letnia Daria, instruktorka tańca w jednej z londyńskich szkół. – Pracuję dopiero półtora roku. Mam status rezydenta tymczasowego, ale czy to wystarczy? Na rezydenturę stałą nie mam co liczyć, podobno trzeba czekać cztery lata. Nikt nic nie wie – tłumaczy, dodając, że jest w stanie poczekać na odpowiedzi do czerwca, gdy w szkołach tańca zaczyna się przerwa wakacyjna. Później będzie musiała wyjechać. – Nie mogę czekać całe lato bez odpowiedzi. A jeśli we wrześniu lub zimą okaże się, że jednak nie mam prawa pracować? We wszystkich szkołach w Europie zacznie się semestr i nie będę mogła się przenieść. Zostanę z niczym – obawia się.

Są też tacy, którzy o rezydenturę stałą zaczęli się ubiegać dopiero po referendum. – Wcześniej mi to do niczego nie było potrzebne. Myślałem, że Wielka Brytania pewnie i tak nie wyjdzie z Unii, więc nie ma co się stresować – wspomina 31-letni Maciek, pracownik budowlany z Shrewsburry. I dodaje: – Teraz nie wiem, czy rezydentura przyznana po referendum w ogóle będzie się liczyć. To nie fair – przecież kto mógł przewidzieć, że tak się to potoczy – pyta. Ale chyba najbardziej niepewną sytuację będą miały osoby, które dopiero dziś zastanawiają się nad przyjazdem do UK. Premier bowiem wypowiedziała się jasno w jednym z ostatnich wystąpień: „Przekaz od opinii społecznej przed referendum i w jego trakcie był jasny: Brexit ma zwiększyć kontrolę nad liczbą osób, które przyjeżdżają do Wielkiej Brytanii z Europy. I tak się stanie”.

Turystów będzie mniej

Zmniejszona liczba osób, które przemieszczają się pomiędzy krajami, to zła wiadomość dla branży transportowej i turystycznej. Przedstawiciel Ryanair mówił na początku lutego na łamach „The Independent”, że unijne prawo pozwala zagranicznej firmie na oferowanie lotów wewnątrz danego kraju. Co będzie, jeśli unijne prawo przestanie obowiązywać na Wyspach? – Być może zawiesimy loty wewnętrzne. (…) Więcej będzie wiadomo dopiero za 18-24 miesiące – powiedział dyrektor finansowy irlandzkiej firmy, Neil Sorahan. Podobnie wypowiadał się też rzecznik EasyJet. Dla nas może to oznaczać mniejszą konkurencję na trasach wewnątrz kraju, a być może i nowe podatki na lotach do krajów Unii, co prawdopodobnie będzie oznaczać wyższe ceny. Problemy będą mieć nie tylko tani przewoźnicy. British Airways z jednego z najważniejszych operatorów na kontynencie spadnie do roli linii latającej do i z Londynu. Zresztą już zaczęły się cięcia i zwolnienia. Same wahania kursu funta po Brexicie kosztowały IAG, właściciela narodowego przewoźnika, 148 mln funtów strat. Dokładne kontrole bagaży i paszportu musiałyby też powrócić na granicy pomiędzy Wielką Brytanią a Francją. To może oznaczać, że mniej osób będzie skłonnych jeździć tą trasą, co odczują choćby polskie firmy przewozowe.

Jedne rynki znikają, inne…

Przewozy autokarowe i linie lotnicze to nie jedyne firmy, które mogą stracić na tym, co wydarzy się w najbliższych miesiącach. Obawy mają też właściciele mniejszych przedsiębiorstw, a wśród nich 66-letni Kazimierz, którego firma handluje na Wyspach artykułami wystroju wnętrz od polskich producentów. – Muszę wiedzieć, jak będzie wyglądał import towarów od strony podatkowej, celnej. Planuję zakupy na co najmniej pół roku wprzód. A nic nie wiem – opowiada nam. Część producentów, szczególnie tych, którzy żyją z eksportu na Wyspy, jest wyrozumiała. Inni przestają jednak handlować z niesolidnymi – w ich oczach – firmami z Wysp, a zamiast tego szukają pewnych rynków zbytu wewnątrz Unii. Theresa May w styczniu mówiła, że kraj na pewno nie będzie miał takiego samego dostępu do unijnego rynku, jak przed referendum, ale postara się zrobić wszystko, by dostęp był jak najlepszy, szczególnie w branży motoryzacyjnej i finansowej. Dla brytyjskich przedsiębiorców dobrą wiadomością może być za to negocjowanie od początku umów z krajami spoza Unii Europejskiej. W przypadku takich jak Australia czy Indie, handel może się znacznie ożywić. Dla większości krajów Unii są to drugorzędni partnerzy biznesowi, więc dwustronne traktaty często podpisywano narzucając wysokie limity importu i eksportu towarów. Teraz regulacje dotyczące importu czy cła mogą być łagodniejsze, a przez to przepływ towarów może być znacznie większy i odbywać się na korzystniejszych zasadach.

Kłopot z dofinansowaniem

– Dostałam dofinansowanie z Unii do sklepu internetowego, który obsługuje rynek brytyjski. Pieniądze mam dostawać jeszcze do końca 2018 roku. Chyba ich nie stracę – pyta na jednym z forów Andżelika z Sopotu. Na razie wiadomo, że do końca trwania negocjacji, wszystko zostanie „po staremu”. Rząd zapowiedział też, że będzie respektować wszystkie umowy tego typu podpisane przed 23 listopada, a dofinansowania dla rolników mają obowiązywać aż do 2020 roku. Co z tymi, którzy działają w innych branżach lub nie zdążyli na listopadowy termin? Póki co nie wiadomo. Politycy zapowiedzieli stanowczo, że mają zamiar przestać się dorzucać do unijnego budżetu od razu po wyjściu z Unii – trudno się spodziewać, by w zamian popłynęła w brytyjską stronę rzeka unijnych pieniędzy.

Z Wysp do Polski

Brak konkretów w sprawie sytuacji gospodarczej w trakcie i po Brexicie sprawia, że wiele firm zaczęło zastanawiać się nad zmianą siedziby. Reuters podaje przykład producenta manekinów do testowania bezpieczeństwa aut Encocam, który miał zatrudnić do 2018 roku 120 osób do swojego zakładu obok Cambridge. Po ubiegłorocznym zamieszaniu politycznym zmienił jednak zdanie i dziś bierze pod uwagę Hiszpanię, Portugalię, Irlandię, Niemcy i Polskę. Te kraje gwarantują dostęp do rynku europejskiego i pozwalają zaplanować działanie na kilka lat wprzód. Wielka Brytania, gdzie przepisy będą się stopniowo zmieniać przez najbliższe kilkanaście czy kilkadziesiąt miesięcy, nie ma już tej przewagi. Nic dziwnego, że o firmy z rynku brytyjskiego zabiegają dziś rządy wielu krajów europejskich.

30.000 miejsc pracy?

Jednym z nich jest Polska. Wicepremier Mateusz Morawiecki stwierdził ostatnio na konferencji prasowej, że w tym roku nad Wisłą może powstać aż 30 tys. miejsc pracy, które przeniosą się właśnie z Wysp. Podobno rozmawiał już z trzydziestoma z nich, głównie z branży finansowej. – Kiedyś Polacy jeździli do Londynu, teraz firmy z Londynu przenoszą miejsca pracy do Polski – powiedział, dodając, że szykuje się już kilkadziesiąt takich inwestycji, w tym kilka dużych. Podobno nasz kraj zgłosił się jako jeden z chętnych do tego, by to właśnie tam przenieść ważne instytucje mieszczące się dotychczas w Londynie, takie jak siedziba Europejskiego Nadzoru Bankowego. Mówi się zresztą, że przenosiny w pierwszej kolejności mogą dotyczyć banków. W przeciwieństwie do gastronomii czy sprzedaży, gdzie wynagrodzenia wciąż są kilkakrotnie niższe niż na Wyspach, różnice w płacach w sektorze bankowym na wschodzie i zachodzie Europy są coraz bardziej wyrównane. To sprawia, że instytucje finansowe czy analitycy mogą zechcieć się przenieść nie ryzykując, że nie znajdą chętnych do pracy nad Wisłą. Tak robi już teraz bank Goldman Sachs, który zmniejsza o połowę załogę w biurach w Londynie i planuje w ciągu trzech lat zatrudnić kilkaset osób w Warszawie. Puls Biznesu podaje z kolei, że plany przeniesienia 2.500 miejsc pracy do stolicy Polski ma JPMorgan.

Nie wszyscy się przeniosą

Dotyczy to nie tylko finansistów. Portal Natemat.pl podaje za polskimi pracownikami firmy z branży nieruchomości CBRE, że w planie ratunkowym firmy na czas po Brexicie, Warszawa jest wymieniana jako jedno z miejsc ewentualnej przeprowadzki. Wcześniej takie plany deklarowała jedna z firm optycznych.
A co z tysiącami małych i większych polskich biznesów na Wyspach? Czy i one zamierzają się przenieść? – Poważnie się zastanawiam. Niech brytyjski rząd poczuje na własnej skórze konsekwencje decyzji o Brexicie. Jak zaczniemy płacić podatki w Polsce, to może Brytyjczycy przejrzą na oczy i zaczną nas lepiej traktować – mówi Bogdan, 46-letni właściciel londyńskiego sklepu elektronicznego. Niektórzy zwracają jednak uwagę, że taką decyzję będzie bardzo trudno podjąć. – Nawet jeśli z ust polskich polityków padną piękne słowa, to nie zmieni faktu, że biznes w Polsce prowadzi się gorzej niż na Wyspach. O wiele gorzej. Mam nadzieję, że nie będę musiała się przenosić – zauważa 28-letnia Kasia, kosmetyczka z Glasgow i dodaje, że jeśli byłaby zmuszona podjąć taką decyzję, to najpierw postara się przenieść do Irlandii lub któregoś z innych krajów Europy Zachodniej. Powrót do Polski to jej zdaniem ostateczność.

Sonia Grodek