Start Wiadomości Brytyjska epidemia otyłości

Brytyjska epidemia otyłości

1032
0
PODZIEL SIĘ

Od Brytyjczyków w Europie grubsi są tylko mieszkańcy Malty – wynika z najnowszych badań. Wśród mieszkających w Anglii dzieci można już mówić o epidemii otyłości. Również imigranci coraz szybciej przybierają na wadze.

edług Global Burden of Disease 67 proc. mężczyzn i 57 proc. kobiet w Anglii ma nadwagę lub cierpi na otyłość. Z kolei z danych University of Birmingham wynika, że leczenie różnych schorzeń związanych z otyłością kosztuje rocznie 3 miliardy funtów, a osoba z nadwagą żyje średnio o 10 lat krócej.

Łatwiej być grubasem

Okazuje się, że choć w rankingach otyłości Polska jest daleko za Wielką Brytanią, to przyjeżdżający tu Polacy tyją niemal powszechnie. Według IZA Journal of Immigration imigranci zwiększają wagę równolegle do długości czasu spędzonego w Anglii. Po zmianie adresu na brytyjski przybywa nam średnio 6 kilogramów. – Nowy kraj to najpierw duży stres ze znalezieniem mieszkania, przyjaciół czy pracy, który najłatwiej jest zajadać. Później pojawia się stabilizacja finansowa i coraz łatwiej jest zwracać się ku półkom pełnym nowych produktów i potraw – zauważają autorzy raportu.

– Poza tym jest jeszcze jedna kwestia: w Polsce bardzo trudno jest być kimś, kto się wyróżnia. Osoba otyła jest narażona na krytykę. W angielskim tłumie łatwo o anonimowość, ceni się tu wolność i indywidualność, zatem nie wypada oceniać kogokolwiek, krytykować za jego tuszę – zaznaczyła niedawno na łamach „Gońca Polskiego” dr Anna Brytek-Matera.

Psychologowie zwracają uwagę, że znaczenie ma też to, że porównujemy się zwykle z otoczeniem. W Polsce osobie otyłej trudno nawet kupić modne ubrania, nie ma dla niej oferty sportowej i nieczęsto spotkamy ją w klubie czy restauracji. W Anglii, tymczasem widząc, że co najmniej 1 na 5 osób na ulicy ma nadwagę, grupki koleżanek w restauracjach opróżniają „kubły” drinków i nuggetsów, a koledzy – litry piwa i kilogramy chipsów, łatwiej jest dać sobie spokój z dietą.

Żyją (i jedzą) chwilą

Na jeszcze inny czynnik zwraca uwagę 29-letnia Klaudia z Birmingham, która w ciągu dziewięciu miesięcy w Anglii przytyła 10 kilogramów. – Ma się tu czasem wrażenie, że „prawdziwe” życie płynie w Polsce, a tu jestem tylko chwilowo. Muszę próbować wszystkiego póki można, bo po powrocie nie będzie okazji. Problem polega na tym, że w ten sposób „żyję chwilą” już kilka miesięcy i widzę, jak się to odbija na mojej figurze – martwi się.

Szybko przyzwyczajamy się do olbrzymiego wyboru. – Wróciłam do Polski i jestem załamana: nie ma tu moich ukochanych arabskich słodyczy, shepards pie, hummusu i quiche, w moim mieście nie ma nawet tajskiej, nepalskiej ani afrykańskiej restauracji. To co ja będę jadła? No, ale przynajmniej schudnę… – pisze na jednym z forów mieszkanka Piotrkowa Trybunalskiego, która po latach wróciła z emigracji.

Półki pełne cukru

Już 9 na 10 produktów spożywczych kupowanych w Anglii pochodzi z dużych sieci supermarketów. Królują w nich niezdrowe przekąski i olbrzymie opakowania. W programie „My big fat diet” przyjrzano się niedawno wszystkim promocjom, jakie oferują supermarkety w Anglii. Okazało się, że okazje typu „Kup 2 a 1 dostaniesz gratis” czy „2 w cenie 1” dotyczą głównie… przetworzonej żywności, bogatej w cukier, tłuszcz i sól. Takich ofert było prawie trzy razy więcej, niż okazji dotyczących warzyw i owoców.

– Problem polega na tym, że te tłuste, słodkie i słone przekąski sprzedawane w promocjach typu „kup dwa, a trzecie dostaniesz gratis”, zachęcają konsumentów do jedzenia więcej, niż chcą. Wszyscy wiemy, jak to działa: masz w szafce paczkę ciastek i w końcu ją zjesz. A właściwie zjesz dwie, bo przecież była promocja. I wrócisz po następne – tłumaczy Lucy Yates z organizacji konsumenckiej Consumer Focus.  A dr Anna Brytek-Matera dodaje: – Tańsze jedzenie jest niezdrowe. Zwykle zawiera dużo cukru i zapychaczy. Gdy jesteśmy głodni, a jednocześnie musimy oszczędzać, to zamiast zdrowszej sałatki za 5 funtów kupimy kanapkę za 2 funty, bo jest bardziej sycąca – wyjaśnia.

Jedzą jak górnicy

Jest jeszcze jeden popularny błąd, jaki popełniają imigranci. Natknął się na niego 35-letni Piotrek z Newcastle, który w Polsce pracował na budowie, a w Anglii jest kierowcą. – Zacząłem tu strasznie tyć, a jadłem tyle, co zwykle. W końcu moja narzeczona wpadła na to, że w Polsce jadłem „jak górnik”: tłusto i dużo, bo to mi było potrzebne do zachowania energii w ciężkiej, fizycznej pracy, szczególnie zimą, gdy trzeba niezłego zaparcia, by wstać rano i jechać zaśnieżonym PKS-em do pracy – opisuje. – Tu cały dzień siedzę, a klimat jest spokojniejszy. Kiełbaski, golonki, piwo po pracy czy kotlety już mi nie służą – mówi. Piotrek z żalem musiał dostosować swoją dietę do nowego trybu życia, ale udało mu się dzięki temu odzyskać energię i zrzucić kilka kilogramów.

Sałatka jak bomba

Imigranci skarżą się, że Anglia to królestwo niezdrowych potraw. – W Polsce w każdym spożywczaku czy nawet sklepie nocnym można kupić np. serek wiejski i chleb razowy. W Anglii sklepy na rogu to głównie chipsy, gotowe dania, słodycze. Da się znaleźć zdrowe opcje, ale naprawdę trzeba się naszukać i uważnie czytać składy – twierdzi 27-letnia Monika z Luton. I podaje przykład: coś, co sprzedawane jest jako sałatka kojarzy się ze zdrowiem, a może być pełną tłustego sosu, sera, boczku i chleba bombą kaloryczną. W biegu jednak rzadko o tym myślimy. Jej sposób? – Chętnie sięgam po zupy na wynos, sałatki (tam, gdzie można skomponować własną) i dania warzywne bez sosów. Jak już naprawdę nie ma wyboru to kupuję bułkę pełnoziarnistą i ser, jogurt, orzechy lub owoc – opowiada.

Kawa z tłuszczem

Pułapką mogą być też obecne na każdym rogu kawiarnie. – Rok temu ważyłem 100 kg. Lekarz kazał mi notować wszystko co jem i wynikało z tego, że powinienem chudnąć – wspomina 32-letni Piotrek z Londynu. – W końcu poradził mi, żebym zamiast kawy, którą zamawiam co rano po drodze do pracy, wybierał zwykłe espresso. Po miesiącu byłem już o 5 kg lżejszy – opowiada. Faktycznie – jedna kawa „Venti White Chocolate Mocha with Whiped Cream” w popularnej sieciówce to 600 kalorii, 25 gram tłuszczu i tyle cukru, co w 10 miskach cynamonowych ciasteczek. Zwracajmy uwagę szczególnie na słodkie syropy, posypki i bitą śmietanę – to one sprawiają, że niewinna kawa zamienia się w płynny deser.

Zero procent czego?

Olbrzymi rynek to też przekąski „dietetyczne”,  mające nam pomóc zrzucić wagę. Często jednak kończy się na tym, że kupujemy je dodatkowo, poza wszystkimi innymi produktami. Rośnie brzuch i rachunek. – Na śniadanie jem płatki zbożowe „Fit”, na lunch wafle o obniżonej zawartości cukru, na obiad makaron z sosem śmietanowym 0 proc., a potem czekoladę niskotłuszczową i drink proteinowy. A i tak tyję! – żali się na forum dla osób zrzucających wagę Magda z Birmingham.

A internauci radzą jej, by zaczęła czytać składy, a nie polegała na krzykliwych napisach na opakowaniu. – „Sos śmietanowy 0 proc.” – ale zero procent czego? – pyta jeden z nich dodając, że producenci chętnie używają nic nieznaczących zwrotów, dzięki którym wydaje nam się, że jeśli sięgniemy po dany produkt, będziemy zdrowsi. Do tego dochodzi szeroko rozwinięty w Anglii rynek suplementów diety, kremów czy herbatek, które mają odchudzać. Wiele osób kupuje je i beztrosko się objada wierząc, że taki suplement załatwi wszystko.

Producent swoje, skład swoje

Tyją też mieszkające w Anglii dzieci. Są najgrubsze w Europie, a nadwagę ma już 36 proc. 9-letnich chłopców i niemal co trzecia dziewczynka. – Mieliśmy o tym ostatnio pogadankę w szkole córki. Byłam w szoku! – mówi Karolina, mama 8-letniej Magdy. – Pokazywali nam etykiety produktów dla dzieci, na których dużym drukiem napisane jest, że są zdrowe i pożywne, a małym druczkiem, w składzie, że to praktycznie sam cukier i tłuszcz – dziwi się. Według unijnego prawa składniki produktu muszą być wymienione na opakowaniu – w kolejności pod względem zawartości. Jeśli więc na opakowaniu czytamy: „jogurt pełen owoców”, a w składzie truskawki są na szarym końcu, a cukier na pierwszej pozycji, możemy być pewni, że taki produkt nie wyjdzie nam na zdrowie.

Pączki w płynie

BBC alarmuje, że dzieciom powinniśmy podawać tylko wodę i herbatki czy soki, które przyrządzimy w domu – bo większość napojów dostępnych w sklepie to prawdziwe bomby: cukru, tłuszczu i kalorii. Daily Mail ujawnił niedawno, że szklanka popularnego soku pomarańczowego ma tyle samo cukru, co 13 ciastek w czekoladzie (i więcej kalorii, niż puszka Coca Coli!), jagodowy smoothie tyle, co… 3,5 pączka z lukrem, a milkshake czekoladowy z popularnej restauracji to 102 gramy cukru czyli tyle, ile maluch powinien spożywać… w ciągu 4 dni. Z kolei Daily Telegraph alarmuje, że sok tropikalny dla dzieci z jednego z marketów ma więcej cukru, niż napój gazowany. Jest to wśród takich produktów raczej reguła, niż wyjątek.

Lody na obiad

A podobne dane dotyczą niemal wszystkich produktów dla dzieci. – Porcja w 35 proc. składa się z cukru. To tyle, co w batonie, a podajemy to dzieciom na śniadanie. Skacze im poziom cukru, a potem gwałtownie opada, przez co już późnym rankiem są głodne jak wilki – pisze Daily Mail o składzie najpopularniejszych płatków śniadaniowych dla dzieci, o których producent pisze tylko, że zawierają „naturalny błonnik i osiem witamin”.

Podobnie po wnikliwej analizie wypadają również jogurty, desery czy gotowe obiady dla dzieci. Nie bez winy są też szkoły. Anglią zawrzało, gdy uczennica podstawówki Martha Payne na swoim blogu zaczęła zamieszczać zdjęcia swoich codziennych obiadów. Bułka, kiełbasa, kotlet, dwa plasterki ogórka i lód czy tłusty kawałek lazanii, łyżeczka kukurydzy z puszki i ciastko – to typowe menu kilkulatka. Zareagowali rodzice w całym kraju, również ci znani z telewizji. Jamie Oliver zaangażował się w lekcje gotowania w szkołach, wymusił też na władzach podjęcie stosownych działań. Efekt? Od stycznia szkoły będą miały obowiązek serwowania porcji warzyw przynajmniej raz dziennie, a produkty smażone będą mogły pojawiać się w menu najwyżej dwa razy w tygodni. Warto, by rodzice kontrolowali pod tym względem placówki i reagowali, gdy widzą, że posiłki pozostawiają wiele do życzenia.

Sos z proszku czy z domu?

Skoro wszystko jest takie niezdrowe, czy nasze dzieci mają szansę schudnąć? – Trzeba wybierać nieprzetworzone produkty. Na śniadanie zwykłe, tanie płatki owsiane na mleku, jak jogurt, to naturalny, do którego samemu można wrzucić świeże owoce, sok czy herbatkę robimy w domu w termosie. Jeśli zupa czy spaghetti na obiad, to klopsiki i sos trzeba zrobić samemu, a nie polegać na wynalazkach ze sklepu – radzi Aniela, mama 4-letniego chłopca i 7-latki. – To się wydaje bardzo trudne, ale taki obiad ze świeżych pomidorów można zrobić w 15 minut. Wszystko to wchodzi w nawyk, a potem ma się satysfakcję, gdy dziecko ma wybór między owocem a batonem i samo z siebie sięga po owoc – pociesza.

Trzeba czytać

Duże spożycie cukru to jeden z najszybszych sposobów do powiększenia obwodu talii. Do tego psują się zęby, narażamy się na cukrzycę i choroby serca, a także silny spadek energii związany z tym, że prosty cukier produkuje energię szybko, ale na krótko. To dlatego zdrowy, pożywny obiad syci nas na długo, a po czekoladzie wciąż zastanawiamy się, co by tu jeszcze zjeść. Dziecko przyzwyczajone do takiej diety ma niemal gwarancję otyłości w późniejszym życiu. A dzisiejsi mieszkańcy Anglii są średnio o 10 proc. ciężsi, niż ich rodzice.

– Maluch powinien zjadać dziennie 25 gram cukru, a w buteleczce soku pomarańczowego jest go 50 gram! – ostrzega Aniela. – A w składzie często kryje się do tego dużo nieprzyjemnych „niespodzianek”. Nie ma rady, trzeba czytać skład i wybierać to, co najmniej słodkie – radzi. Wniosek? W Anglii jest możliwe zachowanie zdrowej diety.  Wymaga to jednak dużej uwagi i czasu, by odpowiednio wybierać i przygotowywać potrawy.

Sonia Grodek